Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 lipca 2012

Dziennik wdzięczności

Prasa jednak bywa bardzo inspirująca.

W "Twoim Stylu", w dziale "trening osobisty" znalazłam taką oto poradę, jak być szczęśliwą:

"Jeśli wierzysz w afirmacje, czyli pozytywne komunikaty (ich skuteczność jest udowodniona, ale wiele osób uważa je za szamanizm), możesz prowadzić wieczorem "dziennik wdzięczności"." W myślach, przed zaśnięciem. Wymieniaj wszystko, za co jesteś wdzięczna: wspaniałego męża i mądre dzieci, zdrowych i kochanych rodziców, piękny widok z okna. A także drobne przyjemności dnia codziennego: to, że było dzisiaj słońce."

Cóż. U chrześcijan ta "metoda" nazywa się po prostu - modlitwą dziękczynną. Razem z rachunkiem sumienia i prośbami do Stwórcy składa się na wieczorną z Nim rozmowę. Jak widać, nie jest to smutny, codzienny, przykry, chrześcijański obowiązek, ale rzecz pozytywna, zalecana nawet przez "Twój Styl". Niesamowite.

Szkoda, że autorki tekstu nie wspominają nic o aktach strzelistych.

piątek, 13 lipca 2012

Brzozowi eksperci

Tak, tym razem będzie o Smoleńsku.

Przeczytałam bowiem w nieco nieświeżej "Polityce" (które to czasopismo czytam okazyjnie, ponieważ pieniędzy mi na nie szkoda) wywiad z kolejnym ekspertem od katastrof lotniczych, profesorem Pawłem Artymowiczem.

Wywiad, intrygująco (i niezgodnie z treścią) zatytułowany "Brzoza przegrywa", zdecydowanie daje do myślenia.

Zaczyna się wiarygodnie. Bohater wywiadu przedstawiony jest jako fizyk i pilot. Paskudna Wikipedia podpowiada co prawda, że jest astrofizykiem, który zajmuje się, cytuję, "badaniami nad pochodzeniem i ewolucją gwiazd powdójnych i układów planetarnych, dynamiką dysków astrofizycznych" oraz m.in. fizyką pyłu międzygwiazdowego. Jak z Lema. Ale umiejętności dokonywania obliczeń są pewnie uniwersalne. W końcu fizyka to fizyka.

Dowiadujemy się po kolei, że Artymowicz poczuł się jako Polak i pilot dotknięty tragedią smoleńską i spróbował swoich sił w wyjaśnianiu zagadki tupolewa. Zaczął od krytyki obliczeń Biniendy. Krytyka brzmi logicznie i naukowo - może dlatego, że przeciętny humanista nie jest w stanie stwierdzić, czy Artymowicz ma rację, czy nie. Niech więc ma. Dodaje do tego, że Binienda nie chce się spotkać w dyskusji oraz upublicznić danych wyjściowych użytych do obliczeń. I że nie on jeden uważa te obliczenia za nierzetelne. Wszystko, co (naukowego) mówi potem Artymowicz, jest logiczne. Wreszcie jakieś argumenty przeciwko zamachowi i za brzozą, by tak rzec. Że duraluminium, że aluminium w brzozie, a brzoza na skrzydle.

Gorzej z warstwą "polityczną" wywiadu. Otóż nasz bohater przyznaje niejako, że Binienda łamie standardy nauki, i stawia go w bardzo złym świetle, opisując jego niechęć do spotkania się z krytyką. Cóż - wiadomo, że świat naukowy nigdy nie był zgodny i jednorodny, więc i to można zrozumieć.

Później Artymowicz dodaje, że jego wyniki są zgodne z wynikami komisji Millera i jej scenariuszem przebiegu wydarzeń. Brzmi nieco dziwnie, ale skoro naukowcowi tak wyszło, cóż innego może powiedzieć.

Najgorzej niestety wypada końcówka wywiadu. Otóż nasz astrofizyk twierdzi, że przyczyną tragedii były przede wszystkim... błędy pilotów.
"Nie ma na świecie pilota, który nie potrafiłby zatrzymać opadania sprawnego samolotu na żądanej wysokości. Moja prywatna interpretacja jest taka, że z jakichś względów piloci dopuścili się przekroczenia bariery bezpieczeństwa. Prawdopodobnie chcieli zobaczyć ziemię". I dalej: "Problemem była współpraca załogi".

A jeszcze dalej - kluczowe zdania:

"Ponadto, jak wiemy, w kokpicie znajdowało się za dużo osób, co przeszkadzało. Najwyraźniej zbyt wiele zadań spadło na majora Protasiuka. (...) nie wykluczam też też pewnych odstępstw od procedur po stronie Rosjan.Ale ich ewentualne błędy na pewno nie były zasadniczą przyczyną tragedii".

Z Pawłem Artymowiczem rozmawiał Marcin Rotkiewicz. Myślicie, że zapytał o "na kursie i ścieżce"?
Ależ skąd

Sam bohater wywiadu pisze na swoim blogu:  "mam wysoki indeks Hirscha h=25 oraz 4.1 razy wiecej cytowań na pracę niż średnia w mojej dziedzinie - fizyce. Całkowita liczba cytowań przekracza 2700. Dla porównania, prof. Binienda mial w 2011 dużo niższy wskaźnik h=8 oraz 1.18 razy średnia liczbę cytowań na pracę, w dziedzinie inżynierii. dr Nowaczyk ma w porównaniu ze mną b. mały samodzielny dorobek naukowy". To też daje do myślenia.

Więc co mam o tym wszystkim myśleć?
Dlaczego mam uznać badania jednego naukowca za dobre, a innego za złe, bo tak mówi jeden lub drugi naukowiec?
Skąd mam wiedzieć, który z nich dąży do prawdy, a który - nie? Albo z jakim przedzałożeniem, zaciemniającym obraz, próbują jej dowieść?
Jak mam znaleźć sens w kolejnych badaniach, symulacjach, doniesieniach i wywiadach, jeśli nie mam pojęcia o fizyce i zagadnieniach lotniczych, a żaden z ekspertów nie wydaje się bezstronny?

Jak się domagać dochodzenia do prawdy, a nie do wersji wygodnej dla którejkolwiek ze stron?

I co z nielogicznością teorii głoszonych przez środowiska prorządowe? Przecież one się zmieniają co chwila, nagłaśniane przez media. Są niespójne i niekonsekwentne, i co chwilę wywołują sprzeciw kogoś z bliskich, którym chyba najbardziej na prawdzie zależy.

I ostatnia rzecz, która męczy mnie najbardziej: czy w każdej sprawie, która budzi wątpliwości, rząd postępuje tak jak w sprawie Smoleńska?

Bo zaczynam się obawiać, że tak.


piątek, 6 lipca 2012

Dziennikarstwo, teza i irytacja

Uch, jak mnie denerwuje takie "dziennikarstwo"!

Rozumiem, że media w Polsce muszą polaryzować obywateli, żeby wyraźnie było widać, kto gdzie siedzi albo stoi, bo wyraźne kontrasty są niezastąpione w medialnej narracji, a rzeczowe historie - zwyczajnie nudne, nie to, co gra na emocjach. 
Rozumiem, że od mediów internetowych, wbrew ich pre-tendencjom, nie należy wymagać zbyt wiele, a już zwłaszcza od tzw. publicystyki, ale są pewne granice. Pisanie artykułów pod tezę uważam po prostu za koniec dziennikarstwa. I już. Pod tezę to sobie można pisać felietony, a i tak zaraz ktoś coś wypomni.

Tym razem ofiarą moich żądań padła ofiarą dziennikarka wp.pl. Żądań rzetelności, oczywiście.
Napisała ona, w ramach raportu specjalnego o in vitro, tekst. Temat nośny, chodliwy i emocjonalny. I bardzo denerwujący dla kogoś, kto o in vitro i okolicach wie nieco więcej, niż to, że chodzi o jakieś dziecko z probówki.

I cóż my mamy w tym tekściku?
Wszystko, ach, wszystko. I nic zarazem.
Tekst znalazł się w dziale wiadomości, bo nie ma niestety działu "quasi-reportaż zaangażowany z tezą".
Jak napisać ów nowy wybryk gatunkowy?

Po pierwsze: wybrać tezę. Najlepiej chodliwą. Taką, co budzi emocje.
Po drugie: dobrać do niej bohaterów. Najlepiej z parciem na media, żeby było łatwo. Albo takich, którzy akurat potrzebują promocji i nie odmówią.
Po trzecie: zadbać o to, żeby bohaterowie mówili językiem barwnym, soczystym, emocjonalnym. I krytycznym wobec przeciwników tezy. Niech obrażają, niech mówią nieprawdę - to ich nieprawda, każdy może mieć własną.
Po czwarte: dla zmylenia przeciwnika wstawić ze dwie wypowiedzi zwolenników anty-tezy. Krótkie, zwięzłe, bez emocji.
Po piąte: z dostępnych faktów wybrać te sprzyjające. O reszcie się nie nawet zająknąć, żeby nie zepsuć tezy.
Po piąte: mówić do emocji, nie do rozumu. Czytelnicy nie myślą przecież logicznie, tylko emocjonalnie, więc i dziennikarz powinien.
Po szóste: porównywać. Dużo porównywać. Zwolenników tezy do ludzi wcześniej obdarzonych społecznym szacunkiem (o ile da się takich znaleźć). Przeciwników tezy do ludzi ograniczonych. Problem do innych, poważnych problemów, które zostały już "oswojone" (na zasadzie: i proszę, tamto się dało, i to się uda".


Efekty przeczytajcie sobie sami tutaj.

Nie oczekujcie rzetelności, bezstronności, zbierania wszystkich opinii, próby przedstawienia rzeczywistości inaczej niż na czarno-biało. Nie oczekujcie, że się czegoś dowiecie. Nie oczekujcie w zasadzie niczego. No, może poza irytacją. Bo z tekstu wynika, że PiS to barbarzyńcy. Kościół chce niesuwerennej Polski. Demokracja nie polega na rządach większości. In vitro to sposób leczenia, dzieci "z próbówki" są przez społeczeństwo polskie dyskryminowane, a zamrożone zarodki nie mogą stanowić przeszkody na drodze do szczęścia bezpłodnym rodzicom. I tyle.

Nic nowego. Nawet irytacja jak zwykle.

A mnie się wciąż czasem marzy, że dziennikarstwo podnosi się z ruin.
Ech.

wtorek, 13 grudnia 2011

Prawda dobrze zapłacona

- Cóż to jest prawda? - pytał Piłat.

Towar. Nic innego.

Prawda jest też względna. Im względniejsza, tym bardziej kosztowna. I głosi się ją z ekranów.

Poza tym dzieli się na rodzaje. Już nie - jak chciał x. T. - na święta prowdę, tyż prowdę i gówno prowdę. Nawet nie na prawdę, całą prawdę i tylko prawdę. Teraz mamy całą prawdę, półprawdę, ćwierćprawdę i prawdę-nie.

Cała prawda występuje rzadko: w relacjach międzyludzkich pozbawionych pośredników- tych małych i wielkich. Oraz w stajence.

Półprawda występuje w grupowych relacjach międzyludzkich, niektórych mediach, sądach i umowach o dzieło.

Ćwierćprawda występuje zazwyczaj w programach partii politycznych.

Prawda-nie występuje tam, gdzie dobrze jej zapłacą. Najczęściej w programach publicystycznych. Od nieprawdy różni się tym, że nieprawda jest na pierwszy rzut oka oczywista. A prawda-nie stawia sobą wyzwanie: wydaje nam się, że widzimy prawdę, a potem jednak okazuje się, że nie.

Prawda-nie kosztuje sporo. Pieniędzy, wysiłku, pracy, pieniędzy, czasu, znajomości, pieniędzy, manipulacji, pieniędzy - i wstydu.

Prawda-nie kosztuje też sporo cierpliwości tych, którzy się z nią stykają i rozpoznają jej zamaskowane kształty.

Prawda-nie to nowy standard dziennikarski. Z dołączonym w pakiecie ziarenkiem prawdy - jak z mercedesami na Placu Zamkowym: kto chce, ten się dowie. Kto nie chce, nie ma czasu, siły, albo nie wpadł na to, by nie wierzyć, nie wyhoduje nic z ziarenka.

Wciąż nam się wydaje, że to media kontrolują rządzących. A skoro media rządzą, kto kontroluje media?

Ach, zapomniałam! Przecież to Rada Etyki Mediów!

Prakaczka

Po dwóch tygodniach wyjętych z życia zrobiłam sobie prasówkę.

Nowicka wciąż kłamie.
Olejnik została autorytetem młodych dziennikarzy (czyżby za rozmowę z Anną G.?)
Janina P. dostała nagrodę Kisiela.

Kotek z załącznika stał się przedmiotem poważnej debaty (swoją drogą, prawica zawsze wie, jak sobie samej podbić bębenek i zrobić z siebie głupka. I na kogo tu głosować? Dramat.)

Jaruzelski wydał książkę. Żeby powiedzieć prawdę o historii, rzecz jasna. Wszyscy (medialni) się podniecają, rzecz jasna, bo Jaruzelski oznacza newsa na każdą okazję.

Unia ma się świetnie, a jeśli się rozpadnie, to przez PiS i różne marsze.

I doszłam do wniosku, że to nie prasówka, tylko prakaczka. Dziennikarska.

poniedziałek, 14 listopada 2011

Montaż słowno-słowny

Polacy nie gęsi, swój język mają. W gębie. I go nie zapominają nigdy, a już najrzadziej - w tzw. publicznych debatach.

Stajemy się powoli narodem publicystów i protestantów. Publikujemy swoje odczucia (zwłaszcza te polityczne) oraz protestujemy przeciwko temu, co nam poddadzą na fejsbuku.

Nasz sport narodowy to nie piłka nożna, tylko bicie piany.

Nasi (choć piszę to z wahaniem) politycy włóczą się po sądach, chyba z braku rozrywki, bo znudziła im się kulturalno-(dez)informacyjna papka serwowana ze srebrnych ekranów. Jak nie Kaczyński Palikota, to Palikot Kaczyńskiego. I może jeszcze stara, czerwona lewica coś dołoży, Nowicka Wanda się odwoła i zaskarży, a Maziarski Wojciech zawiadomi prokuraturę o popełnieniu przestępstwa przez zgromadzenie marianów.

Lewica mówi, że wolnoć, Tomku. Prawica dodaje, że nie w naszym, polskim domku. Im więcej tłuką nam do głów przedstawiciele nurtów wielce liberalnych, tym więcej mówi prawica, skarżąc się na postępującą degrengoladę, upadek wartości konserwatywnych i patriotyzmu. Lewica szarżuje, prawica utyskuje (nie, nie mam tym razem nic do premiera).

Wszyscy gadają. Wszyscy gadamy, powinnam dodać sprawiedliwie.
Jesteśmy społeczeństwem gadających głów. Politycy w mediach. Media też w mediach. Reszta w social mediach, i po każdym "lubię to" czy przyczepieniu sobie nalepki czuje owa reszta, że dała wyraz swoim odczuciom. Że protestowała. Że działa.

O, piękne złudzenia. Aż się przypomina Polska Partia Protestująca (kto nie zna, temu przytoczę:

"Polska Partia Protestująca
protestuje zawsze do końca
w swych protestach nieustająca
P!P!P!"

A, jeszcze w pochodach umiemy chodzić. I nie jest to pozostałość po czasach słusznie minionych, bo moje pokolenie chodzi, a czasów z autopsji nie zna.

Takie mamy obywatelskie działanie.

Na szczęście są skowronki w postaci ruchów oddolnych, forsujących projekty ustaw, albo walczących z pornografią.

Ale i tak mam nieodparte wrażenie, że prawica więcej mówi, a lewica więcej działa. Żeby wprowadzić "duży, czterdziestomilionowy, europejski - że sobie zacytuję - kraj" w stan coraz większej nietolerancji dla "nietolerancyjnych", trzeba naprawdę solidnych, dobrze przemyślanych i zorganizowanych działań. Żeby ustami obywateli zachęcać do działań przeciwko państwu - to wymaga umiejętności.

Szkoda, że nie ma ich prawica. Walka byłaby bardziej wyrównana.

niedziela, 5 grudnia 2010

Historie z drugiej strony

Poza jednym wykładem pt. "Warsztat rzecznika prasowego" (o którym więcej nie napiszę z różnych względów) nie miałam z rzecznikami zbyt wiele wspólnego. I nie chciałam mieć. Traf jednak chciał (a raczej - szef), że sama zostałam na krótko czymś w rodzaju rzecznika.

Dzięki temu interesującemu doświadczeniu miałam okazję zobaczyć drugą twarz polskiego dziennikarstwa. Czego nikomu nie życzę.

Funkcję przygrywki spełnił monitoring prasy. No naprawdę! Ile ciekawych, nowych rzeczy można się dowiedzieć o imprezie, której jest się organizatorem... `

Co lepsze, moje teksty ukazywały się w kilkunastu internetowych mediach - a także kilku drukowanych. Teksty zwane popularnie "informacjami prasowymi". Przygotowywałam je starannie, ale czasami zdarzała mi się literówka... która również pojawiała się w ogólnopolskich - jak by nie patrzeć - publikacjach.

Potem zaczęła się zabawa.

Otrzymałam na przykład taki telefon:

- Dzień dobry, z tej strony (tu bardzo niewyraźnie imię i nazwisko oraz nazwa radia). Czy rozmawiam z panią N.?
- To ja.
- Pani podobno jest organizatorem festiwalu.
- Zgadza się.
- Mam taki problem. Dlaczego ja nic o tym nie wiem?

[Ładne, prawda? Dziennikarz pyta, dlaczego nie umiał dotrzeć do informacji, która od trzech miesięcy regularnie pojawia się w mediach.]

- A dlaczego miałby pan wiedzieć? - zapytałam z głupia frant, zupełnie nie jak na rzecznika przystało.

Po dłuższej chwili, w której pan Nieuprzejmy tłumaczył mi, jakim to oni nie są wspaniałym radiem i jak to nie trzeba ich o wszystkim informować, okazało się, że facet jest z działu reklamy, a ich reporter rozmawiał z nami kilka dni wcześniej. O czym pan Nieuprzejmy również nie wiedział.

Radio w ogóle przysporzyło mi dużo radości.

Odbyłam na przykład kilka rozmów telefonicznych z panią z innej rozgłośni radiowej, która upierała się, że musi mieć kogoś z festiwalu w nocnym programie. Czyli pół godziny przed północą. Program jest na żywo. Czy ktoś od nas przyjedzie do studia?

Wyjaśniłam jej uprzejmie, że studio jest za daleko, i zapytałam, czy możemy porozmawiać przez telefon.

Pani przez siedem minut (z zegarkiem w ręku!!!) wyjaśniała mi, co to jest audycja na żywo. Wytrzymałam to cierpliwie.

Na drugi dzień okazało się, że jednak może być rozmowa przez telefon na antenie.

Przy naszej czwartej rozmowie pani wciąż nie pamiętała nazwiska mojego szefa, z którym miała rozmawiać. Umówiłam ją na konkretną godzinę.

Dwie minuty po tej konkretnej godzinie otrzymałam od owej pani kolejny telefon z dzikimi pretensjami. Pani objechała mnie od stóp do głów, stawiając pod znakiem zapytania organizację całego festiwalu, jego powodzenie oraz oskarżając mnie o kompletną nieodpowiedzialność. Zrewanżowałam się jej, choć nieco uprzejmiej.
Co się stało?
Otóż mój szef nie odbierał o umówionej porze telefonu. A pani sama strzeliła sobie w stopę, nagrywając wcześniej setki ze wszystkimi innymi, co nie pozostawiło jej żadnej alternatywy, kiedy jego telefon milczał. Również do niego wysłała niewybrednego smsa.
Nikomu z nas nie chciało się jej potem tłumaczyć, że kiedy człowiek jest ofiarą napaści, niekoniecznie może powiedzieć: "Czekajcie, chłopaki, mam teraz umówiony wywiad radiowy, jak skończę, to wrócimy do bicia".

Jeszcze zabawniej bywało z telewizją.

9.30: dzwoni dziennikarka telewizyjna. Mówi, że chciałaby nagrać półtorej minuty o festiwalu do wieczornych wiadomości. Pyta, czy może przyjechać za pół godziny.

Mówię jej, że przyjechać może, ale wszystkie wydarzenia zaczynają się około 16.00, więc o 10.00 rano trudno jej będzie porozmawiać z naszymi gośćmi oraz nagrać obrazki z wydarzeń. I zapraszam ją na wieczór.

[Na marginesie: szczegółowy program wisi od ponad dwóch tygodni na oficjalnej stronie festiwalu i wyskakuje w googlach na drugim miejscu].

Po godzinie pani dzwoni, żeby odwołać przyjazd. Coś się zmieniło i muszą być gdzie indziej.

Po dwóch dniach telewizja zbiera się do nas kolejny raz. Umawiamy się na przed dziesiątą rano. Kwadrans po dziesiątej sama dzwonię i dowiaduję się przez pośredników, że jednak ekipa nie przyjedzie. Coś się stało na mieście i muszą jechać tam.

Ostatnia próba - przed końcem. "Chcielibyśmy, żeby ktoś nam podsumował cały festiwal". Wymieniam kompetentne osoby i pory, w których będą dostępne. Obdzwaniam je i potwierdzam gotowość do pokazywania się na wizji.

Po półgodzinie pani oddzwania. Nie będzie nagrania. Nietrudno zgadnąć, że coś im wypadło.

Na szczęście było też parę pozytywnych przypadków uprzejmych i rzetelnych dziennikarzy. Ale możecie mi wierzyć: nie ma lepszej szkoły dziennikarstwa, niż pobyć sobie rzecznikiem prasowym.

czwartek, 28 października 2010

Palenie kota

"Palenie kota" można zdefiniować następująco:

"czynność wykonywana przez dziennikarzy nie respektujących podstawowych zasad dziennikarskiego kodeksu etycznego, jakimi są rzetelność i obiektywność przekazu".

najstarszym historycznym poprzednikiem "palenia kota" było "mydlenie oczu". Później medioznawcy wypracowali nowocześniejszy termin: "dezinformacja".

Kolejnym historycznym etapem tego ciekawego zjawiska jest "palenie kota". Kot, jaki jest, każdy widzi, a ci, którzy mieli z tym ciekawym zwierzątkiem bliższy kontakt, wiedzą, jakie ów kot ma możliwości, nawet, kiedy nie płonie. Palenie doprowadza go do specyficznego rodzaju zachowań, które psychologia zwierząt domowych opisuje jako "napad szału ze strachu połączony z intensywnym dymieniem". "Kot podpalony zaczyna stanowić dominujący element otoczenia, nic bowiem nie zwraca takiej uwagi, jak oszalałe ze strachu, miauczące wniebogłosy i wydzielające gęsty dym zwierzę" (J.M. Psizór, 1999)

Medioznawcy przejęli na swój użytek ów jakże przemawiający do wyobraźni opis dla jak najlepszego zobrazowania kolejnego historycznego etapu rozwoju intrygującego zjawiska braku obiektywności połączonego z manipulacją dokonywaną na informacji.

Nie wiadomo, czemu oni się tak dziwią.
Jak wszyscy dobrze wiemy, obiektywizm nie istnieje.

środa, 29 września 2010

Serce w rozterce

Przychodzi facet do kardiologa. Ma kłopoty z sercem.

- Dużo kawy pan pije?
- Trzy filiżanki dziennie.
- Proszę zamiast kawy pić czerwoną herbatę.

Facet przychodzi za dwa tygodnie. Stan bez zmian.

- Przestał pan pić kawę, jak zaleciłem?
- Przestałem.
- A do pracy daleko?
- Niedaleko.
- To niech pan zacznie chodzić na piechotę.

Przychodzi facet po miesiącu. Serce coraz gorzej.

- Kawę pan pije?
- Nie.
- Na spacery chodzi?
- Chodzę.
- Niech będzie, dam panu tabletki na nadciśnienie.

Przychodzi facet po kolejnym miesiącu. Tabletki nie działają.

- A w pracy się pan stresuje?
- Jestem księgowym w dużej firmie.
- Niech pan zmieni pracę.

Przychodzi facet po pół roku, zrelaksowany, wygląda dobrze - a serce dalej nie w porządku.

- No to ja już nie wiem, co panu jest. Niech mi pan opowie, jak wygląda pana dzień.
- Zwyczajnie! Wstaję rano, piję z żoną herbatę, łykam tabletki, spacerkiem idę do nowej pracy, po drodze kupuję gazetę...
- Jaką gazetę?
- Wyborczą...

Puenta:

Według przeprowadzonych ostatnio badań obniżył się wiek zgonu wśród czytelników dzienników. Prenumeratorzy National Geographic żyją kilka lat dłużej.

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Sensacja na wakacjach

Pojechałam na weekend w góry, zapomniawszy telefonu po raz pierwszy, odkąd go mam, co mi tylko posłużyło. Żeby jednak nie odpoczywać tak do końca, kupiłam po drodze nowy pomysł Wydawnictwa G+J, podłączony pod Focusa.

Pomysł ma tytuł "Śledczy" i jest kolorowym, stustronicowym magazynem dla łowców sensacji. Pierwszy numer wyszedł 30 lipca.

Kupiła go od razu, bo widziałam zapowiedzi, w których padło hasło "dziennikarstwo śledcze" oraz kilka nazwisk: na przykład Pytlakowski i Sumliński obok siebie. Zaintrygowało mnie zwłaszcza to połączenie. Oraz pomysł stworzenie magazynu dziennikarzy śledczych. Dwumiesięcznika, tak na marginesie. Przecież przeprowadzenie dziennikarskiego śledztwa trwa, oj, trwa. Więc ten dwumiesięcznik to tak odważnie, kwartalnik byłby może lepszy - myślałam.

A potem zajrzałam do środka.

Magazyn podzielony jest na część krajową i zagraniczną.

W krajowej:

Wojciech Sumliński - o polskiej mafii. Prószkowskiej.
Piotr Pytlakowski - o willi "Dziada".
Leszek Kraskowski tworzy autorski spis afer polskich.

W zagranicznej:

Igor Miecik o śmierci Iwankowa
Artur Górski o litewskim Daktarasie
Bogusław Wołoszański o sekcji Kennedy'ego.

Poza tym naukowe nowinki kryminalne, przegląd zdjęć z Brazylii, czarno białych, by zmniejszyć poziom drastyczności, trochę o literaturze, kinie i grach komputerowych oraz felieton na koniec.

Dużo zdjęć i obrazków.

Efekt końcowy: odmrażane krwiste steki podlane sensacyjnym sosem. To, co lubimy najbardziej. Elegancko podana sensacja dobrej marki. Wiarygodna. Fakty, a nie "Fakt".

Nie obstawiam, ile wyjdzie numerów, bo ostatnio obstawianie mi nie wychodzi.

czwartek, 20 maja 2010

Poranny skok ciśnienia

Zostałam poproszona o poprowadzenie spotkania z Tomaszem Terlikowskim. A że to mój temat, ale zupełnie nie mój format, wstałam bladym świtem, żeby się przygotować. Przeglądając blogowe wpisy TT, trafiłam na link.

Link był do mojej ulubionej GW.

A konkretnie - do komentarza niejakiej Katarzyny Wiśniewskiej.

Jak podaje Wp.pl, Katarzyna Wiśniewska, rocznik 1979, jest absolwentką filozofii i podyplomowych studiów dziennikarskich na Uniwersytecie Warszawskim. Od 2005 r. jest dziennikarką „Gazety Wyborczej”, publikowała w „Tygodniku Powszechnym”, „Znaku”, „W drodze” i „Azymucie”. W 2007 roku Stowarzyszenie Wydawców Katolickich przyznało nagrodę Małego Feniksa dla dziennikarzy za promowanie w mediach książki katolickiej.

Jej komentarz ma tylko kilka linijek. Ale jest małym dziełem sztuki uprawianej ostatnio przez GW, konkurencyjnie do niektórych sprzedających się w milionowych nakładach tytułów, o profilu przygotowanym specjalnie dla Polaków.

Moje ulubione zdanie:

[Rada Episkopatu ds. Rodziny] "posegregowała katolików na tych, którzy mogą przystępować do komunii, i tych, którym tego nie wolno. To wyjątkowo obraźliwe i krzywdzące."

Ależ oczywiście. Szkoda, że nie zauważyliśmy tego wcześniej. Wszyscy rozwodnicy żyjący w nowych związkach też są segregowani! A o tych w stanie łaski uświęcającej i tych chwilowo jej pozbawionych lepiej już nawet nie wspominać... Kościół segreguje już od czasów swojego powstania! Co za koszmar, że odkryliśmy to tak późno!

A oto, co zdecydowała Rada:

"Ci, którzy je [dzieci w stanie embrionalnym] zabijają, i ci, którzy czynnie uczestniczą w zabijaniu, bądź ustanawiają prawa przeciwko życiu poczętemu, a takim jest życie dziecka w stanie embrionalnym, w ogromnym procencie niszczone w procedurze in vitro, stają w jawnej sprzeczności z nauczaniem Kościoła katolickiego i nie mogą przystępować do Komunii świętej, dopóki nie zmienią swojej postawy".

I nagle mamy całe mnóstwo specjalistów od dogmatyki, którzy krzyczą, że nie ma dogmatu w sprawie in vitro, więc Kościół nie może niczego zabraniać ani nakazywać. Bo nawet papież jest "nieomylny tylko w kwestiach teologicznych" - zauważa świeżo upieczony dogmatyk GW, którego nazwiska z litości nie podam. Stwierdzenie o "nieomylności w kwestiach wiary i moralności" chyba nie obiło mu się o uszy. Zresztą słusznie. In vitro z moralnością niewiele ma wspólnego.

Najwyraźniej jednak mamy za mało kanonistów.

Kodeks Prawa Kanonicznego, obowiązujący, nota bene, wszystkich katolików w Polsce, mówi jasno w kanonie 753:

"Chociaż biskupi, pozostający we wspólnocie z głową Kolegium [papieżem] i członkami, czy to pojedynczy, czy zebrani na Konferencjach Episkopatu [...] nie posiadają nieomylności w nauczaniu, są jednak w odniesieniu do wiernych powierzonych ich trosce autentycznymi nauczycielami i mistrzami wiary. Temu autentycznemu przepowiadaniu swoich biskupów wierni obowiązani są okazać religijne posłuszeństwo."

Ciekawostka. Wygląda na to, że Rada mogła zabronić przyjmowania Komunii, i to zgodnie z prawem kanonicznym.

Tyle się Wyborcza natrudziła, żeby sztywny i przywiązany do tradycji i dogmatów Kościół zaczął wprowadzać zmiany - i proszę.
Podziałało.

Teraz pozostaje nam tylko opłakiwać jakość naszego pseudo-dziennikarstwa.

sobota, 15 maja 2010

Nad podziały wylatuj

Przy okazji śmierci papieża, a teraz znowu po katastrofie pod Smoleńskiem, o której nie trzeba mówić "katastrofa pod Smoleńskiem", tylko wystarczy pogrzebowym tonem powiedzieć "katastrofa" - zachłysnęliśmy się narodową jednością.

Że tak wszyscy razem idą i czują.

A potem nastrój żałoby po katastrofie uleciał, spotkał się wpół drogi z opadającymi podziałami i nastąpił okres żałoby po jedności narodowej.

Media, które tak akcentowały jedność, teraz piętnują podziały społeczeństwa, które dokonują się w czasie "wyborów sprintem". Że nad świeżo usypanymi grobami szarpiemy się o niewielki i pocerowany, ale nasz postaw sukna.

A nie, przepraszam. To nie my się szarpiemy. To politycy się szarpią. Politycy, ci tam na górze, co ich w telewizji pokazują, co sobie patrzą na ręce i rozpoczęli już wyścig do prezydenckiego stołka.

Bijcie na trwogę! PiS i PO dzieli między siebie Polskę!

Tak jakby celem społeczeństwa było posiadanie jednej opinii na każdy temat. Jednej, jedynej, słusznej opinii. Owszem, były takie systemy, i na razie z ulgą się z nimi pożegnaliśmy, choć nigdy nic nie wiadomo, bo wciąż mamy ekspertów od zamawiania pięciu piw.

Jeśli w pięcioosobowej rodzinie istnieją znaczące różnice poglądów, to czemu nie miałoby ich być w pięćdziesięciomilionowej? Zadaniem polityków jest wtedy rozsądnie pogodzić sprzeczne opinie tak, by wynikło z tego dobro dla Polski.

I to jest ta osławiona jedność: zwyczajna dbałość o wspólne dobro. Połączona z umiejętnością znajdowania kompromisów.

Więc nie należy przejmować się tymi, którzy krzyczą: "Była jedność, ale teraz wy nie chcecie głosować na Komorowskiego i wszystko zepsuliście!".

A teraz rzucam dziennikarstwo i oddalam się, by założyć własną partię.
Chociaż - sądząc z przykładu niektórych - wcale nie muszę.

poniedziałek, 10 maja 2010

GW ma problem z WG

Oderwałam się od pisania licencjatu. Licencjatu, nota bene, o dziennikarzach śledczych oraz tym, co odróżnia dziennikarstwo śledcze od reszty.
A co odróżnia?
Na przykład niezależność.

A dlaczego się oderwałam?

Z powodu tytułu pewnej wiadomości. O dziennikarzu śledczym, Witoldzie Gadowskim.
Brzmi on tak:

"Przyjaciel Ziobry bierze TVP 1".
To Newsweek.
Treść artykułu jest idealną ilustracją wykładu zatytułowanego "Manipulacja w mediach". Oraz "1000 wpadek prasy polskiej w latach 2005-2010" .

Moja ulubiona Gazeta załatwiła sprawę inaczej:
"TVP 1 z nowym dyrektorem na wybory" - informacyjne mistrzostwo.
Wcale nie zapowiada tego, co dzieje się w środku.

A dzieje się wiele.

Na przykład:

"O wartości swojej pracy ma niezwykle wygórowane mniemanie, uważając się za jednego z najwybitniejszych dziennikarzy w Polsce."

albo:

"Nominację Gadowskiego poprzedził przeprowadzony na łamach "Gazety Polskiej" atak na Hoflika" - mówi informator.

Informację podał "Presserwis", czyli serwis informacyjny PRESS, który chyba jakoś ominął dwa GrandPressy, które Gadowski dostał.

Tylko czekam, co napisze Jerzy U.

Kilka osób rozćwierkało się na Twitterze. Co pikantniejsze cytaty z bloga nowego dyrektora Jedynki krążą w sieci, podwojone, potrojone, poczworzone, a niedługo pewnie też przepoczwarzone.

Sam bohater dzisiejszych deznewsów milczy. Mimo, że jego życiorys wzbogacił się o kilka ciekawych, do tej pory chyba nawet jemu samemu nieznanych epizodów. Prawdopodobnie nie przejmuje się za bardzo. Sam powiedział kiedyś w wywiadzie: "Dyrektorem się bywa, a dziennikarzem się jest."

Gdybym była złośliwa i miała dwa razy więcej doświadczenia, napisałabym, że lewica w panice próbuje od progu zamieszać w umysłach i nie pozostawić żadnej wątpliwości, że teraz - jak nigdy - w TVP będzie rządził ten wstrętny PiS.

A jak PiS - znaczy, że nie lewica.

Czyli problem ma GW, a nie WG.

Ale tego nie napiszę. Wrócę do idealistycznych wywodów teoretyków dziennikarstwa śledczego, którzy widzą w nim ostoję demokracji i ponadpolityczne ściganie nadużyć władzy.
Jak na media przystało.

P.S. "Rzepa" też już zamieściła njusa. E.Ł. przynajmniej potrafi skorzystać z Wikipedii, i dodzwonić się do WG. I wspomnieć o innych niż polityka rzeczach, więc z biografii przedstawionej w "Rzepie" wynika, że jednak dziennikarz zasiądzie za sterami "Statku Pijanego" (że sobie pozwolę zacytować).

poniedziałek, 3 maja 2010

Wszyscy jesteśmy... manipulowani

Smoleńsk wciąż nie wychodzi ludziom z głów.
Media ciągle wracają do tematu.

Mnożą się podejrzenia, podziały ponad jednością. W zasadzie nie wiadomo, co było prawdziwe: ten ogólnopolski płacz nad trumnami, czy natychmiastowy powrót do starych politycznych kłótni.

Jak bardzo - albo jak mało prawdziwe jest to, o czym media mówią teraz? Ciekawe, czy nasze zmanipulowane pokolenie, zdumione sprawą zdjęć prezydenta, zastanawia się nad tym.

Niektórzy żałują, że nasza narodowa jedność trwała tak krótko, była tak nietrwała.

Ale przecież nic w tym dziwnego. Polityka zawsze dzieli. Musi dzielić, gdyby nie dzieliła, oznaczałoby to, że coś jest nie w porządku. Polityka bierze się z poglądów; naszych, konkretnych, jednostkowych poglądów. Poglądy biorą się z naszych przekonań, z hierarchii wartości, z kwestii, w których niemożliwy jest kompromis.

Tylko media próbują nas przekonywać, że powinno być inaczej.

A może tylko mi się wydaje?

A wydaje mi się wiele rzeczy. Zwłaszcza w tych sprawach, którymi bliżej się nie interesuję. Wydaje mi się, że to, co słyszę, czytam, oglądam - jest prawdziwe. Chociaż nie potrafię podać żadnych racjonalnych argumentów.
Gdzieś z tyłu głowy słyszę szepty: że PiS to zestaw oszołomów, SLD nie jest takie złe, lepsi skorumpowani lobbyści niż faszystowski prawicowy IPN, a Komorowski jest najlepszym kandydatem na prezydenta. Geje są w porządku i należy im pozwolić, na co mają ochotę, a nie przezywać od pederastów. Kościół zamiata pod dywan, każdy proboszcz jeździ mercedesem, a biskupi - no, wiadomo co. Papież jest zbyt konserwatywny, feministki prześladowane, Tusk prowadzi racjonalną politykę przyjaźni z Rosją i mamy świetnych dziennikarzy śledczych.

Tak a propos - lepszy tydzień temu odbyła się w Genewie szósta światowa konferencja dziennikarstwa śledczego.

Poza Stanami i większością ustabilizowanych państw Zachodu, przyjechali dziennikarze śledczy z Nigerii, Ghany, Iraku, Jemenu, Serbii, Bośni i Hercegowiny, Wietnamu, Panamy, Chin, Meksyku, Pakistanu, Ukrainy, Słowacji, Salwadoru, Kongo, Kenii, Somalii,Ugandy, Paragwaju, Ekwadoru i Albanii.

Gościem specjalnym był Roberto Saviano.

Z Polski nie było nikogo.
I nie przypuszczam, żeby nieprzekraczalną barierę stanowił język.

czwartek, 15 kwietnia 2010

Osiem

Pięćdziesięciu przedstawicieli państw świata.

W tym Indie, Chiny, Nowa Zelandia, Australia, Korea Południowa.

Dzisiaj bawiłam się w nową grę miejską: znajdź w tłumie fotografa.
Potem przeszłam do drugiej odmiany: znajdź policjanta (lub pracownika służb, za niego też punkt).
Fotografów łatwiej, ich sprzęt widać.

Pod kurią - trumna z napisem. Jakim? Sprawdźcie w TVN. Oni tam byli. Na pewno.

Wozy transmisyjne różnych telewizji zapuszczają korzenie w okolicach Franciszkańskiej.

Na uczelni - rozmowy. Zresztą wszędzie rozmowy, nikt nie mówi o niczym innym, w sklepach nie gra radio, cisza. Słowo dnia: pogrzeb. A nawet: Wawel.

Polskie telewizje w zgodzie i porządku podzieliły się transmisją.

Będzie Izrael i Palestyna, Stany (jeśli wulkan przestanie) i Irak, zresztą: kogo nie będzie?

Z prawie dwustu państw należących do ONZ - jedna czwarta.

Również Watykan - chociaż tego GW nie podała w wykazie państw.

Ciekawe, czemu tyle głów przyjeżdża.
Czyżbyśmy czegoś nie wiedzieli o naszym Prezydencie?

środa, 14 kwietnia 2010

Siedem

Jechaliśmy tramwajem na mszę akademicką w intencji ofiar.

W tramwaju młoda blondynka rozmawiała przez telefon. Mówiła z oburzeniem do kogoś po drugiej stronie: "I zaczęli się zastanawiać na radzie, czy nie powinni iść na pogrzeb w togach".
Była najwyraźniej pracownicą jednej z krakowskich uczelni.

A potem skomentowała to wszystko: "To już przesada!"

No, nieźle.

Prezydent - najwyższy urzędnik państwowy.

Pracownicy uczelni - państwowej, a więc również urzędnicy państwowi.
I togi to przesada?

"On na to nie zasłużył" - mówi większość, a przynajmniej tak mówią media.

Ale nie mówimy przecież o cnotach moralnych zmarłego Prezydenta, tylko o tym, że był prezydentem. W służbie narodu.

Ktoś napisał: "Nie był najważniejszą osobą w państwie, tylko najważniejszym urzędnikiem w państwie. Trzeba te rzeczy rozróżniać."

Na bardzo popularnym ostatnio portalu społecznościowym zaraz po tym, jak do mediów przeniknęła plotka o możliwym pochówku na Wawelu, zrobił się huk.

W ciągu kilku godzin powstało przynajmniej sześć grup, które w mniej lub bardziej kulturalny sposób wyrażały swoje zdanie. A raczej - swoją niezgodę.

Nawet niewiele ponad cztery setki osób poszło pod okno papieskie (które, jak słusznie zauważył M.M., zaczyna powoli zamieniać się w Hyde Park), i tam stało transparentami do kamer TVN, szczerząc litery do Polski przed telewizorami.

"Czy na pewno godzien królów?" - to chyba najlepsze z haseł.

No właśnie. Jakby się tak zastanowić, któż tam leży, wychodzi na to, że Prezydent był zdecydowanie zbyt porządny.

I cała Polska zajęła się burzliwymi dyskusjami, że sobie pozwolę na taki eufemizm. Powinien? Nie powinien? Co za pycha! (Ciekawe, czy tym od pychy było łyso, jak już podali, że to nie był pomysł brata).

Jak zauważył S., GW nie omieszkała skomentować. "Wawel podzielił Polaków".

Jakby mała różnica zdań oznaczała rychłą budowę muru.

Nasz klasyczny spór o miedzę. Nic niezwykłego. Musimy udowadniać sobie i innym dookoła, że mamy rację. RACJĘ. A jeszcze bardziej - że inni jej nie mają. Bo przecież MY ją mamy.

A może tak jest tylko w internecie, społecznym śmietniku, kryminale i psychiatryku. W rozmowach na żywo wszyscy starają się unikać konfliktów.

Tak nie może dłużej być.

Kiedy tylko skończy się żałoba, biegnę do producentów z projektem małego zestawu do automanipulacji. Coś trzeba z tym zrobić.

sobota, 10 kwietnia 2010

Jeden

Sprawdzam wszędzie. Pierwszy podał Reuters, a trudno podważać jego wiarygodność.

TVN24 staje na wysokości zadania.

Spikerom w radio drżą głosy. Nawet przy śmierci Jana Pawła tak nie było.
Radio wygrało. Sobota o 8:50.

Na Facebooku ktoś założył grupę "Black Saturday".

Samolot leciał z Okęcia, a spadł w Smoleńsku. Czyli - w Rosji.

FSB sprząta po katastrofie. Nie wpuszcza dziennikarzy. Rekwiruje notatki, nagrania, zdjęcia. Szefem rosyjskiej komisji śledczej został Putin.

Zaraz po dziesiątej - cztery wersje katastrofy.

Potem jedna: zahaczył o drzewo. Są świadkowie.

Spadł i spłonął.

A w nim - nie wiadomo kto. Była lista, ale kto wsiadł?
MSZ w końcu podaje. Radio przerywa transmisję mszy z Katynia, która nagle zyskała inny wymiar. TVN24 publikuje zdjęcie pustych krzeseł. osiemdziesięciu ośmiu pustych krzeseł.

Prezydent z żoną. Od razu przypomina się sprawa Gruzji.

W pierwszym momencie podano, że jego brat, ale jednak nie.

Szef IPN. Czy nie mieliśmy ostatnio dyskusji o IPN?

Szef Sztabu Generalnego. Wszyscy dowódcy. Szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego.

Szef NBP.

Przedstawiciele organizacji katyńskich.
Czternastu parlamentarzystów.

Biskupi.

Jak wygodnie.

Spiker czyta.
Apel poległych.


Na ulicach pusto, wszyscy przed telewizorami. Ci nieliczni, którzy jeszcze wyszli do sklepu, mają na twarzach to samo. A w mieścinie, gdzie jest 8000 mieszkańców, a większość głosuje na SLD, to trudne do zrobienia.

Nikt nic nie mówi. Jedyny komentarz:

- Mnie się wydaje, że Rosjanie maczali w tym łapy.
- Wszyscy tak myślą.

W pasmanteriach brakło prawie czarnych wstążek. Kupujemy, nikt o nic nie pyta. Nie trzeba.

Na cmentarzu tylko nasze znicze.

poniedziałek, 15 marca 2010

Wirtualny ptaszek

Gazeta Krakowska w osobie Bartosza (nomen-omen) Piłata osądza dzisiaj pewien popularny w niektórych kręgach krakowski portal internetowy. Te kręgi to głównie praktykanci i stażyści. Oraz kilka dużych nazwisk, piszących ostatnio blogi.

Portal jest rozległy, obejmuje wiele działów zbyt luźnym uściskiem, by można było mówić o trzymaniu ich w ryzach. Coś jak za duży kawałek tortu.

Bartosz Piłat wnikliwie wyłapał newsa z maja zeszłego roku; to ogłoszenie o poszukiwaniach. Poszukuje się mianowicie dziennikarzy śledczych.

Niezły dowcip, co? Szukać dziennikarzy śledczych przez internet. Zdaje się, że już o tym pisałam, ale temat wciąż zabawny.

Oczywiście, nie pracowaliby sami, ale pod wiadomymi opiekuńczymi skrzydłami jednego z dobrych duchów redakcji. Definicja dobrego ducha jest prosta: stać go na przyjacielski wolontariat.

"Jedynym kłopotem w rozwoju tego portalu jest fakt, że na razie nie oferuje on dobrych pieniędzy. Musi więc bazować na wolontariuszach" - mówi inny dobry duch.

Śliczne. W maju zeszłego roku oparłam się pokusie zdobycia informacji o wysokości pensji dziennikarza śledczego w rzeczonym portalu.

Wtedy zresztą, i trochę wcześniej też, po tym znanym krakowskim portalu jak po łysej kobyle jeździła Wyborcza głosami swoich czytelników, puszczając na forum wodze ogólnopraktykanckiej złośliwości. Nic dziwnego, jest prawicowy. Teraz "Krakowska" odwala swój kawałek roboty.
Słyszałam kiedyś plotki o dziennikarskim dochodzeniu (ani GW, ani GK), które miało zaowocować rozchwytywanym reportażem o złym traktowaniu niewolników, przepraszam, pracowników portalu. Słyszałam też, że z uwagi na koszty procesu na upadło dość szybko. Można by rzec - poroniony pomysł; umarł, zanim się narodził.

Założenia portalu były dobre, a momentami nawet wzniosłe. Szczytne idee. promocja wartości odpowiednich, rzecz jasna. Realizacja założeń utykała, ale przedsięwzięcie dalej żyje. W internecie, a przede wszystkim w pamięci tych, którzy zrobili tam bezpłatny trzymiesięczny staż trwający sześć miesięcy. I tych, którzy dostali propozycję współpracy, a potem usłyszeli stawkę.

Gwoli ścisłości, ja też robiłam ten staż. Gdyby wyliczyć średnią, wyszłoby 8.33 za tekst. To i tak lepiej niż 2,50. Za 8.33 można zjeść pyszne calzone na rogu Grodzkiej i jeszcze zostają 33 grosze.

czwartek, 4 marca 2010

Autorytet z przymiotnikiem

Byłam ostatnio na spotkaniu z Bartoszewskim. Promował swoją nową książkę - biograficzną. Mówił przez dwie godziny, a może nawet dłużej. Nie wiem, bo musiałam wyjść.

Wychodziłam ze smutną refleksją. Pewnie dlatego, że siedziałam na balkonie i widziałam z góry małe figurki: Bartoszewskiego, obok Zająca, taniec fotografów na brzegu dywanu, którym wyłożona jest scena Auditorium Maximum. Kamery skierowane na niego, poprawianie mikrofonów, klękanie i kucanie, by zrobić jeszcze jedno zdjęcie.

A Bartoszewski mówił i mówił - i nie powiedział nic. Nic, czego byśmy wcześniej nie słyszeli. Nic nowego. Mówił błyskotliwie i z zapałem, w charakterystyczny sposób - ale forma przerosła treść.

Byłam rozczarowana. Niewiele mamy w Polsce autorytetów. Nadeszły czasy rozliczania się z najnowszej historii i - jak pokazują ostatnie lata - mało kto wychodzi z tego egzaminu zwycięsko, chociaż kryteria nie są do końca jasne. Nasze autorytety w świadomości społecznej zaczynają zamiast nazwisk mieć pseudonimy.

Nie wiem, czy to celowe działanie, by zrównać z ziemią wszystko, co było, uderzyć pod kolanami tych najmocniejszych, a kiedy upadną, wprowadzić nowych. Tylko kto miałby to robić? I kogo wprowadzać?

Wystarczy przez kilka dni oglądać telewizję - i mamy hipotezę roboczą.

Ucięliśmy sobie o tym długą pogawędkę, wędrując z K. po górach, wieczorem, przy świetle gwiazd. Wnioski, do jakich doszliśmy, nie były optymistyczne. Nie ma ludzi, których życie byłoby wzorem do naśladowania. Są autorytety z przymiotnikiem - moralne, polityczne, społeczne, muzyczne.

Ci, którzy byli "autorytetami po prostu" - przeżyli się. Nie pasują do naszych docyfryzowanych, przeinformatyzowanych, przyspieszających
z chwili na chwilę czasów.

Po długim namyśle udało mi się wymienić kilka męskich nazwisk. Nie ma autorytetów wśród kobiet! I feministki nie protestują?

A może się mylę?

Może weszliśmy w fazę "małych autorytetów": będę robił tak, jak ojciec, jak dziadek, jak przyjaciel, jak profesor, jak trener. Nie wszyscy muszą ich znać; wystarcza mi, że ja ich znam i uważam za godnych szacunku.

Na szczęście w tym wszystkim można znaleźć Mistrza.
Wychodzi nam naprzeciw.

sobota, 19 grudnia 2009

Teoria spiskowa nr 5 i pół

Uwielbiam teorie spiskowe. Sama hoduję ich kilka. Uważam, że każdy człowiek powinien mieć jedną, a dziennikarze - przynajmniej sześć.

Jedna z moich teorii dotyczy mediów.

Na wszelki wypadek wyjaśnię, czym są media. To bardzo istotne elementy
w organizmie społecznym. Jak wskazuje nazwa, pośredniczą. Pośredniczą
w procesie wytwarzania adrenaliny i są odpowiedzialne za stymulowanie jej produkcji. Współpracują przy tym z organami odpowiedzialnymi za sekrecję.

Stymulowanie produkcji adrenaliny jest wynikiem procesu przekraczania granic. Gdyby dokładniej przedstawić ten proces, wyglądałby mniej więcej tak:

1. Przegląd istniejących granic, gotowych do przekroczenia. Gotowość jest tu bardzo ważna. Jeśli przekroczy się niegotową granicę, medium może zostać usunięte z organizmu.

2. Podbudowanie wybranej granicy, by bodziec stymulacyjny osiągnął odpowiedni próg.

3. Przydział zadań: pierwsza część mediów - tak zwane media pierwotne - zostaje przyporządkowana do pierwszego etapu procesu stymulacji, druga - media wtórne - bierze udział w drugim etapie. Niektóre media przejawiają aktywność na obu etapach procesu, co skutkuje dłuższą regeneracją przed kolejnym włączeniem się w kolejną stymulację.

4. Pierwszy etap: przekroczenie granicy. Jest to zarazem pierwszy odczuwalny skok adrenaliny w społecznym organizmie. Wywołuje on reakcję łańcuchową: pod działaniem adrenaliny społeczne nogi rzucają się do ucieczki, społeczny żołądek odczuwa niestrawność, społeczne oczy dostrzegają zagrożenie, społeczne tętno skacze. Organizm społeczny w tym stanie charakteryzuje się zwiększoną odpornością na ból. Przykład: potrafi wyrwać sobie zdrowe zęby mądrości i nie poczuć.

5. Drugi etap: do działania włączają się pozostałe media. Przekroczona granica zostaje dokładnie wskazana, oznaczona, zanalizowana aż do uzyskania pewności, że wszystkie elementy organizmu społecznego
w procesie imprintingu komórkowego zarejestrowały przekraczalność owej granicy. Stymuluje to ponowny skok adrenaliny. Zbyt duża ilość glukozy we krwi powoduje ogłupienie. Zbyt długie działanie adrenaliny wywołuje uczucia nazywane przez ekspertów zespołem "mogę wszystko".

6. Proces kończy faza REM.

Nie będę przedstawiać przykładów. Są systematycznie publikowane.

W ostatnich latach publikowane są również wyniki eksperymentów niemieckiego profesora Vakktena, który przedstawił ekonomiczny odpowiednik procesu stymulacji adrenaliny za pomocą mediów, tworząc go na polu doświadczalnym. Wśród podobieństw jest na przykład faza REM, która, co ciekawe, występuje dwa razy częściej niż w przedstawionym powyżej procesie biologicznym.

Oto moja biologiczna teoria spiskowa.

A prawda?

Prawda jest pojęciem filozoficznym, a nie biologicznym, i w tym procesie nie ma na nią miejsca.