Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 marca 2013

Lewica drży

Drży, bo ma powód: nasz nowy papież jest w ewangeliczny sposób nieprzewidywalny. A ludziom się to podoba. I czują, że to nasz papież, a nie papież w ogóle. 

I tu jest problem. 
I dlatego wszyscy, którzy papieżem się przejmować nie powinni, komentują, obgadują, objaśniają, kraczą, gdaczą i kiwają z politowaniem głowami.

Nie założył peleryny - źle. Wiernych ściskał - źle. Dokumentów Vatileaks nie czytał - źle. Skromny - niedobrze. A niedobrze, niedobrze, bo skromnością podbija serca tych, co jeszcze się wahali, a teraz wiedzą, że żałośni dziecinnikarze (copyright: Siara) biorą się za bary z konkretnym niedźwiedziem. Który się przejmował nie będzie, a jeszcze nawrócić może, albo co.

Pani dyrektor pewnego teatru, nakarmiona lewą informacją o juncie, ma teraz dyscyplinarny kłopocik. Palikot mówi, że był to "gest artystyczny". 
A co ma, bidny, mówić.
Portale niewierzące, tak, jak przed konklawe prześcigały się w śmiesznych spekulacjach, teraz próbują ugryźć nową głowę Kościoła politycznie. Że dymisje w Watykanie, że to, że tamto.

Nie rozumieją. 
Ale rozumieć nie mogą. Cóż.

Tworzą listę "problemów", którymi nowy papież będzie się "musiał" zająć: związki homo, święcenia kobiet, aborcja, eutanazja, in vitro. I nie widzą, że dla Kościoła to nie są problemy. Związki homoseksualne są grzeszne, a homoseksualiści godni szacunku. Święcenia kobiet nie wchodzą w grę. Aborcja i eutanazja to łamanie piątego przykazania. To nie problemy do rozwiązania. To rzeczy oczywiste.

Problemy leżą gdzie indziej, ale żeby to wiedzieć, trzeba być wierzącym. Inaczej tworzy się setki żałosnych komentarzy, zaprasza równie żałosnych ekspertów od wszystkiego, żeby powiedzieli głupkom z drugiej strony szkła, co mają myśleć.

Ale głupki swój rozum mają i widzą coraz lepiej realia. 
Widzą papieża, który może rozpocząć - i już zaczyna - wiosnę Kościoła.
Widzą biednych lewaków, miotających się w sieci własnych prób zrozumienia tego, co się dzieje w rzeczywistości wiary. Najwyraźniej przerażonych.
Nic dziwnego.
Inauguracja pontyfikatu przecież jutro - w Józefa, który jest postrachem duchów piekielnych. 
A kto się nie modli do Boga, modli się do diabła - jak powiedział Franciszek.
Nasz papież. 
Ha.

piątek, 2 listopada 2012

Kazanie robi mi ziazi

Czym różni się kazanie od homilii?
Homilia wyjaśnia Słowo Boże.

I tego mi bardzo, bardzo brakuje, kiedy słucham kazań, zwłaszcza w te bardziej istotne dni w roku.
Brakuje mi też teologicznej poprawności, która czasem umyka w ferworze głoszenia.

Na przykład wczoraj.
Uroczystość Wszystkich Świętych. Dzień radości z tych - i z tymi - którzy trafili do nieba.
Można by się zabrać za próbę wyjaśnienia tego, co mówi Pismo, chociaż troszeczkę. Odwołać się do czytań, do Ewangelii.
Ale nie. Zamiast tego dostajemy papkę, utwierdzającą nas w naszych (często błędnych) przekonaniach.
A przecież homilia (i kazanie też) powinno nas poruszyć, sprawić w nas przemianę, choćby ją zainicjować, dać nam do myślenia. Kiepskie to kazanie, na którym tylko kiwamy głową, nie dowiadując się niczego nowego. Albo kręcimy nią z niedowierzaniem, kiedy się dowiadujemy zupełnie nowych rzeczy - jak tego, że zmartwychwstaje tylko dusza. Auuuu!

Człowiek jako jedność psychofizyczna, zmartwychwstający z duszą i ciałem, najwyraźniej w opinii niektórych kaznodziejów przekracza możliwości wiernych. Więc wolą malować obrazki nieba i piekła, po raz setny wyjaśniając, że z piekła wyjścia nie ma, czyściec to stan przejściowy, a w niebie jest się w Bogiem.

Na litość! O tym wiedzą nawet niewierzący!

Sądzę, że problem jest tu taki sam, jak z wychowaniem dziecka.
Kiedy rodzice mówią do dziecka: Nie ruszaj, bo zrobisz sobie ziazi! To jest be! To jest cacy! O, zabawka zrobiła bam! Ziobać, leci ptasiek! (i nie ma to nic wspólnego z WW) - nie ma się co dziwić, że dziecko mówi: ziazi, cacy, be i bam,  zamiast: krzywda, dobre, niedobre, spadło.

Dopóki będziemy mówić do dorosłych katolików językiem jak dla dzieci, będą infantylni w swojej wierze - a przynajmniej w tej jej części, która bierze się ze słuchania kazań. Nie znaczy to, że trzeba mówić językiem trudnym i skomplikowanym. Jezus mówił PROSTO. Używał metafor, powiadał przypowieści, ale nie bajeczki. Mówił rzeczy trudne, nie bojąc się, że straci słuchaczy - co się zresztą działo.

Takie na przykład "Wierzę w ciała zmartwychwstanie" - to chyba konkret, prawda?  A ile się ci nasi biedni nagimnastykują, ile wody naleją, zanim wspomną o tym, że w niebie będziemy z duszą... i ciałem. Owszem, przemienionym, uwielbionym, ale - ciałem.
Jakby brak im odwagi. I wiary w to, że zgromadzeni na mszy wierni zrozumieją coś trudniejszego niż to, czego słuchają od lat. A tu potrzeba konkretów. Zbudźcie się, o śpiacy!
Dosłownie.

Oczywiście muszę zastrzec, że są chlubne wyjątki. I całe szczęście. Ale co z resztą?
Rok Wiary jest. Może tak byśmy to zmienili?

piątek, 6 lipca 2012

Dziennikarstwo, teza i irytacja

Uch, jak mnie denerwuje takie "dziennikarstwo"!

Rozumiem, że media w Polsce muszą polaryzować obywateli, żeby wyraźnie było widać, kto gdzie siedzi albo stoi, bo wyraźne kontrasty są niezastąpione w medialnej narracji, a rzeczowe historie - zwyczajnie nudne, nie to, co gra na emocjach. 
Rozumiem, że od mediów internetowych, wbrew ich pre-tendencjom, nie należy wymagać zbyt wiele, a już zwłaszcza od tzw. publicystyki, ale są pewne granice. Pisanie artykułów pod tezę uważam po prostu za koniec dziennikarstwa. I już. Pod tezę to sobie można pisać felietony, a i tak zaraz ktoś coś wypomni.

Tym razem ofiarą moich żądań padła ofiarą dziennikarka wp.pl. Żądań rzetelności, oczywiście.
Napisała ona, w ramach raportu specjalnego o in vitro, tekst. Temat nośny, chodliwy i emocjonalny. I bardzo denerwujący dla kogoś, kto o in vitro i okolicach wie nieco więcej, niż to, że chodzi o jakieś dziecko z probówki.

I cóż my mamy w tym tekściku?
Wszystko, ach, wszystko. I nic zarazem.
Tekst znalazł się w dziale wiadomości, bo nie ma niestety działu "quasi-reportaż zaangażowany z tezą".
Jak napisać ów nowy wybryk gatunkowy?

Po pierwsze: wybrać tezę. Najlepiej chodliwą. Taką, co budzi emocje.
Po drugie: dobrać do niej bohaterów. Najlepiej z parciem na media, żeby było łatwo. Albo takich, którzy akurat potrzebują promocji i nie odmówią.
Po trzecie: zadbać o to, żeby bohaterowie mówili językiem barwnym, soczystym, emocjonalnym. I krytycznym wobec przeciwników tezy. Niech obrażają, niech mówią nieprawdę - to ich nieprawda, każdy może mieć własną.
Po czwarte: dla zmylenia przeciwnika wstawić ze dwie wypowiedzi zwolenników anty-tezy. Krótkie, zwięzłe, bez emocji.
Po piąte: z dostępnych faktów wybrać te sprzyjające. O reszcie się nie nawet zająknąć, żeby nie zepsuć tezy.
Po piąte: mówić do emocji, nie do rozumu. Czytelnicy nie myślą przecież logicznie, tylko emocjonalnie, więc i dziennikarz powinien.
Po szóste: porównywać. Dużo porównywać. Zwolenników tezy do ludzi wcześniej obdarzonych społecznym szacunkiem (o ile da się takich znaleźć). Przeciwników tezy do ludzi ograniczonych. Problem do innych, poważnych problemów, które zostały już "oswojone" (na zasadzie: i proszę, tamto się dało, i to się uda".


Efekty przeczytajcie sobie sami tutaj.

Nie oczekujcie rzetelności, bezstronności, zbierania wszystkich opinii, próby przedstawienia rzeczywistości inaczej niż na czarno-biało. Nie oczekujcie, że się czegoś dowiecie. Nie oczekujcie w zasadzie niczego. No, może poza irytacją. Bo z tekstu wynika, że PiS to barbarzyńcy. Kościół chce niesuwerennej Polski. Demokracja nie polega na rządach większości. In vitro to sposób leczenia, dzieci "z próbówki" są przez społeczeństwo polskie dyskryminowane, a zamrożone zarodki nie mogą stanowić przeszkody na drodze do szczęścia bezpłodnym rodzicom. I tyle.

Nic nowego. Nawet irytacja jak zwykle.

A mnie się wciąż czasem marzy, że dziennikarstwo podnosi się z ruin.
Ech.

środa, 27 czerwca 2012

Katarzyna W. ma problem

Na dziś zamiast kawy GW przygotowała kolejny tekst pani Katarzyny Wiśniewskiej (zaczęła mi się ostatnio mylić z Katarzyną Waśniewską). Tym razem moja ulubiona dziennikarka wytropiła kolejny przykład homofobii. Nie ma to jak czujność. Nie ma.

Pani W. przeczytała bowiem we Frondzie, że w kościele katolickim odkryto nową herezję. A że jest dziennikarką bardzo zainteresowaną sprawami Kościoła i teologii zwłaszcza, zapewne nie oparła się pokusie i do wrogiej "Frondy" zajrzała, choć redaktorem naczelnym jest nikt inny, jak ten okropny Tomasz Terlikowski (przepraszam, panie redaktorze).

Zamiast cieszyć się ze zwycięstwa, które de facto x. Oko na łamach "Frondy" ogłosił - że homoseksualizm w Kościele ma się dobrze - nasza dziennikarka jest nastawiona sceptycznie. Nie po linii, bo przecież powinna się cieszyć, że Kościół mimo ciemnoty, skostnienia i kompletnej nietolerancji miewa jednak jakieś nowoczesne odnogi, postępowe i ogóle. Tymczasem pani redaktor słowom autora badań nie dowierza.
Choć przyznaje, że z x. Oko "problem jest większy" niż z x. Zaleskim, bo ten drugi bajał tylko o homoseksualnej mafii odkrytej w teczkach, a pierwszy oskarża ową mafię o pedofilię.

Chyba dlatego nie cieszy się pani redaktor. Jak można poczciwych gejów w sutannach oskarżać o takie okropne rzeczy? Przecież wiadomo, że księżogeje (taka odmiana pederastów) to tylko odpowiedzialnie i dorośle, na całe życie i w ogóle (cóż z tego, że celibat), a do dzieci mają uczucia czyste i z daleka, jako że własnych mieć przecież nie mogą.

A tu klops. Bo x. Oko ową nową herezją tłumaczy przypadki pedofilii, gorzej, uściśla jeszcze, że to nawet nie pedofilia, ale efebofilia, czyli zamiłowanie do dorastających chłopców. Czyżby koniec z dowcipami o księżach i ministrantach? Według badań molestują homo, nie hetero, więc dowcipy godzą przecież w dobre imię homoseksualnych księży, a homoseksualista - ksiądz, czy nie ksiądz, powinien być brany w obronę, bo jest uciśniony z definicji.

I choć autorka cytuje fragmenty artykułu x. Oko, jak na przykład: ''Do seminarium mogą zacząć przychodzić klerycy, którzy są już młodszymi partnerami takich homoksięży. Kiedy rektor lub inny przełożony usiłują ich usunąć, bywa, że w rezultacie to oni sami zostają usunięci, a nie homoklerycy'' - robi to niestety bez zrozumienia. Nie zauważa bowiem, że wspomniani homoklerycy i  homoksięża to ludzie dorośli, a więc stanowiący świetne przykłady gejowskich związków. Na sztandary ich, i nie zapomnieć zrobić o nich reportażu do wiadomego magazynu, z zasłoniętymi  twarzami oczywiście.

Trzeba, co prawda, przyznać, że próbuje pani W. bronić biednych homo-jednych-i-drugich, ale jakoś bez zapału. Wali tylko autora badań po głowie zarzutem homofobii, za którą uważa  'filozoficzną krytykę ideologii homoseksualnej oraz propagandy homoseksualnej", czyli obszar naukowych działań x. Oko.
Przy okazji: cóż za nobilitacja dla homofobii - zaliczyć do niej krytykę filozoficzną.
Puenta pani Wiśniewskiej? 
"Ciekawi mnie, gdzie można zgłębiać powyższą dziedzinę. Czy są szanse, żeby wykładów z filozoficznej krytyki ideologii homoseksualnej (potocznie zwanej homofobią) posłuchać w katedrze metafizyki wydziału filozoficznego UPJPII, gdzie pracuje ks. Oko? Czy z ćwiczeń z FKIH studenci mogą zdobyć wpis do indeksu? I co o nowatorskich badaniach ks. Oko sądzi Wielki Kanclerz Uniwersytetu Papieskiego kard. Stanisław Dziwisz?"

I to się nazywa dziennikarstwo. Tyle pytań!

Zapraszamy  więc serdecznie na UPJPII, pani Katarzyno. Tutaj znajdzie pani odpowiedzi na te wszystkie pytania. A jak Pan Bóg da, to może się jeszcze pani nawróci.

P.S. Linku do tekstu pani K.W. nie podaję, bo GW na własnym blogu promować nie będę. Więc szukajcie, a znajdziecie.

środa, 23 maja 2012

Lata apostata

W niedzielę zakończył się Tydzień Apostazji.

To kolejna przefantastyczna inicjatywa grupy, która za nic ma intymność, której domagają się pewne przestrzenie ludzkiego życia. 

Logo - no właśnie, jak to nazwać? Wydarzenia? Inicjatywy? Imprezy? Próby szukania rozgłosu? Hm. W każdym razie logo tegoż przedstawia ludzika uciekającego przed krzyżem. (Nota bene, słyszy się ostatnio coraz więcej o potrzebie przeprowadzania egzorcyzmów).

Celem tejże "ogólnopolskiej inicjatywy" jest umożliwienie "zamiany swojego prywatnego gestu w ogólnopolski, masowy głos w debacie publicznej". Co prawda jest to raczej debata polityczna, ale cóż. Do tego dwóch patronów medialnych: "Fakty i Mity" (Obalamy fakty, ujawniamy mity) oraz racjonalista.pl.

Czemu tyle piszę o tej wspaniałej inicjatywie?

Ponieważ zachwyca mnie, jak bardzo nieudolnie nasi okołopalikotowi apostaci próbują znaleźć adekwatną symbolikę. Taką, która zainteresuje media. Która przyciągnie uwagę nowego elektoratu.

Na pierwszy ogień poszedł biedny Piłsudski (czyżby próba odwołania się do patriotyzmu? Hmm.), który apostatą nigdy nie był, tylko konwertytą - dla żony zmienił wyznanie, zresztą po kilkunastu latach wrócił do Kościoła katolickiego.

Na drugi ogień poszedł Luter, wzorem którego nasz najsłynniejszy magister filozofii przyklejał (sic!) swój akt wystąpienia z Kościoła do drzwi Bogu ducha winnych krakowskich franciszkanów. A tu psikus: nie dość, że Luter żadnych kartek do drzwi nie przybijał ( a tym bardziej nie przyklejał), to jeszcze listę tez sporządził w zupełnie innym celu: nie po to, by sobie odejść z Kościoła, lecz po to, by Kościół naprawiać.

A już najzabawniejsze jest, że owe "publiczne akty apostazji" nie mają żadnej mocy. Świeżo upieczeni apostaci dalej pozostają w Kościele. Twierdzą co prawda, że nie zamierzają stosować się do procedur instytucji, która "nagminnie utrudnia ludziom odejście". To coś, jakby pan Zbyszek z bloku obok postanowił się wymeldować ze swojego mieszkania i w tym celu stanął na środku blokowego ogródka, krzycząc: "Już tutaj nie mieszkam!" Mógłby też ewentualnie przykleić oświadczenie na drzwiach jakiegoś urzędu. Jakiego? Wszystko jedno. Urząd to urząd. Wiadomo, że to instytucja opresyjna i do cna zbiurokratyzowana, utrudniająca ludziom wszelkie możliwe procedury.





czwartek, 3 listopada 2011

Boniecki - tak, Kościół - nie

Ależ się zrobiło halo. Pewien zakonnik, który ślubował posłuszeństwo swojemu przełożonemu, przedkładając tym samym jego decyzje nad własny rozsądek, został "uciszony".

Uciszenie wygląda tak:

"Decyzją przełożonego prowincji ksiądz Adam Boniecki ma na razie ograniczyć swoje wystąpienia medialne do Tygodnika Powszechnego. Żadne inne ograniczenia w stosunku do dotychczasowej działalności ks. Bonieckiego nie zostały na niego nałożone."

Komentarze na facebookowej stronie "Wspieramy x. Bonieckiego":

"Kościół katolicki w polsce jest skostniały i zaściankowy. Kieruję się tylko wlasnymi interesami. Tępi każdego katolickiego intelektualistę który ośmieli się mieć zdanie odmienne od zdania hierarchii."

"Oddajcie ks. Bonieckiego!"

"Proszę nam oddać ks. Bonieckiego - jest jedynym mądrym (z tych wypowiadających się publicznie) człowiekiem w polskim kosciele katolickim i chcemy go słuchać (mowię to jako osoba niewierząca i nie mająca z KK nic wspólnego)"

"To cenzura jaką już mieliśmy przez kilkadziesiąt lat!"

"Jedyny mądry człowiek w ciemnogrodzie."

"Jeszcze raz pokazał kościół jaki jest obłudny.Ale wiadomo jest że te wszystkie kościelne mądrości są dla ciemnego ludu."

"Że też spaślaki w czerwonych, ozdobionych firanką sukienkach równie odważnie jak księdzu Bonieckiemu nie zamkną mordy radiu co ma ryja i jego naczelnemu złodziejowi..."

"Mam klasyczne mieszane uczucia. Z jednej strony ksiądz Boniecki to chrześcijanin dla otwartych, postępowych inteligentów. Z drugiej - co on ze swoją osobowością przez tyle czasu robi w instytucji tak amoralnej i szkodliwej jak KK?"

Och, jak ci wszyscy spoza Kościoła uwielbiają się mieszać w kościelne sprawy! A jak Kościół się miesza w sprawę krzyża w miejscach publicznych, podnoszą krzyk.

Zaraz mi tu ktoś wytknie, że wypowiedzi x. Bonieckiego nie były tylko sprawą Kościoła, ale publiczną, skoro wypowiadał się publicznie. Tylko, że sprawa posłuszeństwa przełożonemu jest sprawą wewnątrzkościelną.

Zjawisko jest niepokojące i ostatnio narasta.

A poza tym mam wrażenie, że prowincjał zdecydował, jak zdecydował, żeby uniknąć zwyczajnej w takich sytuacjach nagonki na Kościół, trąbienia o rozłamie, przepytywania na okoliczność wszystkich medialnych ludzi Kościoła i takich z nagonki też, wyrażania akceptacji dla bohatera przez lewicę, szargania dobrego imienia Kościoła itd.

Właściwie to dobre mamy czasy: zmuszają nas do myślenia.

poniedziałek, 26 września 2011

Katolicyzm: nowy chwyt marketingowy

Dzisiaj na rynek wszedł nowy "tygodnik opinii": "Wręcz przeciwnie".

O linii programowej nie będę pisać nic. Wystarczy bowiem zobaczyć okładkę. Na której Tusk i Kaczyński w szatach liturgicznych udzielają sobie nawzajem Komunii.

W ostatnim czasie to nic nadzwyczajnego. Przykłady można by mnożyć: Newsweekowe "Herezja smoleńska", "Palikot Mesjasz lewicy", "Bóg, horror, ojczyzna, Nergal", Wprostowi "Pogromcy szatana", Przekrojowe "Kościół uchyla drzwi gejom".

Okładek publikować nie będę, albowiem ręki do tego nie przyłożę.

Sprawy Kościoła przestały być okładkowym tematem zarezerwowanym okolice Świąt (jednych i drugich). Dlaczego? Bo to świetny sposób na marketing. Ten nowy pomysł na sprzedaż jest tym bardziej znaczący, że nie stosują go "Uważam, rze", "Polityka" i "Gość Niedzielny" - pierwsza trójka na rynku tygodników w lipcu 2011. Wygląda na to, że wbrew temu, co próbują nam wmawiać niektóre "tygodniki opinii", polskie społeczeństwo jest zainteresowane Kościołem i religią. I to przed wyborami.

Nieprawdopodobne?

środa, 23 czerwca 2010

Lęk przed ciszą

Trafiłam w ostatnią niedzielę na ostatnią mszę do św. Anny. Zazwyczaj to cicha msza. Cicha - czyli bez śpiewu. Bez muzyki.

Ale tym razem cicha była do czasu.

Pewien pan, wyglądający jak wszyscy inni krakowscy specyficzni, podszedł do klęcznika po lewej stronie ołtarza. W objęciach piastował futerał od skrzypiec. Ukląkł na podłodze, a na klęczniku postawił futerał, po czym go otworzył. Okazało się, że pudło w środku wytapetowane jest świętymi obrazkami. Pomyślałam: nic to!

Niesłusznie.

Skrzypek wyczekał do momentu komunii, i zaczął - jak to na skrzypcach - skrzypieć. Dość straszliwie, a na pewno przeraźliwie. Grał potem jeszcze po mszy, a wychodzący zagryzali zęby.
Naprawdę.

Ja też zagryzałam.

Przypomniał mi się pan Nikolai z Moskiewskiej Akademii Muzycznej, który na niedzielnej mszy śpiewał długo, z lekka fałszywie i rozwlekle części stałe. Pół biedy, że po łacinie, ludzie już umieją (albo jeszcze). Gorzej, że nie dało się śpiewać razem z nim. A części stałe są właśnie od tego, żeby lud śpiewał je chórem.

Przypomniał mi się pan Jacek, który regularnie, co roku, odwiedza proboszcza w Międzywodziu, a ja miewam tą wątpliwą przyjemność trafiania na jego występy. Gra utwory własne, a ulubiony jest o papieżu (naszym, nie żadnym tam Benedykcie). Inny utwór popisowy:

Na drogę życia
dostałem dwa kwiatki
od przyjaciela
a drugi od matki

i tak dalej, świecko i biesiadnie, z trelem i w ogóle dramat.


Przypomnieli mi się organiści i organistki, oraz śpiewaczki solowe samorzutne, które to towarzystwo morduje ciszę raz za razem.
Jakby Pan Bóg nie zasługiwał na chwilę spotkania w milczeniu. W ciszy serca.


Skąd pomysł, że na mszy nie może być ciszy?
Czy w ciszy odzywa się głos sumienia, które należy zagłuszyć nowymi pieśniami z gatunku sakro-polo?

Bo nasze nowe pieśni kościelne, na rzecz których stary dobry Siedlecki został rzucony w kąt, nie mówią o Bogu. Mówią o człowieku. W rytmie dwa na jeden.

Um-pa-pa, um-pa-pa.

Zdecydowanie potrzebujemy szkoły liturgicznej. Dla wszystkich.
A zwłaszcza dla organistów.

czwartek, 17 czerwca 2010

Schizofrenia moralna

O schizofrenii już kiedyś pisałam.

Nie jest to rozdwojenie jaźni, ale zaburzenie psychiczne, które objawia się upośledzeniem postrzegania lub wyrażania rzeczywistości, m.in. pod postacią zaburzeń mowy i myślenia.

Na schizofrenię cierpią nasze media. Przynajmniej niektóre.

Dzisiaj na przykład wyskoczyła sprawa abp. Paetza.

GW w tekście zatytułowanym "Watykan odpuszcza arcybiskupowi Paetzowi" podaje, że dowiedziała się nieoficjalnie, że abp. może znowu sprawować posługę biskupią.

Czyli tytuł kłamie. Bo to nie jest wiadomość potwierdzona przez kompetentny w tej sprawie urząd.

GW staje murem za tymi pracownikami kurii oraz kapłanami archidiecezji poznańskiej, którzy nieoficjalną decyzją są - dosadnie mówiąc - przerażeni.

Dyżurny "teolog" GW, Jan T., napisał do tekstu komentarz zatytułowany "Szczyty zła".

Za Wyborczą podały wiadomość m.in: TVN24, TVP Info, Wprost, Dziennik, niezależna.pl, Fakt, poznańskie naszemiasto.pl.

Nie chcę bronić nikogo. Jeśli chodzi o mnie, uważam, że kapłan, który publicznie zgrzeszył, powinien publicznie przyznać się do winy, a potem publicznie ją odpokutować i wrócić po pokucie na łono Kościoła, jako grzesznik nawrócony.

Zastanawiają mnie tylko trzy rzeczy.


1.GW broni na ogół praw homoseksualistów.

Załóżmy, że abp. Paetz jest homoseksualistą. Wskazują na to fakty sprzed ośmiu lat.

Dlaczego GW nie broni jego praw?
Dlaczego organizacje gejowskie nie walczą o jego prawa?
Dlaczego nie ma być równy ze wszystkimi?
Dlaczego nie zaprasza się go na przykład na festiwal o miłości "Poznajcie nas", na marsz tolerancji, na liczne festiwale tzw. kultury gejowskiej?

Czy dlatego, że w hierarchii selekcyjnej GW pisanie źle o Kościele stoi wyżej niż pisanie dobrze o gejach?

2. "Kilka tygodni temu Kongregacja odwołała dekret. - Ksiądz arcybiskup od kilku lat się o to starał. Mamy nieoficjalną informację, że taką decyzję podjęto. Czekamy na pismo z Watykanu - słyszymy w poznańskiej kurii metropolitalnej."

Czyli to nie news?

Dlaczego zatem pojawia się teraz, nota bene na trzy dni przed wyborami?

3. Co się stanie, jeśli owa nieoficjalna decyzja nie zostanie potwierdzona przez Watykan? Czy polskie media zaleje fala sprostowań?


Hm.

niedziela, 9 maja 2010

(Nie)przygotowanie

Co trzeba zrobić, żeby sakramentalnie wyjść za mąż?

1. Być kobietą (co nie jest w naszych ciekawych czasach takie oczywiste)
2. Mieć do spółki mężczyznę
3. Przejść kurs przygotowania do małżeństwa.

Ten kurs można odbyć naprawdę szybko: wystarczy 15 godzin weekendowego kursu dla narzeczonych i 4 godziny warsztatów zamiast trzech wizyt w poradni.

Łącznie 19 rozczarowujących godzin.

Na kurs przychodzą wszyscy. Wierzący praktykujący. Wierzący niepraktykujący. Niewierzący praktykujący. Niewierzący niepraktykujący posiadający rodziców w jednej z trzech wyżej wymienionych grup.

Więc właściwie nie wiadomo, czy mówić o Panu Bogu, czy lepiej nie, czy mówić o czystości przedmałżeńskiej, czy nie robić z siebie głupka. Mówi się więc coś o wszystkim. A momentami nawet wszystko o niczym.

I tak chodzi o papierek.

A jeśli ktoś się nastawiał na coś więcej, na ćwiczenia pozwalające zastanowić się nad sobą i swoimi relacjami, oczekiwaniami, egoizmem, potrzebami i motywacją - niech przeczyta sobie Pulikowskiego, Pawlukiewicza, albo znajdzie jakiegoś sensownego dominikanina, który znajdzie dwie godziny z nieskończenie rozciągliwego dominikańskiego czasu na rozmowę z przyszłymi małżonkami.

A może nie mam racji, i nie wszystko z katechez sprintem odbija się jak groch od ścian umysłów zaprzątniętych grą w popularną grę przedślubną "buty, sukienka, papier"?

I może ci, którzy w przerwach na kawę, drożdżówkę i obiad dyskutują o problemach poruszanych pomiędzy przerwami, coś jednak wynoszą z przedmałżeńskich kursów i katechez - oprócz takich umiejętności warsztatowych:

"Spróbuj znaleźć te zdania, które stanowią poprawne wyrażenie uczuć przez mówiącego.

a. Nie śmiej się tak!
b. Czuję się niespokojna, gdy się tak śmiejesz.
c. Jesteś niemożliwy.
d. Czy wydaje ci się to takie śmieszne?"

Nie wiecie?
Prawidłowa jest odpowiedź b.

czwartek, 11 marca 2010

Kościół znów się miesza

W poniedziałek i wtorek obradował nasz Episkopat. Przedmiotem obrad były różne problemy, a wśród nich - nasze media publiczne.

No właśnie.

Na tapecie akurat inne rzeczy, GW zaangażowała się w kościelne skandale pedofilskie. Więc komentować komunikatu Episkopatu nie ma czasu. Nie wybuchła więc kolejna burza pod hasłem "Kościół miesza się do nie swoich spraw". Tym razem bowiem miesza się do swoich. A jeśli się miesza, to oznacza, że jest już naprawdę źle.

"Pasterze Kościoła z niepokojem przyjmują informację o kryzysowej sytuacji w mediach publicznych – w Polskim Radiu oraz Telewizji Polskiej."

Aha. Więc wreszcie ktoś (oprócz niektórych byłych dyrektorów) mówi, że jest kryzysowa sytuacja. A nie, że to koniec mediów publicznych, że statek tonie, że nic nie da się zrobić, że trzeba wysadzić obecne struktury i zacząć od początku.
Mamy kryzys - to, wbrew pozorom, konstruktywny wniosek; kryzys jest przecież nieodłącznym elementem rozwoju i daje nadzieję na to, że będzie lepiej.
Kryzys to jaskółka zmian, a nawet - całe stado jaskółek.

"Media publiczne stanowią ważny element dobra wspólnego, za które wszyscy ponosimy odpowiedzialność."

Kluczowe słowo w tym zdaniu to WSZYSCY. Co oznacza, że pojedynczy, szary oglądacz TVP też powinien mieć coś do powiedzenia, oprócz narzekania na upolitycznienie i podział, i kicz. Bo przecież "media publiczne powinny pełnić powierzoną sobie misję ponad podziałami partyjnymi."

Ale tu pada kolejne kluczowe słowo: MISJA. Jest już tak wytarte od ciągłego szorowania nim po zębach WSZYSTKICH, którzy mamroczą pod nosem przekleństwa pod adresem kolejnych Zasiadających Na Stołkach Dyrektorskich, że nikt nie pamięta, co ono naprawdę oznacza. A oznacza na przykład dobre reportaże, programy edukacyjne nie tylko dla dzieci, ciekawą publicystykę, upowszechnianie sztuki (przepraszam, Sztuki).

Zarówno w radio, jak w telewizji.

I jeszcze na koniec:

"istnienie mediów publicznych jest elementem polskiej racji stanu".

To bardzo znaczące stwierdzenie.

A co to takiego, racja stanu?

Ciocia Wiki mówi, że to wyższość interesu państwa nad innymi interesami i normami. Oraz, że w państwach demokratycznych racja stanu jest zazwyczaj kwestią "pozadyskusyjną".

Oraz, że racją stanu kieruje się mąż stanu.

U nas, niestety, zamiast mężów stanu mamy kochanków stanu.
Jaka jest różnica?
Mąż ma obowiązki oraz przyjemności.
Kochanek ma przyjemności.

Czyli - wracamy do podstaw.
Komunikat Episkopatu to nic innego, jak szóste przykazanie w kolejnej odsłonie.