Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 października 2012

Wspanialec pani S.

Dziennikarka mojego ulubionego zamiennika kawy napisała przewspaniały komentarz do ostatniego głosowania nad projektem zakazującym aborcji. Oczywiście było to dawno temu, czyli przed weekendem, ale sprawa wciąż warta uwagi.

"Posłowie, którzy głosowali za dalszą pracą nad projektem zakazującym aborcji ze względu na ciężkie uszkodzenie płodu lub chorobę zagrażającą jego życiu, zdobyli punkty u ojca dyrektora. I z czystym sumieniem pójdą w niedzielę do spowiedzi."  - głosi lid owego wspanialca.



Z lidu jasno wynika, że pani redaktor uznała posłów popierających projekt za przedstawicieli jakiejś dziwnej pseudo-chrześcijańskiej sekty.
Dlaczego?
Ano żaden normalny katolik nie chodzi z czystym sumieniem do spowiedzi.

Co dalej?
Tylko lepiej. Czego się bowiem spodziewać po dziennikarce, która wiedzę o katolicyźmie czerpie najwyraźniej li i jedynie z faktu, że żyje w kraju okrzykniętym katolickim?

A więc: dla dzieci, które mają przed sobą dziewięć miesięcy życia w komfortowych warunkach w łonie matki, lepsza jest jak najszybsza śmierć, niż dożycie swojego czasu, jaki krótki nie miałby on być.
"Bóg tak chciał" - kpi sobie pani redaktor.

"Celem tego projektu jest zmuszenie kobiety do urodzenia, a nie zapewnienie dziecku humanitarnych warunków życia i śmierci. Posłów nie interesuje, że matka - by takie dziecko leczyć lub choćby tylko ulżyć mu w cierpieniu - musi chodzić po prośbie, bo zdrowotny "koszyk usług gwarantowanych" skrojony jest tak, by oszczędzać." - czytamy dalej.

Och, jakże ci wszyscy marni, zideologizowani dziennikarze lubią takie argumenty! Skoro prawo jest złe, nie zmieniajmy go, tylko pozwólmy na więcej zła. Państwo nie wspomoże? To zabijmy. Może tak samo należałoby postępować z przewlekle chorymi, a nawet z chorymi w ogóle? Skoro na wizytę u kardiologa na przykład trzeba czekać czasem półtora roku, dlaczego nie usuwać chorych, zamiast wreszcie zrobić porządek z idiotycznym systemem opieki zdrowotnej? Będzie mniej kłopotu.


To, oczywiście, nie koniec kwiatków. Otóż bowiem autorka sądzi, że według posłów, którzy byli za, matka "powinna być szczęśliwa, że Pan Bóg ją wyróżnił, dając wyjątkową szansę zapracowania na zbawienie. I niech dźwiga swój krzyż." I pyta na koniec - retorycznie - pani redaktor: "Ilu adoptowało takie [chore dziecko, które uniknęło rozczłonkowania bez znieczulenia i się urodziło] dziecko lub sponsoruje pomoc dla niego?"

I puenta:
"Ziobryści powołują się na nauczanie Jana Pawła II i swoją katolicką wiarę, którą postanowili narzucić wszystkim. Ta wiara zakłada miłosierdzie - ale o tym zapomnieli. Liczą na nagrodę w niebie. Tanio - cudzym kosztem."

Przypomina mi się dyskusja, którą nasz polski pan doktor od in vitro toczył z amerykańskim specem od naprotechnologii. Cały czas odwoływał się przy tym do wiary. Aż w końcu Amerykanin nie wytrzymał i zapytał, czy nasz rodak nie może zostawić wreszcie kwestii wiary i rozmawiać normalnie, jak naukowiec z naukowcem. Sic.

W tym właśnie problem wszystkich obrońców aborcji: nie mają argumentów. Muszą więc kpić, wyśmiewać katolicyzm jako broniący życia, robić szopkę, użalać się nad tymi, którzy użalania nie potrzebują, kłamać i  wskazywać złe rozwiązania socjalne, ale nie w celu ich usprawnienia, tylko jako usprawiedliwienie.

Nie mają argumentów, może poza słynnym "prawem do własnego brzucha" (a skoro matka ma prawo do brzucha, dlaczego dziecko nie ma mieć prawa do brzuszka?), poza klepaniem idiotyzmów o tym, że nie wiadomo, kiedy to coś w środku to jest człowiek, jakby genetyka miała dopiero zostać odkryta, poza zaśmiecaniem przestrzeni publicznej idiotycznymi dyskusjami o "wojnie światopoglądowej" i "zgniłych kompromisach".

Owszem, ten nasz obecny, aborcyjny kompromis jest naprawdę zgniły. Wystarczy poczytać o nadużyciach, o dzieciach, które mogłyby żyć, zostawianych na szafie w zimnej, metalowej misce, żeby sobie umarły i nie robiły kłopotu, wystarczy poobserwować rozpaczliwe próby szefa kliniki Dzieciątka Jezus, który - mimo, że to informacja publiczna, której nie może odmówić - nic nie chce powiedzieć o tym, jak wygląda legalna procedura aborcji. O kobietach, które ktoś zmusza do usunięcia dziecka, bo jest mu niewygodnie, a prawo nie bierze ich w obronę w żaden sposób.

Że za ostro? Że mogę mówić tylko w swoim imieniu? Że każda kobieta powinna decydować za siebie? Ależ tak. Tylko, że taka statystyczna kobieta zazwyczaj nie wie wszystkiego. Czy serce już bije? Czy dziecko będzie czuło ból? Jak będzie wyglądać "prosty zabieg"? Co z zaleceniem, żeby nie pokazywać kobiecie USG jej dziecka, bo mogłaby się rozmyślić? A wtedy kasa przepada...
A to wszystko ma przecież znaczenie, kiedy próbuje się podjąć tę koszmarną decyzję: zabić swoje dziecko, czy pozwolić mu żyć?
Że badania, sprawdzanie itp. mogą pomóc? A czy wyniki badań są pewne? Czy lekarze się nie pomylili?
W przypadku dzieci podejrzewanych o zespół Downa na przykład wystarczy zrobić badania o jeden dzień za późno - jeden dzień - żeby wskaźniki pokazywały, że dziecko może być chore. I to jest wskazanie do aborcji. Przeważająca większość takich podejrzewanych dzieci rodzi się zdrowiutka.

Tak, jak moje dziecko.


Czy o tym wszystkim wie pani redaktor Siedlecka, gdy tak gorliwie potępia podejście do kwestii życia i śmierci, prezentowane przez ludzi zastanawiających się nad kwestiami, które dla Siedleckiej są proste, by nie rzec: prostackie? Czy spróbowała czegoś się dowiedzieć, zanim napisała swój wspaniały komentarz? Czy ma jakieś konkretne argumenty - poza złym "pakietem socjalnym" - które mogłyby coś wnieść do dyskusji? Czy coś w ogóle wie na temat, na który tak chętnie, złośliwie i zajadle krzyczy?

Obawiam się, że nie. Że po prostu nie wie, o czym mówi, i dlatego może sobie jak potłuczona mówić tak swobodnie. Być może ją samą przeraża myśl, że miałaby się z niepełnosprawnym dzieckiem męczyć do końca życia, albo nawet te parę miesięcy po porodzie. W takim razie bardzo jej współczuję. Życzę, żeby kiedyś doświadczyła, jaka jest różnica między "zrobić dla swojego dziecka wszystko" a "zrobić dla swojej wygody wszystko".

A może chce po prostu zarobić punkty u naczelnego i z brudnym sumieniem nie iść w najbliższą niedzielę do spowiedzi?
To też mnie nie zdziwi.
W końcu każdy sądzi po sobie.

Ale jeśli pani redaktor nie jest w stanie zdobyć informacji potrzebnych do rzeczowej i względnie obiektywnej oceny informacji, którą otrzymała, niech przestanie hańbić zawód dziennikarza. Dziennikarz ma dawać czytelnikom prawdę, nawet w komentarzu! Uargumentowaną! A nie przepuszczone przez propagandową maszynkę "własne przekonania" od prawdy odległe jak noc od dnia.

Taką mam idealistyczną wizję dziennikarstwa.
I nie mogę znieść kłamstwa w służbie pieniądza, robiącego ludziom wodę z mózgu.
Przykro mi. Nic na to nie poradzę.

piątek, 6 sierpnia 2010

Mistrz mistrzów, czyli po co pić kawę, skoro mamy Bartosia

Tadeusz Bartoś napisał nową książkę. Nosi tytuł: "Koniec prawdy absolutnej. Tomasz z Akwinu w epoce późnej nowoczesności". Bardzo interesujący zresztą.

Książka, wydana w twardej oprawce, kosztuje pięć dych.

Więc przeczytałam sobie fragment, dostępny na stronie wydawnictwa.
I pozwolę sobie na krótką i złośliwą analizę. Ostrzegam. Będę cytować.

Autor zaczyna od stwierdzenia, że wielka filozofia jest jak skarbonka. Trzeba ją rozbić, żeby dostać się do skarbu. Powołuje się na innych, którzy też rozbijali skarbonki. Jak twierdzi Bartoś, "Zniszczenie, destrukcja, rozpad, rozkład i przemoc od dawna pełniły rolę ambiwalentną, same w sobie karygodne, nie potrafią skryć do końca swej funkcji bycia źródłem wiedzy." Zgadza się. Michał Anioł robił sekcje zwłok, żeby dowiedzieć się, co sprawia, że człowiek wygląda, jak wygląda. Tyle, że robił to na trupach. Ale lepsze są eksperymenty na żywym organizmie. Tak zamierza dekonstruować Bartoś. "Potrzeba przemocy wobec Boga, potrzeba Jego śmierci, by bardziej pojąć Jego życie." Jasne. Skoro Chrystus zmartwychwstał, możemy zabić Go jeszcze raz. Bezpieczny eksperyment na nieśmiertelnym organizmie.
Hm.
Idźmy dalej.

"Są bowiem tylko narodziny i śmierć. To wszystko. Rodzenie się i umieranie. Jedno z drugiego bierze siebie: umieranie z rodzenia, rodzenie z umierania. Śmierć Boga daje życie nowemu bogu, śmierć prawdy absolutnej daje życie nowej prawdzie. Już w śmierci prześwituje „nowe".
Czyżby była mowa o reinkarnacji? Koło narodzin i śmierci, z życia do śmierci, ze śmierci do życia, i tak na okrągło, zgodnie z cyklicznym pojmowaniem czasu, które porzuciliśmy jakieś dwa tysiące lat temu. I zauważcie: śmierć Boga daje życie nowemu bogu. Z małej. Kto na ochotnika zapyta, jaki to bóg?

"W procesie umierania prawdy rodzi się nowa, w procesie umierania Boga bóg się odradza. Potrzeba więc śmierci. Potrzeba końca."
Zawsze mnie interesowało, jak filozofowie radzą sobie z wdrażaniem w życie własnej tożsamości. Stary numer z solipsyzmem: czy solipsysta uratuje człowieka, który przy nim dostaje zawału? Czy - skoro potrzeba końca, żeby nadeszło nowe, filozof powinien popełnić samobójstwo?

"Ogłoszono już wiele takich końców. Mieliśmy koniec historii i koniec człowieka: od Fryderyka Nietzschego przez Alexandre'a Kojève'a do Francisa Fukuyamy. Wszelkie „post", także postmodernizm i ponowoczesność, głoszą własne jego wersje. Koniec jednak zawsze jest początkiem. Nie o śmierć w nim idzie, nie o negację tylko, ale o nowe: o regenerację, odrodzenie myśli."
Zgadza się. Stare musi umrzeć, żeby przyszło nowe. A szanowny autor jest piewcą śmierci prawdy absolutnej. Co przyjdzie? Jakie odrodzenie?

"W naszym kraju, na naszą prowincjonalną skalę, także trzeba głosić dziś koniec, śmierć, rozpad i upadek definitywny - potrzeba nam końca prawdy absolutnej. Końca jakoś tam lokalnego, bo spóźnionego o dziesięciolecia - trzeba nam końca nad Wisłą, Odrą i Nysą Łużycką.

Odważnie: prowincjonalna skala. To może zmniejszyć liczbę czytelników. Ale nie o czytelników chodzi, tylko o filozofię. Gdyby chodziło o czytelników, książka kosztowałaby 5 razy mniej i kupilibyśmy ją z Wyborczą w częściach serii "Bartoś przedstawia".

"Śmierć prawdy absolutnej jest dziś niczym powietrze dla życia, bez niej w kraju robi się duszno, zbyt duszno. Tylko tak może się narodzić nowa, bardziej ludzka prawda."

No, to naprawdę już było. Szkoda, że autor definiuje, czego śmierć ma nastąpić, a nie definiuje, dla jakiego życia będzie ona jak powietrze. Niepokojąca jest ta bardziej ludzka prawda. Ona może się bardzo różnie przejawiać. Stosem na przykład. Ale autor rozwija, żeby nie trzeba było się z niepokojem domyślać.

"Jaka to prawda? - ujrzeć ją można w umieraniu starej.
Postkomunizm (to jest koniec cywilizacji sowieckiej), jeśli zawita kiedyś do naszej ojczyzny, oznaczać będzie to właśnie - koniec absolutów jedynie słusznej racji, czy to socjalistycznej i ateistycznej, czy paralelnie katolickiej i narodowej. Potrzeba końca prawdy absolutnej, by nadszedł czas, kiedy będą ryzykować śmieszność ci, którzy swoją ideologię (świecką czy religijną) przedstawiają jako argument ostateczny."
Aha. Czyli ostateczne odniesienia są be.
Buddyści mówią, że prawda absolutna to prawda ostateczna, bezwzględna, czyli nieuwarunkowana, przeciwstawiona względnej prawdzie ludzkich spostrzeżeń. Innymi słowy: jest punktem odniesienia dla ludzkich mylnych sądów.
Ciekawe jest też to postawienie ateizmu i katolicyzmu na równi. Czyli: ateiści to szaleńcy. Katolicy to szaleńcy. Jedni, bo są absolutnie na nie, drudzy, bo są absolutnie na tak. A my bądźmy normalni, bądźmy pośrodku, tu jest najbezpieczniej i nie trzeba się kierować niewygodnymi obowiązującymi normami wziętymi nie wiadomo skąd i zabawnymi, bo zakładającymi swoją prawdziwość i bezbłędność.


"Zbyt wiele kłamstwa wisi w powietrzu w naszym kraju, zbyt wiele udawania w życiu publicznym,politycznym i kościelnym. Czas już na pogrzeb. Czas bić w dzwony i zwoływać żałobny kondukt."

Zwołaliśmy już żałobny kondukt, 10 kwietnia. Udało nam się wtedy udawać, że nie udajemy. Ale tylko przez parę godzin. Bo nie umarła prawda absolutna, tylko kilka bardziej znaczących osób, które jeszcze w nią wierzyły. To za mało.

"Śmierć prawdy absolutnej nie zaszkodzi jednak prawdom pomniejszym. One sobie poradzą, nabiorą blasku, choć żywot wielu z nich bywa stosunkowo krótki, bliższy losowi motyla aniżeli żółwia. Gdy gaśnie wielkie światło, małe światełka ukazują swój urok."

Aha. Czyli porzućmy swoje kurczowo ściskane w rękach zasady moralności, uczciwości, czy jak ją tam zwał, zakopmy je trzy metry pod ziemią i spróbujmy budować od nowa, wspólnie, porzucając wszystko, co stare. Może to i by wyszło, pod dwoma warunkami: że bylibyśmy skłonni - my, wszyscy Polacy - porzucić swoje przekonania i uprzedzenia, i spory, i waśnie, zasypać miedze i pieczołowicie, w pełnej zgodzie, budować nowe. Nowe nowe, nie nowe waśnie, oczywiście. Drugi warunek: musielibyśmy być mistrzami w układaniu puzzli. Wyobraźcie sobie, że jest układanka z pięciu tysięcy kawałków, na której jest li i jedynie morze i odbijające się w nim niebo, przedzielone kreską horyzontu, oraz trochę samotnych mew. Wyrzucamy ramkę i próbujemy bez obrazka ułożyć puzzla, zaczynając od mew. Powodzenia.

"Śmierć prawdy absolutnej nie zaszkodzi wierze religijnej. Przeciwnie, to raczej szansa na odrodzenie autentycznych źródeł religijnego doświadczenia, to szansa na oczyszczenie wiary - bo uczy pokory."
Zalatuje Vahanianem. No naprawdę.

Śmierć prawdy absolutnej - czyli mówiąc językiem wiary religijnej: śmierć Boga, już raz nastąpiła. Odrodziła, oczyściła, pomogła - a my to spieprzyliśmy. Więc uśmierćmy Boga jeszcze raz i spróbujmy od nowa, nie zastanawiając się nad tym, że mamy inne oprócz kary śmierci narzędzia do naprawiania tego, co zepsuliśmy (trzy podstawowe zaczynają się na "p", "m" i "j").
Pomińmy ten istotny kawałek wiary religijnej, mówiący, że powodem skarlenia wiary i jej śmierci jest grzech, a nie Bóg, czy jak chce Bartoś - prawda absolutna.

"Religia autentyczna potrzebuje odnosić się ku czemuś, co przerasta człowieka."

Wow. Cóż za odkrywczy fragment. Religia polega na tym, że człowiek odnosi się do czegoś, co go przerasta!

"Nie może być człowiek sędzią prawdy boskiej, nie może być jej gwarantem ani głosicielem."

Zgadzam się co do sędziego, chociaż wygląda na to, że autor próbuje właśnie to robić, skazując prawdę boską na śmierć. Zgadzam się co do drugiego, bo człowiek jest za słaby. Co do trzeciego: dobre sobie. Człowiek nie może być głosicielem prawdy boskiej. Zamilczcie, wszyscy księża. Zamilczcie, wszyscy wierzący świata obdarzeni nakazem misyjnym. Nie dla was głoszenie prawdy boskiej. To może robić sam Pan Bóg, o ile tym razem zmartwychwstanie.


"[człowiek]Może jedynie pytać, cierpliwie i bez zniechęcenia szukać - w zasłuchaniu."
A jak znajdzie, to ma milczeć.

"Czas zadbać o śmierć prawdy absolutnej, by znalazła swe miejsce właściwe - w „zaświatach", ponad wszystkim, co na horyzoncie ludzkiego pojmowania. By stała się prawdziwie transcendentna."
To mój ulubiony kawałek.
Przetłumaczony na język katolika, brzmiałby tak: Panie Boże, spadaj do nieba, za horyzont mojego pojmowania, bo jesteś za mało transcendentny i przysłaniasz mi kondukt pogrzebowy i idące w nim prawdy pomniejsze z radości ściskające sobie dłonie.


"Zbyt wielu ludzi zbyt nachalnie ogłosiło się właścicielami prawdy. Niech więc umiera, niech skona biedaczka w ich kieszeniach, w ich ustach pełnych frazesów, podawanych z fanatyczną pewnością. Czas na bankructwo prawdy absolutnej, na wyprzedaż. Jej właściciele z pewnością nie będą zadowoleni z takiego
obrotu rzeczy, stracą dobytek, przedmiot swych zabiegów, inwestycji rozlicznych, powód dumy, poczucia godności osobistej i zbiorowej. Niełatwo zgodzą się na to, że chce się ich pozbawić widoku na skarb, w który zainwestowali, mierząc całe swoje życie iluzyjną miarą dostępu do niezachwianie posiadanej racji. Nikt nie lubi być okradany, nawet jeśli jest okradany z iluzji."
A tu się zgadzam, ale połowicznie. Tak, zbyt wielu ludzi ma za mało pokory, by przyznać się do błędu przywłaszczenia sobie i przeinaczenia tego, co nazywamy prawdą absolutną. (Na marginesie, przypuszczam, że chodzi o ojca R.) Ale to takie niehumanitarne: dać komuś królika, a kiedy ten ktoś będzie się nim źle zajmował, zabić go, żeby nie mógł go pokazywać za pieniądze. (Tak, ryzykuję, że ktoś mi zarzuci, że jestem niepoważna, bo porównuję prawdę absolutną do królika. Ale ja lubię króliki. I nie jestem poważna.)

"Podejmujący się głoszenia śmierci prawdy absolutnej ryzykuje, że zostanie wyśmiany, ogłoszony szaleńcem, nieukiem, odszczepieńcem, relatywistą, nihilistą."
Ha. Czyli mogę sobie napisać bezkarnie, że Tomasz Bartoś, były dominikanin, jest szaleńcem, nieukiem, odszczepieńcem, relatywistą i nihilistą*. Dziękuję.

"A jednak trzeba głosić ów koniec.By na zawsze przepadła iluzja mechanicznego dostępu do własnej niekwestionowanej nieomylności."
I uparciuchem przekonanym, że ma rację. A czy prawda o tym końcu - to prawda absolutna czy prawda pomniejsza? Czy dostęp filozoficzny liczy się jako mechaniczny, czy nie?

"By na zawsze przepadła iluzja mechanicznego dostępu do własnej niekwestionowanej nieomylności. W tym wszystkim niech nas strzeże święty Tomasz - Doctor Angelicus. Przedziwny to był mędrzec. Żył w czasach jakże odmiennych, inne rzeczy miał w głowie, ale jednego z całą pewnością mu nie brakowało: umiaru, zdrowego rozsądku, świadomości, że żadna ludzka wiedza nie wystarcza, by dosięgnąć absolutu. Całe życie ciężko pracował, nie wynosił się, nie dążył do władzy i wpływów. Na koniec uznał, że jego dzieło jest nicością - omnia palea, „wszystko to słoma" - powiedział przed śmiercią. W ten sposób zostawił nam testament. Weźmy go dosłownie, uznajmy, że nie była to jedynie niejasna metafora: każde ludzkie dzieło jest nicością, słomą jesteśmy i myśli nasze."

Biedny święty Tomasz. Autor pominął drobny fakt, że Tomasz uznał swoje dzieło za siano po tym, jak miał wizję, czyli jak spotkał się z kim? Niespodzianka! Z prawdą absolutną! Najprawdopodobniej twarzą w twarz. To jest testament Tomasza, zdaje się.

"Po cóż się puszyć i nadymać. Więcej niewiedzy aniżeli wiedzy jest we wszystkim, o czym myślimy, co mówimy i robimy. Trzeba głosić śmierć prawdy absolutnej. Tomasza z Akwinu mamy za patrona."

Jak można za patrona głoszenia śmierci prawdy absolutnej obrać kogoś, kto widział ją żywą i po tym widoku wszystko wydało mu się jak siano?

Postanowiłam zainwestować te pięć dych i zakupić myśli Bartosia w twardej obwolucie. Macie pojęcie, ile zaoszczędzę na kawie, jak będę codziennie czytała jedną stronę?

*W razie, gdyby jednak to nie było pozwolenie, służę swoją osobą.

środa, 14 kwietnia 2010

Siedem

Jechaliśmy tramwajem na mszę akademicką w intencji ofiar.

W tramwaju młoda blondynka rozmawiała przez telefon. Mówiła z oburzeniem do kogoś po drugiej stronie: "I zaczęli się zastanawiać na radzie, czy nie powinni iść na pogrzeb w togach".
Była najwyraźniej pracownicą jednej z krakowskich uczelni.

A potem skomentowała to wszystko: "To już przesada!"

No, nieźle.

Prezydent - najwyższy urzędnik państwowy.

Pracownicy uczelni - państwowej, a więc również urzędnicy państwowi.
I togi to przesada?

"On na to nie zasłużył" - mówi większość, a przynajmniej tak mówią media.

Ale nie mówimy przecież o cnotach moralnych zmarłego Prezydenta, tylko o tym, że był prezydentem. W służbie narodu.

Ktoś napisał: "Nie był najważniejszą osobą w państwie, tylko najważniejszym urzędnikiem w państwie. Trzeba te rzeczy rozróżniać."

Na bardzo popularnym ostatnio portalu społecznościowym zaraz po tym, jak do mediów przeniknęła plotka o możliwym pochówku na Wawelu, zrobił się huk.

W ciągu kilku godzin powstało przynajmniej sześć grup, które w mniej lub bardziej kulturalny sposób wyrażały swoje zdanie. A raczej - swoją niezgodę.

Nawet niewiele ponad cztery setki osób poszło pod okno papieskie (które, jak słusznie zauważył M.M., zaczyna powoli zamieniać się w Hyde Park), i tam stało transparentami do kamer TVN, szczerząc litery do Polski przed telewizorami.

"Czy na pewno godzien królów?" - to chyba najlepsze z haseł.

No właśnie. Jakby się tak zastanowić, któż tam leży, wychodzi na to, że Prezydent był zdecydowanie zbyt porządny.

I cała Polska zajęła się burzliwymi dyskusjami, że sobie pozwolę na taki eufemizm. Powinien? Nie powinien? Co za pycha! (Ciekawe, czy tym od pychy było łyso, jak już podali, że to nie był pomysł brata).

Jak zauważył S., GW nie omieszkała skomentować. "Wawel podzielił Polaków".

Jakby mała różnica zdań oznaczała rychłą budowę muru.

Nasz klasyczny spór o miedzę. Nic niezwykłego. Musimy udowadniać sobie i innym dookoła, że mamy rację. RACJĘ. A jeszcze bardziej - że inni jej nie mają. Bo przecież MY ją mamy.

A może tak jest tylko w internecie, społecznym śmietniku, kryminale i psychiatryku. W rozmowach na żywo wszyscy starają się unikać konfliktów.

Tak nie może dłużej być.

Kiedy tylko skończy się żałoba, biegnę do producentów z projektem małego zestawu do automanipulacji. Coś trzeba z tym zrobić.

niedziela, 11 kwietnia 2010

Sześć

Rozmawiałam z Asią.

Zginęli w wigilię Niedzieli Miłosierdzia.
W liturgiczne wspomnienie Jana Pawła II.
Lecieli na mszę, więc przynajmniej część była do niej duchowo przygotowana.
Mieli na pokładzie duchownych: katolickich, ewangelickiego, prawosławnego.

Owszem. Trzeba się za nich modlić, za niektórych szczególnie. Ale śmierć nie jest końcem.

A my o tym zapominamy.

Nie jest końcem, jest początkiem zupełnie nowych rzeczy, i jeśli szło nam dobrze, o wiele piękniejszych.

Ich śmierć zaowocuje. Już owocuje.
Lecieli do zmarłych, dotarli do żyjących.
Jak powiedział podczas nabożeństwa żałobnego - jednego z wielu - pewien ksiądz, którego nazwiska nie usłyszałam: pan prezydent wraz ze swoimi generałami trafił wprost na niekończącą się defiladę w niebie.

X.Gancarczyk: To, co miało być ukryte, zostało rozgłoszone na dachach.

Oczywiście, mnóstwo przy tym pytań z gatunku "zbiorowo załamujmy ręce nad tragedią".

"Dlaczego ich to spotkało? Mieli dzieci, niektórzy małe, mieli rodziny, mieli obowiązki, byli niezastąpieni."

Jak płaczki.

"Nie płaczcie nad nimi, ale nad sobą".

Prezydent powiedział kiedyś, że wszystko, co go dobrego w życiu spotkało, przyszło z zaskoczenia.

A śmierć zawsze przychodzi w najlepszym momencie. Tu nie ma pomyłek. Tylko my mamy ograniczone pole widzenia.

sobota, 10 kwietnia 2010

Pięć

Egoizm.

Zostaliśmy bez władz.
Zostaliśmy w szoku.
Zostaliśmy jak staliśmy, z dobrodziejstwem konstytucyjnego inwentarza.

A zastanawialiście się, jak to jest spłonąć w samolocie?
Jak to jest - dowiedzieć się o TAKIEJ śmierci rodziców? Brata? Żony? Męża? Babci? Dziadka?

Identyfikacja potrwa sześć tygodni.
Wcześniej zaczną krążyć głupie dowcipy.

Jaka to potworna śmierć.

A ci, którzy zostali, kiedy się dowiedzieli? Jak?

Z radia? Z telewizji? Zanim zadzwonił do nich marszałek? Potem włączyli, w sam raz na obrazki z katastrofy?

To się w ogóle dzieje naprawdę?

Dwa

Wojsko.

TVN24: Wojskowi wykluczają, że doszło do zamachu.

Na pokładzie byli wszyscy.

Generał Petelicki: To nie powinno się wydarzyć. Rzeczą absolutnie niedopuszczalną jest to, żeby na pokład jednego samolotu weszło całe dowództwo wojska polskiego. Jestem autentycznie przerażony. To nie wróg dokonał na nas ataku. To my sami.

Na antenie ludzie płaczą.

Dużo skojarzeń.

Sikorski.
Kennedy.

Dlaczego tam byli wszyscy?

Zastępcy przejmują funkcje dowódców.
Dowódców - czyli tych najlepszych, najbardziej doświadczonych. Tak przynajmniej wskazuje logika.

Co, gdyby teraz jakiś nasz wewnętrzny ktoś chciał przejąć władzę?

Co, gdyby wjechały cudze czołgi?

Pokolenie moich rodziców bało się przede wszystkim jednego: wojny.

Moje pokolenie zna ją z opowiadań.

Za to żadne pokolenie przed nami nie przeżyło TEGO.

W dniu obchodów Katynia, gdzie zamordowano nam dwadzieścia tysięcy oficerów.
Teraz - generałowie.

Jeden

Sprawdzam wszędzie. Pierwszy podał Reuters, a trudno podważać jego wiarygodność.

TVN24 staje na wysokości zadania.

Spikerom w radio drżą głosy. Nawet przy śmierci Jana Pawła tak nie było.
Radio wygrało. Sobota o 8:50.

Na Facebooku ktoś założył grupę "Black Saturday".

Samolot leciał z Okęcia, a spadł w Smoleńsku. Czyli - w Rosji.

FSB sprząta po katastrofie. Nie wpuszcza dziennikarzy. Rekwiruje notatki, nagrania, zdjęcia. Szefem rosyjskiej komisji śledczej został Putin.

Zaraz po dziesiątej - cztery wersje katastrofy.

Potem jedna: zahaczył o drzewo. Są świadkowie.

Spadł i spłonął.

A w nim - nie wiadomo kto. Była lista, ale kto wsiadł?
MSZ w końcu podaje. Radio przerywa transmisję mszy z Katynia, która nagle zyskała inny wymiar. TVN24 publikuje zdjęcie pustych krzeseł. osiemdziesięciu ośmiu pustych krzeseł.

Prezydent z żoną. Od razu przypomina się sprawa Gruzji.

W pierwszym momencie podano, że jego brat, ale jednak nie.

Szef IPN. Czy nie mieliśmy ostatnio dyskusji o IPN?

Szef Sztabu Generalnego. Wszyscy dowódcy. Szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego.

Szef NBP.

Przedstawiciele organizacji katyńskich.
Czternastu parlamentarzystów.

Biskupi.

Jak wygodnie.

Spiker czyta.
Apel poległych.


Na ulicach pusto, wszyscy przed telewizorami. Ci nieliczni, którzy jeszcze wyszli do sklepu, mają na twarzach to samo. A w mieścinie, gdzie jest 8000 mieszkańców, a większość głosuje na SLD, to trudne do zrobienia.

Nikt nic nie mówi. Jedyny komentarz:

- Mnie się wydaje, że Rosjanie maczali w tym łapy.
- Wszyscy tak myślą.

W pasmanteriach brakło prawie czarnych wstążek. Kupujemy, nikt o nic nie pyta. Nie trzeba.

Na cmentarzu tylko nasze znicze.