Pokazywanie postów oznaczonych etykietą punkt widzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą punkt widzenia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 października 2010

Źle kończąca się historia

Od ładnych paru miesięcy zawodowo czytam kryminały.

Wcześniej kryminalno-sensacyjna literatura była dla mnie li i jedynie rozrywką. Do tego byłam dość wybredna i ograniczałam się do kilku nazwisk. Tak się jakoś składało, że raczej tych dużych: czytałam Forsytha, Ludluma - i przede wszystkim Agatkę Christie. Oraz Arthura Conan-Doyle'a.

Innych próbowałam co jakiś czas - i wracałam do starych, dobrych przyjaciół.

Teraz czytam wszystko.
Muszę.

Na początku dopadła mnie bijąca ostatnimi czasy rekordy popularności kryminalna literatura skandynawska. Mroczna, pełna seryjnych morderców lub patologii społecznych, które są poruszane przy okazji kryminalnej intrygi - a czasami odwrotnie. Zdecydowanie nie są to książki, które człowiek czyta dla rozrywki w miłe, niedzielne, słoneczne popołudnie. Bardziej odpowiednim miejscem do czytania ogólnie pojętych Skandynawów jest ciemna, wilgotna piwnica.

Później musiałam się zmierzyć z polską powieścią sensacyjną. Co gorsza, z debiutantami, którzy nie trafili na dobrych redaktorów w małych wydawnictwach zajmujących się zazwyczaj czymś zupełnie innym (podręcznikami, poradnikami, historią...).
Ech.

Wiecie, po czym można poznać polską powieść sensacyjną?

Po pierwsze - ma przynajmniej sześćset stron. Można by spokojnie wykreślić połowę (na co mam czasami wielką ochotę) - i mielibyśmy zwartą i dynamiczną, trzymającą w napięciu opowieść.
Po drugie - jeśli autorem jest facet - na pewno będą tragicznie skonstruowane postaci kobiece. A o scenach erotycznych w ogóle szkoda wspominać.

Lista błędów, popełnianych przez polskich autorów, rosła wraz z listą przeczytanych (uważnie, bo recenzencko) książek. Po pół roku nabrałam dzikiej ochoty, by napisać własny kryminał. Zdążyłam go nawet zacząć.

A jeszcze później przeżyłam coś, co można nazwać "kryzysem happy-endu".
Otóż zapragnęłam przeczytać kryminał, sensację, thriller - wszystko jedno - który kończyłby się ŹLE.
W którym bohater nie zwycięża.
W którym detektyw nie triumfuje.
W którym morderca umyka pościgowi i szkodzi nadal.
W którym agent wywiadu, który podczas narracji przestał nim być, nie odpływa łódką na małą wyspę na końcu świata z ukochaną kobietą u boku.
W którym główna postać ginie.
W którym ład, naruszony na początku przez zbrodnię, nie zostaje przywrócony, do cholery!

Wczoraj, dla odtrutki po zupełnie nieudanej biografii Larssona, przeczytałam sobie "Tajemnicę Siedmiu Zegarów" Agatki.


Przeczytajcie.
Zrozumiecie, co znaczy "królowa kryminału".

wtorek, 21 września 2010

Krzyż

D. zapytał, co myślę o całej sprawie.
Sprawie krzyża na Krakowskim Przedmieściu, rzecz jasna.

A ja myślę, że krzyż Chrystusa zawsze był "znakiem, któremu sprzeciwiać się będą".
Ale sprzeciwiali się ( i sprzeciwiają) znakowi zwycięstwa nad śmiercią. Znakowi zbawienia.
Bo krzyż zmusza do zastanawiania się nad rzeczami, nad którymi nikt, kto nie gardzi nawróceniem, nie chce się zastanawiać.

Krzyż przyniesiony przez harcerzy dla upamiętnienia ludzi, którzy zginęli pod Smoleńskiem, nie był dla mnie symbolem męczeństwa. To znaczy - nie tylko, bo ten symbol oznacza coś więcej: oznacza triumf życia i zmartwychwstanie.

Jest więc znakiem nadziei.

A co się stało z krzyżem spod pałacu?

Stał się symbolem politycznych przepychanek. Ludzkiego uporu. Braku możliwości porozumienia.

Kpimy teraz z "obrońców krzyża". Oni stracili w tej grze najwięcej. Twarze. Nazwiska.

Zastanawiam się, dlaczego krzyża nie usunięto wcześniej.
Skoro udało się to w zeszłym tygodniu, udałoby się też przedtem.
Do czego był potrzebny konflikt pod krzyżem?
Do czego było potrzebne widowisko nienawiści?

Czy chodziło o zaognienie debaty o miejscu religii w życiu państwa, miejscu, o którym dostatecznie jasno mówi Konstytucja?
Konflikt zaowocował przecież tysiącami wypowiedzi o rozdziale państwa od Kościoła (w większości niekompetentnymi i wartymi niewiele, ale odbijającymi się echem).

Czego tak właściwie symbolem był krzyż spod pałacu?
Najwyraźniej symbolem tego, że cierpimy na chorobę narodową "wiem lepiej".
Każdy z nas wie lepiej. Każdy z nas kieruje się swoim interesem, nie szukając prawdy. W tym właśnie problem. Nie szukamy jednej prawdy. Bo wydaje nam się, że żyjemy w czasie wielu prawd.

A tymczasem dla ludzi wierzących Prawda jest jedna. Ukrzyżowana.

Wnioski, które się nasuwają po sprawie krzyża?
Należy zabronić katolikom stawiania znaków wiary w przestrzeni publicznej. Bo to przestrzeń publiczna, nie dla katolików.

Drugi, nieco smutniejszy. Nie darzymy szacunkiem znaków naszej wiary. Tradycji. Nie jesteśmy tolerancyjni. Nie szanujemy się nawzajem. Łatwo dajemy się napuścić jedni na drugich.
Walczymy z tymi, którzy myślą inaczej.
Dotyczy to wszystkich.

Także chrześcijan.
A przecież w chrześcijaństwie chodzi o to, żeby głosić Dobrą Nowinę. Czynić dobro, a nie walczyć ze złem.


To dobra nauczka.
O czym zapomnieliśmy? Co przeoczyliśmy?
My - społeczeństwo, któremu wmawia się, że podzielił je krzyż.

Zapomnieliśmy o starej, rzymskiej zasadzie: dziel i rządź.
Kto w tym teatrzyku gra rolę Rzymian?

poniedziałek, 13 września 2010

Oszukać przeznaczenie

Moja ulubiona gazeta zdobyła niusa.

Mężczyzna i kobieta wzięli ślub.
W sobotę, w Żelazowej Woli.

Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego - nie była to na pewno jedyna para młoda w tę sobotę - gdyby nie fakt, że pan młody ma pewien problem. Psychicznie identyfikuje się z kobietami. I chce, by do niego mówić "Ania".

Stąd bardzo odpowiadający rzeczywistości tytuł: "Dwie kobiety wzięły ślub".

"Ania formalnie jest mężczyzną" - czytamy. "Nie zamierza tego zmieniać. Nie będzie więc użerania się z systemem prawnym."

Nie będzie też kłopotów z dziećmi: szukania dawcy spermy i może nawet matki zastępczej. Wszystko normalnie załatwi biologia.

Rodzina Ani podejrzewa, że syn jest gejem.
Jego żona, Greta, lesbijka, twierdzi, że związek, w który weszła, na pewno nie jest heteroseksualny. Tylko nieoczywisty.

Młodzi małżonkowie "nie ukrywają radości z tego, że udało im się zagrać na nosie polskiej tradycji i prawu, które nie dopuszcza żadnych związków innych niż heteroseksualne" - piszą autorzy tekstu.
No jasne.


Kobieta i mężczyzna wzięli ślub.

Kobieta do tej pory wolała kobiety.
Mężczyzna udaje, że jest kobietą. Mimo, że zawartość jego majtek świadczy o czymś innym.

Z punktu widzenia biologii wszystko w najlepszym porządku.
Sensacja.

Kobieta wyszła za mąż za faceta z problemem psychicznym i permanentnym makijażem.
Prawo musi czuć się okropnie oszukane.

Jak mówił Einstein: ludzka głupota daje pojęcie o nieskończoności.

wtorek, 7 września 2010

Telewizja szuka

Pewien ogólnopolski serwis internetowy od dłuższego czasu pełen jest zaproszeń do programu telewizyjnego.

Dokumentaliści tego programu szukają, kogo następuje:

- mężczyzn, którzy nie mają zębów, mają zeza, piegi, choroby skórne albo krzywy nos.

- kobiet, które sypiają z dwoma spokrewnionymi mężczyznami i nie wiedzą, którego wybrać.

- kobiet, które kręci facet z wyrokiem.

- kobiet, które w wakacje zdradziły męża/partnera.

- kobiet, które sypiają z księżmi.

- kobiet, które spotykają się z żonatymi mężczyznami dla pieniędzy.


Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy włączacie telewizor w porze nadawania pewnego popularnego polskiego talk-show, w którym poruszane są kontrowersyjne, intymne tematy.

piątek, 6 sierpnia 2010

Mistrz mistrzów, czyli po co pić kawę, skoro mamy Bartosia

Tadeusz Bartoś napisał nową książkę. Nosi tytuł: "Koniec prawdy absolutnej. Tomasz z Akwinu w epoce późnej nowoczesności". Bardzo interesujący zresztą.

Książka, wydana w twardej oprawce, kosztuje pięć dych.

Więc przeczytałam sobie fragment, dostępny na stronie wydawnictwa.
I pozwolę sobie na krótką i złośliwą analizę. Ostrzegam. Będę cytować.

Autor zaczyna od stwierdzenia, że wielka filozofia jest jak skarbonka. Trzeba ją rozbić, żeby dostać się do skarbu. Powołuje się na innych, którzy też rozbijali skarbonki. Jak twierdzi Bartoś, "Zniszczenie, destrukcja, rozpad, rozkład i przemoc od dawna pełniły rolę ambiwalentną, same w sobie karygodne, nie potrafią skryć do końca swej funkcji bycia źródłem wiedzy." Zgadza się. Michał Anioł robił sekcje zwłok, żeby dowiedzieć się, co sprawia, że człowiek wygląda, jak wygląda. Tyle, że robił to na trupach. Ale lepsze są eksperymenty na żywym organizmie. Tak zamierza dekonstruować Bartoś. "Potrzeba przemocy wobec Boga, potrzeba Jego śmierci, by bardziej pojąć Jego życie." Jasne. Skoro Chrystus zmartwychwstał, możemy zabić Go jeszcze raz. Bezpieczny eksperyment na nieśmiertelnym organizmie.
Hm.
Idźmy dalej.

"Są bowiem tylko narodziny i śmierć. To wszystko. Rodzenie się i umieranie. Jedno z drugiego bierze siebie: umieranie z rodzenia, rodzenie z umierania. Śmierć Boga daje życie nowemu bogu, śmierć prawdy absolutnej daje życie nowej prawdzie. Już w śmierci prześwituje „nowe".
Czyżby była mowa o reinkarnacji? Koło narodzin i śmierci, z życia do śmierci, ze śmierci do życia, i tak na okrągło, zgodnie z cyklicznym pojmowaniem czasu, które porzuciliśmy jakieś dwa tysiące lat temu. I zauważcie: śmierć Boga daje życie nowemu bogu. Z małej. Kto na ochotnika zapyta, jaki to bóg?

"W procesie umierania prawdy rodzi się nowa, w procesie umierania Boga bóg się odradza. Potrzeba więc śmierci. Potrzeba końca."
Zawsze mnie interesowało, jak filozofowie radzą sobie z wdrażaniem w życie własnej tożsamości. Stary numer z solipsyzmem: czy solipsysta uratuje człowieka, który przy nim dostaje zawału? Czy - skoro potrzeba końca, żeby nadeszło nowe, filozof powinien popełnić samobójstwo?

"Ogłoszono już wiele takich końców. Mieliśmy koniec historii i koniec człowieka: od Fryderyka Nietzschego przez Alexandre'a Kojève'a do Francisa Fukuyamy. Wszelkie „post", także postmodernizm i ponowoczesność, głoszą własne jego wersje. Koniec jednak zawsze jest początkiem. Nie o śmierć w nim idzie, nie o negację tylko, ale o nowe: o regenerację, odrodzenie myśli."
Zgadza się. Stare musi umrzeć, żeby przyszło nowe. A szanowny autor jest piewcą śmierci prawdy absolutnej. Co przyjdzie? Jakie odrodzenie?

"W naszym kraju, na naszą prowincjonalną skalę, także trzeba głosić dziś koniec, śmierć, rozpad i upadek definitywny - potrzeba nam końca prawdy absolutnej. Końca jakoś tam lokalnego, bo spóźnionego o dziesięciolecia - trzeba nam końca nad Wisłą, Odrą i Nysą Łużycką.

Odważnie: prowincjonalna skala. To może zmniejszyć liczbę czytelników. Ale nie o czytelników chodzi, tylko o filozofię. Gdyby chodziło o czytelników, książka kosztowałaby 5 razy mniej i kupilibyśmy ją z Wyborczą w częściach serii "Bartoś przedstawia".

"Śmierć prawdy absolutnej jest dziś niczym powietrze dla życia, bez niej w kraju robi się duszno, zbyt duszno. Tylko tak może się narodzić nowa, bardziej ludzka prawda."

No, to naprawdę już było. Szkoda, że autor definiuje, czego śmierć ma nastąpić, a nie definiuje, dla jakiego życia będzie ona jak powietrze. Niepokojąca jest ta bardziej ludzka prawda. Ona może się bardzo różnie przejawiać. Stosem na przykład. Ale autor rozwija, żeby nie trzeba było się z niepokojem domyślać.

"Jaka to prawda? - ujrzeć ją można w umieraniu starej.
Postkomunizm (to jest koniec cywilizacji sowieckiej), jeśli zawita kiedyś do naszej ojczyzny, oznaczać będzie to właśnie - koniec absolutów jedynie słusznej racji, czy to socjalistycznej i ateistycznej, czy paralelnie katolickiej i narodowej. Potrzeba końca prawdy absolutnej, by nadszedł czas, kiedy będą ryzykować śmieszność ci, którzy swoją ideologię (świecką czy religijną) przedstawiają jako argument ostateczny."
Aha. Czyli ostateczne odniesienia są be.
Buddyści mówią, że prawda absolutna to prawda ostateczna, bezwzględna, czyli nieuwarunkowana, przeciwstawiona względnej prawdzie ludzkich spostrzeżeń. Innymi słowy: jest punktem odniesienia dla ludzkich mylnych sądów.
Ciekawe jest też to postawienie ateizmu i katolicyzmu na równi. Czyli: ateiści to szaleńcy. Katolicy to szaleńcy. Jedni, bo są absolutnie na nie, drudzy, bo są absolutnie na tak. A my bądźmy normalni, bądźmy pośrodku, tu jest najbezpieczniej i nie trzeba się kierować niewygodnymi obowiązującymi normami wziętymi nie wiadomo skąd i zabawnymi, bo zakładającymi swoją prawdziwość i bezbłędność.


"Zbyt wiele kłamstwa wisi w powietrzu w naszym kraju, zbyt wiele udawania w życiu publicznym,politycznym i kościelnym. Czas już na pogrzeb. Czas bić w dzwony i zwoływać żałobny kondukt."

Zwołaliśmy już żałobny kondukt, 10 kwietnia. Udało nam się wtedy udawać, że nie udajemy. Ale tylko przez parę godzin. Bo nie umarła prawda absolutna, tylko kilka bardziej znaczących osób, które jeszcze w nią wierzyły. To za mało.

"Śmierć prawdy absolutnej nie zaszkodzi jednak prawdom pomniejszym. One sobie poradzą, nabiorą blasku, choć żywot wielu z nich bywa stosunkowo krótki, bliższy losowi motyla aniżeli żółwia. Gdy gaśnie wielkie światło, małe światełka ukazują swój urok."

Aha. Czyli porzućmy swoje kurczowo ściskane w rękach zasady moralności, uczciwości, czy jak ją tam zwał, zakopmy je trzy metry pod ziemią i spróbujmy budować od nowa, wspólnie, porzucając wszystko, co stare. Może to i by wyszło, pod dwoma warunkami: że bylibyśmy skłonni - my, wszyscy Polacy - porzucić swoje przekonania i uprzedzenia, i spory, i waśnie, zasypać miedze i pieczołowicie, w pełnej zgodzie, budować nowe. Nowe nowe, nie nowe waśnie, oczywiście. Drugi warunek: musielibyśmy być mistrzami w układaniu puzzli. Wyobraźcie sobie, że jest układanka z pięciu tysięcy kawałków, na której jest li i jedynie morze i odbijające się w nim niebo, przedzielone kreską horyzontu, oraz trochę samotnych mew. Wyrzucamy ramkę i próbujemy bez obrazka ułożyć puzzla, zaczynając od mew. Powodzenia.

"Śmierć prawdy absolutnej nie zaszkodzi wierze religijnej. Przeciwnie, to raczej szansa na odrodzenie autentycznych źródeł religijnego doświadczenia, to szansa na oczyszczenie wiary - bo uczy pokory."
Zalatuje Vahanianem. No naprawdę.

Śmierć prawdy absolutnej - czyli mówiąc językiem wiary religijnej: śmierć Boga, już raz nastąpiła. Odrodziła, oczyściła, pomogła - a my to spieprzyliśmy. Więc uśmierćmy Boga jeszcze raz i spróbujmy od nowa, nie zastanawiając się nad tym, że mamy inne oprócz kary śmierci narzędzia do naprawiania tego, co zepsuliśmy (trzy podstawowe zaczynają się na "p", "m" i "j").
Pomińmy ten istotny kawałek wiary religijnej, mówiący, że powodem skarlenia wiary i jej śmierci jest grzech, a nie Bóg, czy jak chce Bartoś - prawda absolutna.

"Religia autentyczna potrzebuje odnosić się ku czemuś, co przerasta człowieka."

Wow. Cóż za odkrywczy fragment. Religia polega na tym, że człowiek odnosi się do czegoś, co go przerasta!

"Nie może być człowiek sędzią prawdy boskiej, nie może być jej gwarantem ani głosicielem."

Zgadzam się co do sędziego, chociaż wygląda na to, że autor próbuje właśnie to robić, skazując prawdę boską na śmierć. Zgadzam się co do drugiego, bo człowiek jest za słaby. Co do trzeciego: dobre sobie. Człowiek nie może być głosicielem prawdy boskiej. Zamilczcie, wszyscy księża. Zamilczcie, wszyscy wierzący świata obdarzeni nakazem misyjnym. Nie dla was głoszenie prawdy boskiej. To może robić sam Pan Bóg, o ile tym razem zmartwychwstanie.


"[człowiek]Może jedynie pytać, cierpliwie i bez zniechęcenia szukać - w zasłuchaniu."
A jak znajdzie, to ma milczeć.

"Czas zadbać o śmierć prawdy absolutnej, by znalazła swe miejsce właściwe - w „zaświatach", ponad wszystkim, co na horyzoncie ludzkiego pojmowania. By stała się prawdziwie transcendentna."
To mój ulubiony kawałek.
Przetłumaczony na język katolika, brzmiałby tak: Panie Boże, spadaj do nieba, za horyzont mojego pojmowania, bo jesteś za mało transcendentny i przysłaniasz mi kondukt pogrzebowy i idące w nim prawdy pomniejsze z radości ściskające sobie dłonie.


"Zbyt wielu ludzi zbyt nachalnie ogłosiło się właścicielami prawdy. Niech więc umiera, niech skona biedaczka w ich kieszeniach, w ich ustach pełnych frazesów, podawanych z fanatyczną pewnością. Czas na bankructwo prawdy absolutnej, na wyprzedaż. Jej właściciele z pewnością nie będą zadowoleni z takiego
obrotu rzeczy, stracą dobytek, przedmiot swych zabiegów, inwestycji rozlicznych, powód dumy, poczucia godności osobistej i zbiorowej. Niełatwo zgodzą się na to, że chce się ich pozbawić widoku na skarb, w który zainwestowali, mierząc całe swoje życie iluzyjną miarą dostępu do niezachwianie posiadanej racji. Nikt nie lubi być okradany, nawet jeśli jest okradany z iluzji."
A tu się zgadzam, ale połowicznie. Tak, zbyt wielu ludzi ma za mało pokory, by przyznać się do błędu przywłaszczenia sobie i przeinaczenia tego, co nazywamy prawdą absolutną. (Na marginesie, przypuszczam, że chodzi o ojca R.) Ale to takie niehumanitarne: dać komuś królika, a kiedy ten ktoś będzie się nim źle zajmował, zabić go, żeby nie mógł go pokazywać za pieniądze. (Tak, ryzykuję, że ktoś mi zarzuci, że jestem niepoważna, bo porównuję prawdę absolutną do królika. Ale ja lubię króliki. I nie jestem poważna.)

"Podejmujący się głoszenia śmierci prawdy absolutnej ryzykuje, że zostanie wyśmiany, ogłoszony szaleńcem, nieukiem, odszczepieńcem, relatywistą, nihilistą."
Ha. Czyli mogę sobie napisać bezkarnie, że Tomasz Bartoś, były dominikanin, jest szaleńcem, nieukiem, odszczepieńcem, relatywistą i nihilistą*. Dziękuję.

"A jednak trzeba głosić ów koniec.By na zawsze przepadła iluzja mechanicznego dostępu do własnej niekwestionowanej nieomylności."
I uparciuchem przekonanym, że ma rację. A czy prawda o tym końcu - to prawda absolutna czy prawda pomniejsza? Czy dostęp filozoficzny liczy się jako mechaniczny, czy nie?

"By na zawsze przepadła iluzja mechanicznego dostępu do własnej niekwestionowanej nieomylności. W tym wszystkim niech nas strzeże święty Tomasz - Doctor Angelicus. Przedziwny to był mędrzec. Żył w czasach jakże odmiennych, inne rzeczy miał w głowie, ale jednego z całą pewnością mu nie brakowało: umiaru, zdrowego rozsądku, świadomości, że żadna ludzka wiedza nie wystarcza, by dosięgnąć absolutu. Całe życie ciężko pracował, nie wynosił się, nie dążył do władzy i wpływów. Na koniec uznał, że jego dzieło jest nicością - omnia palea, „wszystko to słoma" - powiedział przed śmiercią. W ten sposób zostawił nam testament. Weźmy go dosłownie, uznajmy, że nie była to jedynie niejasna metafora: każde ludzkie dzieło jest nicością, słomą jesteśmy i myśli nasze."

Biedny święty Tomasz. Autor pominął drobny fakt, że Tomasz uznał swoje dzieło za siano po tym, jak miał wizję, czyli jak spotkał się z kim? Niespodzianka! Z prawdą absolutną! Najprawdopodobniej twarzą w twarz. To jest testament Tomasza, zdaje się.

"Po cóż się puszyć i nadymać. Więcej niewiedzy aniżeli wiedzy jest we wszystkim, o czym myślimy, co mówimy i robimy. Trzeba głosić śmierć prawdy absolutnej. Tomasza z Akwinu mamy za patrona."

Jak można za patrona głoszenia śmierci prawdy absolutnej obrać kogoś, kto widział ją żywą i po tym widoku wszystko wydało mu się jak siano?

Postanowiłam zainwestować te pięć dych i zakupić myśli Bartosia w twardej obwolucie. Macie pojęcie, ile zaoszczędzę na kawie, jak będę codziennie czytała jedną stronę?

*W razie, gdyby jednak to nie było pozwolenie, służę swoją osobą.

poniedziałek, 19 lipca 2010

Nowa koncepcja świętości Adama Sz.

W podróż poślubną z premedytacją nie brałam żadnych gazet. Do czytania za to - tylko jedną książkę, "Śniadanie mistrzów" Vonneguta. Skończyła się za szybko.

Na tyle szybko, że poszukałam sobie lektury dodatkowej. To, co pan Adam Szostkiewicz nazwałby pewnie losem, fatum, przypadkiem albo pechem, a co ja nazywam zupełnie inaczej, sprawiło, że znalazłam "Politykę" z 5 czerwca. Miesiąc przeterminowaną.

I zamiast słuchać rad starszych i mądrzejszych, zabrałam się za lekturę, w cieniu, na leżaku, nad błękitnym basenem, z sielskim poczuciem oderwania od rzeczywistości.

Cóż jednak lepiej sprowadzi cię na ziemię, a dokładniej na jej bardziej skalistą i porośniętą cierniami część, niż "Polityka"?

(Tak, wiem, odpowiedź jest oczywista. Ale tym razem chodzi o tygodniki.)

W artykule pana Adama Szostkiewicza zatytułowanym "Świętych obcowanie" mamy na pierwszy rzut oka materiał o Popiełuszce, wtedy akurat dzień przed beatyfikacją.

Powinien zaalarmować mnie nadtytuł: "Kult świętych gryzie się z demokracją, ale trochę świętości w demokracji nie zawadzi", ale moją czujność uśpił grecki wietrzyk.

Artykuł zaczyna się chlubnie. Od Popiełuszki, a właściwie od stwierdzenia, że "Święci są potrzebni ludziom." Pytanie, kim zatem są święci. Skoro nie ludźmi.
Pan Szostkiewicz na to pytanie odpowiada, a jakże. Są, że sobie pozwolę zacytować, "jakąś elitą, tworzoną na mało przejrzystych i zrozumiałych zasadach przez niedemokratyczną instytucję Kościoła."

Najlepsza jednak jest puenta.

"Od II Soboru Watykańskiego, przed ponad 40 laty, Kościół katolicki głosi, że wszyscy ludzie są powołani do świętości."

Byłam dzielna.

Nie wrzuciłam gazety do basenu.
Nie zaczęłam okładać się pięściami po głowie.
Nie rozdarłam szat, może dlatego, że miałam na sobie li tylko kostium kąpielowy.
Nie splunęłam ze wzgardą na stronę dwudziestą czwartą oraz następne.

Nie zrobiłam tego dlatego, że czasy Starego Testamentu już minęły, a od ponad dwóch tysięcy lat mamy czasy Nowego Testamentu, czego jednak nie zauważył pan Adam Szostkiewicz, próbując napisać tekst o tym, na czym najwyraźniej kompletnie się nie zna*.

I wolę myśleć, że się nie zna, ponieważ jeśli się zna, o czym mogłaby świadczyć na przykład jego biografia, musiałabym dojść do pewnego przykrego wniosku.
Jeśli się do tego doda "Politykę", robi się coraz jaśniej.

Tyle, że przekonanie, że "w demokracji wszyscy są równi" wcale nie kłóci się ze świętością. Z powszechnym powołaniem do świętości. Wszyscy jesteśmy równi: mówił o tym święty Paweł trochę wcześniej, niż Sobór Watykański II. Wszyscy mamy takie same szanse na świętość. I to nie tylko ochrzczeni. Na szczęście jednak Kościół nie jest instytucją demokratyczną. Oznacza to, że nie będzie w nim tak, jak powiedział Franklin: "Demokracja jest wtedy, gdy dwa wilki i owca głosują, co zjeść na obiad."

Demokracja, w której święci stanowią elitę, bo nie są równi - czyli równie grzeszni jak ci, którzy nie zostali wyniesieni na ołtarze - to demokracja równania w dół.

To wszystko zapewne wie pan Adam Szostkiewicz, który o powszechnym powołaniu do świętości usłyszał od ojców soborowych, kiedy miał ze dwanaście lat. Pytanie, co z tym zrobił, skoro zbliża się do sześćdziesiątki, a świętość wydaje mu się niedemokratyczna, odległa i elitarna.


*Gdyby autor "Świętych obcowania" pilnie potrzebował rozmowy ze mną, służę swoją osobą.

środa, 23 czerwca 2010

Lęk przed ciszą

Trafiłam w ostatnią niedzielę na ostatnią mszę do św. Anny. Zazwyczaj to cicha msza. Cicha - czyli bez śpiewu. Bez muzyki.

Ale tym razem cicha była do czasu.

Pewien pan, wyglądający jak wszyscy inni krakowscy specyficzni, podszedł do klęcznika po lewej stronie ołtarza. W objęciach piastował futerał od skrzypiec. Ukląkł na podłodze, a na klęczniku postawił futerał, po czym go otworzył. Okazało się, że pudło w środku wytapetowane jest świętymi obrazkami. Pomyślałam: nic to!

Niesłusznie.

Skrzypek wyczekał do momentu komunii, i zaczął - jak to na skrzypcach - skrzypieć. Dość straszliwie, a na pewno przeraźliwie. Grał potem jeszcze po mszy, a wychodzący zagryzali zęby.
Naprawdę.

Ja też zagryzałam.

Przypomniał mi się pan Nikolai z Moskiewskiej Akademii Muzycznej, który na niedzielnej mszy śpiewał długo, z lekka fałszywie i rozwlekle części stałe. Pół biedy, że po łacinie, ludzie już umieją (albo jeszcze). Gorzej, że nie dało się śpiewać razem z nim. A części stałe są właśnie od tego, żeby lud śpiewał je chórem.

Przypomniał mi się pan Jacek, który regularnie, co roku, odwiedza proboszcza w Międzywodziu, a ja miewam tą wątpliwą przyjemność trafiania na jego występy. Gra utwory własne, a ulubiony jest o papieżu (naszym, nie żadnym tam Benedykcie). Inny utwór popisowy:

Na drogę życia
dostałem dwa kwiatki
od przyjaciela
a drugi od matki

i tak dalej, świecko i biesiadnie, z trelem i w ogóle dramat.


Przypomnieli mi się organiści i organistki, oraz śpiewaczki solowe samorzutne, które to towarzystwo morduje ciszę raz za razem.
Jakby Pan Bóg nie zasługiwał na chwilę spotkania w milczeniu. W ciszy serca.


Skąd pomysł, że na mszy nie może być ciszy?
Czy w ciszy odzywa się głos sumienia, które należy zagłuszyć nowymi pieśniami z gatunku sakro-polo?

Bo nasze nowe pieśni kościelne, na rzecz których stary dobry Siedlecki został rzucony w kąt, nie mówią o Bogu. Mówią o człowieku. W rytmie dwa na jeden.

Um-pa-pa, um-pa-pa.

Zdecydowanie potrzebujemy szkoły liturgicznej. Dla wszystkich.
A zwłaszcza dla organistów.

czwartek, 20 maja 2010

Poranny skok ciśnienia

Zostałam poproszona o poprowadzenie spotkania z Tomaszem Terlikowskim. A że to mój temat, ale zupełnie nie mój format, wstałam bladym świtem, żeby się przygotować. Przeglądając blogowe wpisy TT, trafiłam na link.

Link był do mojej ulubionej GW.

A konkretnie - do komentarza niejakiej Katarzyny Wiśniewskiej.

Jak podaje Wp.pl, Katarzyna Wiśniewska, rocznik 1979, jest absolwentką filozofii i podyplomowych studiów dziennikarskich na Uniwersytecie Warszawskim. Od 2005 r. jest dziennikarką „Gazety Wyborczej”, publikowała w „Tygodniku Powszechnym”, „Znaku”, „W drodze” i „Azymucie”. W 2007 roku Stowarzyszenie Wydawców Katolickich przyznało nagrodę Małego Feniksa dla dziennikarzy za promowanie w mediach książki katolickiej.

Jej komentarz ma tylko kilka linijek. Ale jest małym dziełem sztuki uprawianej ostatnio przez GW, konkurencyjnie do niektórych sprzedających się w milionowych nakładach tytułów, o profilu przygotowanym specjalnie dla Polaków.

Moje ulubione zdanie:

[Rada Episkopatu ds. Rodziny] "posegregowała katolików na tych, którzy mogą przystępować do komunii, i tych, którym tego nie wolno. To wyjątkowo obraźliwe i krzywdzące."

Ależ oczywiście. Szkoda, że nie zauważyliśmy tego wcześniej. Wszyscy rozwodnicy żyjący w nowych związkach też są segregowani! A o tych w stanie łaski uświęcającej i tych chwilowo jej pozbawionych lepiej już nawet nie wspominać... Kościół segreguje już od czasów swojego powstania! Co za koszmar, że odkryliśmy to tak późno!

A oto, co zdecydowała Rada:

"Ci, którzy je [dzieci w stanie embrionalnym] zabijają, i ci, którzy czynnie uczestniczą w zabijaniu, bądź ustanawiają prawa przeciwko życiu poczętemu, a takim jest życie dziecka w stanie embrionalnym, w ogromnym procencie niszczone w procedurze in vitro, stają w jawnej sprzeczności z nauczaniem Kościoła katolickiego i nie mogą przystępować do Komunii świętej, dopóki nie zmienią swojej postawy".

I nagle mamy całe mnóstwo specjalistów od dogmatyki, którzy krzyczą, że nie ma dogmatu w sprawie in vitro, więc Kościół nie może niczego zabraniać ani nakazywać. Bo nawet papież jest "nieomylny tylko w kwestiach teologicznych" - zauważa świeżo upieczony dogmatyk GW, którego nazwiska z litości nie podam. Stwierdzenie o "nieomylności w kwestiach wiary i moralności" chyba nie obiło mu się o uszy. Zresztą słusznie. In vitro z moralnością niewiele ma wspólnego.

Najwyraźniej jednak mamy za mało kanonistów.

Kodeks Prawa Kanonicznego, obowiązujący, nota bene, wszystkich katolików w Polsce, mówi jasno w kanonie 753:

"Chociaż biskupi, pozostający we wspólnocie z głową Kolegium [papieżem] i członkami, czy to pojedynczy, czy zebrani na Konferencjach Episkopatu [...] nie posiadają nieomylności w nauczaniu, są jednak w odniesieniu do wiernych powierzonych ich trosce autentycznymi nauczycielami i mistrzami wiary. Temu autentycznemu przepowiadaniu swoich biskupów wierni obowiązani są okazać religijne posłuszeństwo."

Ciekawostka. Wygląda na to, że Rada mogła zabronić przyjmowania Komunii, i to zgodnie z prawem kanonicznym.

Tyle się Wyborcza natrudziła, żeby sztywny i przywiązany do tradycji i dogmatów Kościół zaczął wprowadzać zmiany - i proszę.
Podziałało.

Teraz pozostaje nam tylko opłakiwać jakość naszego pseudo-dziennikarstwa.

sobota, 15 maja 2010

Nad podziały wylatuj

Przy okazji śmierci papieża, a teraz znowu po katastrofie pod Smoleńskiem, o której nie trzeba mówić "katastrofa pod Smoleńskiem", tylko wystarczy pogrzebowym tonem powiedzieć "katastrofa" - zachłysnęliśmy się narodową jednością.

Że tak wszyscy razem idą i czują.

A potem nastrój żałoby po katastrofie uleciał, spotkał się wpół drogi z opadającymi podziałami i nastąpił okres żałoby po jedności narodowej.

Media, które tak akcentowały jedność, teraz piętnują podziały społeczeństwa, które dokonują się w czasie "wyborów sprintem". Że nad świeżo usypanymi grobami szarpiemy się o niewielki i pocerowany, ale nasz postaw sukna.

A nie, przepraszam. To nie my się szarpiemy. To politycy się szarpią. Politycy, ci tam na górze, co ich w telewizji pokazują, co sobie patrzą na ręce i rozpoczęli już wyścig do prezydenckiego stołka.

Bijcie na trwogę! PiS i PO dzieli między siebie Polskę!

Tak jakby celem społeczeństwa było posiadanie jednej opinii na każdy temat. Jednej, jedynej, słusznej opinii. Owszem, były takie systemy, i na razie z ulgą się z nimi pożegnaliśmy, choć nigdy nic nie wiadomo, bo wciąż mamy ekspertów od zamawiania pięciu piw.

Jeśli w pięcioosobowej rodzinie istnieją znaczące różnice poglądów, to czemu nie miałoby ich być w pięćdziesięciomilionowej? Zadaniem polityków jest wtedy rozsądnie pogodzić sprzeczne opinie tak, by wynikło z tego dobro dla Polski.

I to jest ta osławiona jedność: zwyczajna dbałość o wspólne dobro. Połączona z umiejętnością znajdowania kompromisów.

Więc nie należy przejmować się tymi, którzy krzyczą: "Była jedność, ale teraz wy nie chcecie głosować na Komorowskiego i wszystko zepsuliście!".

A teraz rzucam dziennikarstwo i oddalam się, by założyć własną partię.
Chociaż - sądząc z przykładu niektórych - wcale nie muszę.

niedziela, 9 maja 2010

(Nie)przygotowanie

Co trzeba zrobić, żeby sakramentalnie wyjść za mąż?

1. Być kobietą (co nie jest w naszych ciekawych czasach takie oczywiste)
2. Mieć do spółki mężczyznę
3. Przejść kurs przygotowania do małżeństwa.

Ten kurs można odbyć naprawdę szybko: wystarczy 15 godzin weekendowego kursu dla narzeczonych i 4 godziny warsztatów zamiast trzech wizyt w poradni.

Łącznie 19 rozczarowujących godzin.

Na kurs przychodzą wszyscy. Wierzący praktykujący. Wierzący niepraktykujący. Niewierzący praktykujący. Niewierzący niepraktykujący posiadający rodziców w jednej z trzech wyżej wymienionych grup.

Więc właściwie nie wiadomo, czy mówić o Panu Bogu, czy lepiej nie, czy mówić o czystości przedmałżeńskiej, czy nie robić z siebie głupka. Mówi się więc coś o wszystkim. A momentami nawet wszystko o niczym.

I tak chodzi o papierek.

A jeśli ktoś się nastawiał na coś więcej, na ćwiczenia pozwalające zastanowić się nad sobą i swoimi relacjami, oczekiwaniami, egoizmem, potrzebami i motywacją - niech przeczyta sobie Pulikowskiego, Pawlukiewicza, albo znajdzie jakiegoś sensownego dominikanina, który znajdzie dwie godziny z nieskończenie rozciągliwego dominikańskiego czasu na rozmowę z przyszłymi małżonkami.

A może nie mam racji, i nie wszystko z katechez sprintem odbija się jak groch od ścian umysłów zaprzątniętych grą w popularną grę przedślubną "buty, sukienka, papier"?

I może ci, którzy w przerwach na kawę, drożdżówkę i obiad dyskutują o problemach poruszanych pomiędzy przerwami, coś jednak wynoszą z przedmałżeńskich kursów i katechez - oprócz takich umiejętności warsztatowych:

"Spróbuj znaleźć te zdania, które stanowią poprawne wyrażenie uczuć przez mówiącego.

a. Nie śmiej się tak!
b. Czuję się niespokojna, gdy się tak śmiejesz.
c. Jesteś niemożliwy.
d. Czy wydaje ci się to takie śmieszne?"

Nie wiecie?
Prawidłowa jest odpowiedź b.

wtorek, 6 kwietnia 2010

Moje ulubione F.

Najpierw rozszyfruję ten oczywisty skrót.

F - jak feministki.

Oto ich najnowszy pomysł: Dni Cipki.

A w programie - co tylko chcecie.

Na przykład: pokaz mody inspirowany kobiecą seksualnością : cipkowe gadżety, etyczne ubrania z limitowaną kolekcją "mam cipkę".

Albo seria warsztatów:

Warsztaty waginalne
Wagina Wielkiej Matki
Chichot waginy
Twarz cipy - warsztaty plastyczne

A także wystawa cipkogramów. Doprawdy, obiecująca technika.


A kto wśród gości?

Alicja Długołęcka, która odważnie rozpoczyna mówienie o lesbijkach niepełnosprawnych.

Anna Zdrojewska. Cytat: "Nie byłoby sprawy Alicji Tysiąc, gdyby decyzję urodzić czy usunąć, pozostawiono kobietom."

Grażyna Plebanek, autorka "Przystupy", uznanej za hit przez Kazimierę Szczukę.


Będzie też interaktywna instalacja "Powiedz, jak na nią mówisz?" oraz koncerty kilku grup. Niestety nie będzie wśród nich Jona Lajoie.

I założę się, że nikt publicznie nie odważy się powiedzieć, że pomysł jest niedorzeczny, że głupota przekroczyła ustawowy poziom, że zasłanianie się celami edukacyjnymi jest śmieszne, żeby nie powiedzieć: żałosne, i że to kolejna sonda zapuszczana w społeczeństwo: ile zniosą? Nikt się nie odważy, bo nikomu nie chce się użerać z feministkami. Nie dlatego, że są groźne. Dlatego, że są męczące. Że nie ma tu miejsca na dyskusję, bo do wyboru jest monolog - albo milczenie. Że uprzedzenia, które mają feministki względem różnych grup społecznych, prezentujących zupełnie inne poglądy, są rodem ze średniowiecza. Aż żal waginę ściska.

Ale nikt się nie odważy, i ja też się nie odważę, bo zostanę okrzyknięta zacofaną, głupią szowinistką, wyciągną mi moją chlubną-niechlubną przeszłość i odkryją, że nie lubię K.D. - i zostanę powieszona publicznie za organ wiadomo jaki.

A jakbym jeszcze chciała dodać, że moja kobieca godność krzyczy, kiedy wywleka się na wierzch najintymniejsze części mojego ciała, dyskutuje się nad nimi publicznie, prezentuje ich odciski i rzuca się osławioną cipką w twarz, aż rozmówcom dech zapiera - no, to byłby mój koniec.

Więc nie zapytam już nawet, czy na Dniach Cipki pojawi się jakiś facet.
Pewnie nie.
Dni Cipki to zabawa dla kobiet, a mężczyznom nic do tego.
Niech sobie sami, szowiniści jedni, zrobią Dni Fiutka.

A potem czas na koedukacyjne Dni Dupki. Albo Dni Sutków.

Dyskryminacji mówimy stanowczo: nie.

piątek, 2 kwietnia 2010

Zając zmartwychwstaje, czyli poprawność potyliczna

Od tygodnia odbieram świąteczne życzenia. Służbowo, nie prywatnie. Inni też wysyłają je służbowo, więc życzenia są poprawne potylicznie. Zające, króliki, baranki, wiosna, szczęście i pogoda. Oraz mokry dyngus, chociaż w zasadzie nie wiadomo, o co z tym chodzi. Ot,taki zwyczaj ludowy.

Dla przypomnienia: potylica to tylna część czaszki, do której przyczepione są mięśnie poruszające głową. Kiedy coś nie w porządku, występuje sztywność karku. Potylica chroni też część mózgu zwaną płatem potylicznym.

A to bardzo ważna część, bowiem odpowiada za widzenie, analizę kształtu i koloru i skojarzenia wzrokowe.

Wyobraźmy sobie teraz biednego pracownika, który oberwał od szefa w potylicę poleceniem "Wyślij życzenia".

Po takim ciosie może on mieć, jak mówi Ciocia Wiki:

1. Halucynacje wzrokowe; niedokładne widzenie obiektów, widzenie aureoli.
2. Trudności w rozpoznawaniu kolorów, znaków, symboli, słów pisanych, rysunków.
3. Trudności z czytaniem i/lub pisaniem.

No właśnie. Jeśli myślicie, że ma z tym coś wspólnego polityka - wasz błąd.

Z tych kłopotów potylicznych wnikają liczne życzenia "spokoju i wytchnienia w czasie Świąt" czy "znaczących świąt oraz kreatywnych pomysłów na wiosnę", lub też "pogody ducha".

Tylko "Znak" może sobie pozwolić na więcej: "Radosnych, pełnych wiary i nadziei Świąt Zmartwychwstania Pańskiego!"

Czemu?

Bo po nim się wszyscy spodziewają (mimo non-fiction).

A po innych się nie spodziewają i dlatego nie należy szarżować. Tylko wysyłać życzenia potyliczne.

Nie rozumiem tylko, po co w ogóle je wysyłać. Skoro to święta najbardziej katolickie z możliwych, życzenia powinna składać sobie wąska grupa wierzących i praktykujących, czyż nie? Po co zadręczać jajkami, zającami i kurczakami niewierzący na ogół ogół?

4 kwietnia przypada tyle innych świąt, z których okazji można składać sobie życzenia. W Lesotho mamy Dzień Bohaterów, w Angoli - Dzień Pokoju i Pojednania, ONZ obchodzi Międzynarodowy Dzień Wiedzy o Minach i Działań Zapobiegających Minom, w Wielkiej Brytanii mamy Światowy Dzień Szczura, w Hongkongu Dzień Dziecka i nawet na naszym podwórku możemy znaleźć zamiennik: Święto Wojskowej Służby Zdrowia.

Więc życzmy sobie wojskowego zdrowia, byśmy nie chorowali na schizofrenię (która nie jest rozszczepieniem jaźni, ale rozszczepieniem umysłu - co się objawia znaczącymi różnicami między myśleniem, mówieniem i działaniem, na przykład.)

Dajmy spokój zającom, kurczakom i jajkom, zanim dobiorą się do nas ekolodzy.

A sprawy katolików zostawmy katolikom.

niedziela, 7 lutego 2010

Gupiki, talent i fotoszopa

Gupiki wracają do łask.

Nie chodzi o tu rybki, ale o automatyczne aparaciki fotograficzne, które popadły w niełaskę z powodów ekonomiczno-technologicznych.

Po tym, jak aparaty cyfrowe staniały tak bardzo, że w zasadzie każdego dysponującego trzycyfrową gotówką stać na maleństwo z dużym ekranem, poczciwe, analogowe gupiki poszły w odstawkę. Ostatnie kilka lat było okresem zachwytu nad możliwościami lustrzanek cyfrowych, nad pozorną nieograniczonością miejsca, nad szybkością otrzymywania zdjęć. Czas od naciśnięcia migawki do odebrania odbitki skrócił się do jednej godziny, przy dobrych obrotach. Nasze stare Kodaki, Premiery i Fuji zostawiliśmy ciociom-turystkom.

Czyste, idealne, podkręcone w fotoszopie czy innym paincie zdjęcia stały się dostępne dla wszystkich amatorów fotografii (i amator nie oznacza tu miłośnika). To, co dawniej wymagało warsztatu i umiejętności wypracowanych przez lata - teraz jest na wyciągnięcie ręki. Jakość zastępuje warsztat, a czasami nawet próbuje zastępować talent. Im cięższy sprzęt, im dłuższy obiektyw, im nowsza fotoszopa - tym lepszy musi być fotograf.

Zmęczenie pozornie dobrymi zdjęciami, które masowo zalewają internet, powoduje wzrost sympatii do gupików. Małe, lekkie i wygodne, dysponujące ograniczoną liczbą klatek, odróżniają od całej reszty tych, którzy fotografię traktują jako środek wyrazu,a nie jako cel sam w sobie.
Można by nawet rzec wzniośle, że gupiki uwalniają naszą wrażliwość z okowów optymalnych parametrów.

Fotografia nie polega na tym, żeby ZROBIĆ zdjęcie. Polega natomiast na tym, żeby przez to zdjęcie przekazać treść. Treść może być oczywista i nieoczywista. Ale zawsze - i nieuchronnie - jest pokazywaniem punktu widzenia fotografa. Jego odpowiedzią na pytanie "dlaczego", a nie "kto? gdzie? co śmiesznego robi?".

Fotografowanie to dzielenie się patrzeniem. Po to powstała. Żeby utrwalić chwilę, widzianą przez konkretnego człowieka. Dlatego fotografia wymaga i od swojego twórcy, i od odbiorców.

Od twórcy - myślenia i talentu.
Od odbiorców - otwarcia się na cudzy punkt widzenia.

Jeśli nie będziemy potrafili zrozumieć, co ma nam do powiedzenia drugi człowiek, jeśli nie spróbujemy zajrzeć z nim w zatrzymaną chwilę - będziemy skazani na niepowodzenie. I rozstrzyganie o technicznej poprawności zdjęcia w niczym nam nie pomoże.

Oczywiście, wciąż powiększa się liczba pseudoartystycznych quasi-zdjęć, których autorzy kierują się czymś, co uważają za wrażliwość, a co jest raczej jej zaprzeczeniem, i ignorują przy tym techniczne podstawy, co jest koszmarnym wyrazem "licentia fotografica".

Im bardziej pojemne konta na fotce.pl, naszej-klasie czy nawet digarcie - tym gorzej. Wystarczy dla próby wrzucić wujkowi Google w wyszukiwarkę grafiki hasło "fotografia artystyczna".

Brrr.

czwartek, 29 października 2009

Wieszak

W ramach rozrzutności po wypłacie zafundowałam sobie na weekend przegląd prasy papierowej.

Hitem przeglądu jest zamieszczony w "Wysokich Obcasach" artykuł Agnieszki Rodowicz. Nosi dziwny, jak na miejsce publikacji, tytuł: "Marsz do kościoła". Nie znaczy to, oczywiście, że "GW" podjęła próbę ewangelizowania; owszem, były takie - czynione, by zamknąć usta krytykom. Tym razem jednak tytułowy kościół przedstawiony jest w bardziej pragmatycznym, niż polemicznym świetle.

"Sieć księgarni Selexyz uratowała XIII-wieczny kościół dominikanów
w Maastricht. Popadłby w ruinę, gdyby nie urządzili w nim swojego sklepu." - zaczyna się tekst, będący w istocie opisem kolejnych zdjęć pomysłowych rozwiązań inspirowanych sakralnością.

Wśród wielu jest hit hitów: wieszak z Ukrzyżowanego. Na głowie możemy powiesić ręcznik, szlafrok - co tylko kto zechce.
"W założeniu miał nie tylko nie obrażać uczuć religijnych, ale być ich wyrazem. Miał też prowokować pytanie o miejsce duchowości w konsumpcyjnym świecie" - pisze Rodowicz.

No i proszę. Zadziałało. Projekt sprowokował u mnie wyrazy. Co prawda, niezbyt religijnie umiejscowione.

Kupujcie prasę.
Oszczędzicie na kawie.

wtorek, 9 czerwca 2009

Idealizm fotograficzny

"Czy wszyscy muszą robić zdjęcia?" - jęknął w smsie K., kiedy z naiwnym zachwytem podzieliłam się wiadomością o kolejnym fotograficznym znajomym.

Muszą.

Wielkim polem do popisu jest "Nasza-Klasa"; kto tylko ma znajomego fotografa, błaga go o świetne zdjęcia, a potem z satysfakcją wrzuca
je do swojej galerii. Celują w tym kobiety. Potem umieszcza się nazwisko w podpisie, albo nawet i link, i już kilku ciekawych, jak też wygląda portfolio kogoś, kto z tej szarej myszki pamiętanej z czasów liceum zrobił TAKĄ ślicznotkę/wampa/elegantkę/piękność, włazi na stronę rzeczonego fotografa.

Zazwyczaj są tam dwa typy zdjęć.

Jeśli fotograf postawił na ciuchy, nasza znajoma modelka jest wystrzałowo/przedziwnie/zupełnie-nie-w-swoim-stylu ubrana
i sfotografowana na tle rozsypującego się muru/metalowej kutej bramy/graffiti/zieleni miejskiej/placu zabaw.
Bardziej ambitni zabierają modelkę do starej kamienicy lub hali fabrycznej tuż przed wyburzeniem i tam układają ją w kurzu na podłodze albo każą wspinać się na stary, wąski i szorstki parapet.

Jeśli fotograf para się wizażem albo przynajmniej ma znajomych w tej branży, zafundował naszej modelce ekstra make-up, który ma sprawić,
że znajomi na "Naszej-Klasie" dodadzą setkę komentarzy pod zdjęciem,
a nieznajomi ściągną wszystkie zdjęcia z profilu na własny dysk, żeby
móc je oglądać wieczorami.

Modelka jest zachwycona.
Nie ma kobiety, która nie chciałaby być okrzyknięta piękną oraz sprawiać, że wszyscy mężczyźni na ulicy obejrzą się za nią mniej lub bardziej dyskretnie, w zależności od tego, czy idą z własną kobietą, czy nie.

Fotograf jest zachwycony.
Oto powiększyło się jego portfolio.

Znajomi też są zachwyceni.
Zwłaszcza płci męskiej.

Pula pięknych i nieprawdziwych zdjęć, przedstawiających wspólne marzenia fotografa i modelki, rośnie w nieograniczonej na razie niczym przestrzeni internetu. Sama je tam wrzucam. Sama je usuwam, kiedy już nie mogę na nie patrzeć. Aż chce się wrzucić coś brzydkiego, paskudnego, niszczącego złudną harmonię świata fotograficznego idealizmu.

Ale błogi pięknostan utrzyma się aż do kolejnej wystawy World Press Photo, pełnej płaczących kobiet i urwanych rąk bez lakieru na paznokciach.

Jeśli, rzecz jasna, ktoś wrzuci zdjęcia z wystawy na "Naszą-Klasę".

wtorek, 5 maja 2009

Prawda prywatna

Napisałam wiersz.


Pokazałam go M.
M. ucieszyła się: "Fajny. Ja też mogłabym taki napisać"

Wysłałam go W.
W. napisał:
"Ciekawy, zapada w pamięć. Dobry"

Potem wysłałam go do K.
Przysłał mi sms:
"Jest jak opowiadanie z magazynu "Mały Podróżnik"

Ostatni widział go S.
Powiedział: "Miłe, bo lekkie"



Zrobiłam kilka zdjęć.


Pokazałam je M.
Wybrała dwa najlepsze. O trzecim powiedziała, że go nie rozumie; czwarte było źle wykadrowane.

Pokazałam je K.
Za najlepsze uznał te, które nie podobały się M.
O innych powiedział: "Banalne".

Wysłałam je do W.
Odpisał:
"Tylko jedno nieco mnie zafrapowało, inne nieme, nie mają mi nic do powiedzenia".

To jedno nie podobało się ani M., ani K.

środa, 29 kwietnia 2009

Teoretycy śledzą praktyków

Z konferencji "News i dziennikarstwo śledcze wobec wyzwań XXI wieku" wróciłam z dwudziestoma stronami notatek, głową pełną pytań, utwierdzona w przekonaniu, że dziennikarstwo śledcze wymaga warsztatu najwyższej jakości, i pozbawiona kolejnych złudzeń.

Teoretycy twierdzą, że dziennikarstwo śledcze jest działalnością dziennikarza, podążającego za informacją, która jest z premedytacją ukryta, bo jest związana z naruszeniem prawa lub moralności. Wskazują na elementy, które odróżniają dziennikarstwo śledcze od reszty.

Praktycy twierdzą na przykład, że nie istnieje dziennikarstwo śledcze; że to, co robią, to dziennikarstwo "wnikliwe". Nie zgadzają się z teoretykami - i, delikatnie mówiąc, nie zgadzają się też między sobą.

Nie znaczy to, że nie można znaleźć punktów wspólnych.
Po pierwsze: warsztat.
O którym nikt nie chce mówić, bo jest - jak w każdym rzemiośle - podstawą do zdobycia zlecenia.

Warsztat określany jest przez samych praktyków mniej więcej tak: "Temat się znalazł na jakimś forum, jakoś dotarliśmy, do kogo trzeba było, i jakoś się udało go zrealizować".
Parafraza może brzmieć tak: elementami warsztatu jest intuicja, znajomość odpowiednich, a jeszcze częściej - nieodpowiednich osób i instytucji, i znajomość odpowiednich artykułów odpowiednich ustaw (oraz orzecznictwa, jak podkreślał dr Kosmus z Gdańska).

Po drugie: osobowość.
Jest niepowtarzalna. Należy do niej umiejętność obserwacji, logiczne myślenie, cierpliwość, dociekliwość, sposób postępowania z ludźmi, prawość i odwaga.

Po trzecie: zasady etyczne, które (jak to trafnie ujęła dr Łoszewska-Ołowska z UW), "czuje się w sobie".

Po czwarte i piąte: poparcie w postaci wydawcy, który zapłaci za proces, oraz upór, który nie pozwala się poddać mimo poniesionych strat i braku oczekiwanych skutków.

Istnieje też kwestia sympatyzowania niektórych dziennikarzy z niektórymi ugrupowaniami, co przekłada się na rodzaj poruszanych tematów i bohaterów dziennikarskich dochodzeń.

Do końca nie wiadomo, kto w Polsce należy do elitarnego grona dziennikarzy śledczych. Na pewno są tam ci, których działalność została uznana przez opinię publiczną za sprawą SDP, Grand Pressów i im podobnych. Nawet, jeśli już po wręczeniu nagrody jednak przegrali proces i po cichu musieli ją oddawać.