Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawda. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 października 2012

Kłamstwa, kłamstwa



Pani pedagog z Wiązownicy wyraziła na swoim prywatnym profilu swoją prywatną opinię. Napisała mianowicie, że "w homoseksualizmie biorą udział częściowo czynniki genetyczne, ale największe znaczenie odgrywa odpowiednie wychowanie psychoseksualne w domu. Z całą pewnością można go leczyć, a nawet trzeba, bo nikt z tych ludzi nie czuje się prawdziwie szczęśliwym wewnętrznie".

I co?

I od razu Gazeta Wyborcza pisze o homofobii, zmusza kuratorium, żeby zajęło się sprawą, itp,itd, smażąc coraz bardziej sążniste teksty na temat domniemanej nietolerancji.

Czy wypowiedź pani pedagog to przykład homofobii?
Nie.
Homofobia to jednostka psychiatryczna i nie objawia się chęcią niesienia pomocy, lecz raczej wstrętem i chęcią zgładzenia z tego świata, patrz na przykład arachnofobia.
Pani pedagog jest homofobem?
Kłamstwo.
Sytuacja rozwija się tam, gdzie się zaczęła, czyli na FB. Powstaje profil z poparciem dla naszej pani pedagog. Pewien dziennikarz wiadomego organu, którego nazwisko tutaj pominę, by nie robić reklamy, pisze oburzony: "Zamieściła (...) kolejny wpis na temat homoseksualistów i dodała film, jak jeden z amerykańskich naukowców dowodzi, że homoseksualizm można wyleczyć. Dla Haśki tacy profesorowie są "wspaniali"." (pomijam kwestię odmiany nazwiska). Pan dziennikarz w kontrze cytuje oczywiście kilku ekspertów, którzy mówią bardzo mądre rzeczy: że "niestety, polskie szkoły i kadra pedagogiczna nie są w stanie zapewnić warunków do bezpiecznego, wolnego od stereotypów i uprzedzeń środowiska do nauki.", że "według Światowej Organizacji Zdrowia homoseksualizm nie jest chorobą".

Czy homoseksualizmu nie da się wyleczyć?
Kłamstwo.
Świadczą o tym wyleczeni z homoseksualizmu. Niezależnie od opinii WHO.
AIDS do niedawna uchodziła za nieuleczalną, a już jest pierwszy wyleczony.

Z pracownikiem kuratorium rozmawiał jeden z fejsbukowych sympatyków pani pedagog. I okazuje się, że wypowiedzi zarówno dyrekcji, jak osób z kuratorium zostały wyrwane z kontekstu, a sytuacja - wyolbrzymiona.
Postępowanie dyscyplinarne?
Kłamstwo.

Za "Wyborczą" wysoko w rankingu plasuje się "Wprost".



Czytamy w jednym z tekstów, że pan Hartman Jan mówi, iż ateiści są nieustannie obrażani i szkalowani przez Kościół, który oskarża ich o relatywizm moralny. Dalej w tym samym tekście: "Wielu ateistów pozoruje uczestniczenie w życiu Kościoła dla świętego spokoju. Według badań Tyrały prawie co trzeci niewierzący pod wpływem presji bliskich chodzi do kościoła. Prawie 70%  z nich wzięło też kościelny ślub."


Nie wierzę, ale chodzę.
Kłamstwo.

Pani minister-marszałek Kopacz, która ciągle zmienia zdanie w sprawie tego, co się działo w Smoleńsku/Moskwie oraz kto co komu powiedział lub nie.
Ziemia była przekopywana?
Kłamstwo.

Jedną z twarzy palikotowej zdaje się akcji "Ateiści wszystkich miast, łączcie się" została Maria Czubaszek. Pokazuje swoją twarz przy haśle: "Nie zabijam. Nie kradnę. Nie wierzę".
Nie zabijam?
Dwie aborcje?
Kłamstwo.

Nic nie wiedziałem o Amber Gold. Obniżę podatki. Polskim rodzinom poprawiła się jakość życia.
Kłamstwo. Kłamstwo. Kłamstwo.

Listę można ciągnąć i ciągnąć.
Kłamstwo wkrada się do naszej przestrzeni publicznej, a z niej - do przestrzeni prywatnej. W chaosie półprawd nie widzimy już  prawdy, nie potrafimy jej szukać. Nie myślimy logicznie, więc nie widzimy, że słowa-kłamstwa nijak się mają do rzeczywistości, którą opisują.

Kłamstwo szybko staje się naszą drugą naturą - a wtedy wybaczamy je wszystkim, przymykamy oko, udajemy głupich, byle tylko nie musieć się zmieniać, nie pracować nad sobą.
A dopóki my się nie zmienimy, nie zmieni się nic dookoła. I żadne marsze, demonstracje, akcje i kontrakcje, komisje śledcze i afery tego nie zmienią. I już.

Jeśli nie dojrzejemy szybko do społeczeństwa obywatelskiego, którego działanie opiera się na prawdzie, będzie źle. Oj, źle.

Prawda wyzwala - ale wymaga.
Łatwiej być narzekającym na własną bezsilność niewolnikiem kłamstwa.


P.S. Żeby było jasne: szanuję prawdziwych ateistów. Którzy są w stanie normalnie z katolikiem rozmawiać, którzy chcą zrozumieć, poznać, są ciekawi innego. Co innego "walczący ateiści",  którzy okrzyknęli się ateistami tylko po to, by móc walczyć z Kościołem, by mieć kartę w politycznych rozgrywkach. To nie ateizm, to nietolerancyjny antyklerykalizm.Tym państwu już dziękujemy.

piątek, 13 lipca 2012

Brzozowi eksperci

Tak, tym razem będzie o Smoleńsku.

Przeczytałam bowiem w nieco nieświeżej "Polityce" (które to czasopismo czytam okazyjnie, ponieważ pieniędzy mi na nie szkoda) wywiad z kolejnym ekspertem od katastrof lotniczych, profesorem Pawłem Artymowiczem.

Wywiad, intrygująco (i niezgodnie z treścią) zatytułowany "Brzoza przegrywa", zdecydowanie daje do myślenia.

Zaczyna się wiarygodnie. Bohater wywiadu przedstawiony jest jako fizyk i pilot. Paskudna Wikipedia podpowiada co prawda, że jest astrofizykiem, który zajmuje się, cytuję, "badaniami nad pochodzeniem i ewolucją gwiazd powdójnych i układów planetarnych, dynamiką dysków astrofizycznych" oraz m.in. fizyką pyłu międzygwiazdowego. Jak z Lema. Ale umiejętności dokonywania obliczeń są pewnie uniwersalne. W końcu fizyka to fizyka.

Dowiadujemy się po kolei, że Artymowicz poczuł się jako Polak i pilot dotknięty tragedią smoleńską i spróbował swoich sił w wyjaśnianiu zagadki tupolewa. Zaczął od krytyki obliczeń Biniendy. Krytyka brzmi logicznie i naukowo - może dlatego, że przeciętny humanista nie jest w stanie stwierdzić, czy Artymowicz ma rację, czy nie. Niech więc ma. Dodaje do tego, że Binienda nie chce się spotkać w dyskusji oraz upublicznić danych wyjściowych użytych do obliczeń. I że nie on jeden uważa te obliczenia za nierzetelne. Wszystko, co (naukowego) mówi potem Artymowicz, jest logiczne. Wreszcie jakieś argumenty przeciwko zamachowi i za brzozą, by tak rzec. Że duraluminium, że aluminium w brzozie, a brzoza na skrzydle.

Gorzej z warstwą "polityczną" wywiadu. Otóż nasz bohater przyznaje niejako, że Binienda łamie standardy nauki, i stawia go w bardzo złym świetle, opisując jego niechęć do spotkania się z krytyką. Cóż - wiadomo, że świat naukowy nigdy nie był zgodny i jednorodny, więc i to można zrozumieć.

Później Artymowicz dodaje, że jego wyniki są zgodne z wynikami komisji Millera i jej scenariuszem przebiegu wydarzeń. Brzmi nieco dziwnie, ale skoro naukowcowi tak wyszło, cóż innego może powiedzieć.

Najgorzej niestety wypada końcówka wywiadu. Otóż nasz astrofizyk twierdzi, że przyczyną tragedii były przede wszystkim... błędy pilotów.
"Nie ma na świecie pilota, który nie potrafiłby zatrzymać opadania sprawnego samolotu na żądanej wysokości. Moja prywatna interpretacja jest taka, że z jakichś względów piloci dopuścili się przekroczenia bariery bezpieczeństwa. Prawdopodobnie chcieli zobaczyć ziemię". I dalej: "Problemem była współpraca załogi".

A jeszcze dalej - kluczowe zdania:

"Ponadto, jak wiemy, w kokpicie znajdowało się za dużo osób, co przeszkadzało. Najwyraźniej zbyt wiele zadań spadło na majora Protasiuka. (...) nie wykluczam też też pewnych odstępstw od procedur po stronie Rosjan.Ale ich ewentualne błędy na pewno nie były zasadniczą przyczyną tragedii".

Z Pawłem Artymowiczem rozmawiał Marcin Rotkiewicz. Myślicie, że zapytał o "na kursie i ścieżce"?
Ależ skąd

Sam bohater wywiadu pisze na swoim blogu:  "mam wysoki indeks Hirscha h=25 oraz 4.1 razy wiecej cytowań na pracę niż średnia w mojej dziedzinie - fizyce. Całkowita liczba cytowań przekracza 2700. Dla porównania, prof. Binienda mial w 2011 dużo niższy wskaźnik h=8 oraz 1.18 razy średnia liczbę cytowań na pracę, w dziedzinie inżynierii. dr Nowaczyk ma w porównaniu ze mną b. mały samodzielny dorobek naukowy". To też daje do myślenia.

Więc co mam o tym wszystkim myśleć?
Dlaczego mam uznać badania jednego naukowca za dobre, a innego za złe, bo tak mówi jeden lub drugi naukowiec?
Skąd mam wiedzieć, który z nich dąży do prawdy, a który - nie? Albo z jakim przedzałożeniem, zaciemniającym obraz, próbują jej dowieść?
Jak mam znaleźć sens w kolejnych badaniach, symulacjach, doniesieniach i wywiadach, jeśli nie mam pojęcia o fizyce i zagadnieniach lotniczych, a żaden z ekspertów nie wydaje się bezstronny?

Jak się domagać dochodzenia do prawdy, a nie do wersji wygodnej dla którejkolwiek ze stron?

I co z nielogicznością teorii głoszonych przez środowiska prorządowe? Przecież one się zmieniają co chwila, nagłaśniane przez media. Są niespójne i niekonsekwentne, i co chwilę wywołują sprzeciw kogoś z bliskich, którym chyba najbardziej na prawdzie zależy.

I ostatnia rzecz, która męczy mnie najbardziej: czy w każdej sprawie, która budzi wątpliwości, rząd postępuje tak jak w sprawie Smoleńska?

Bo zaczynam się obawiać, że tak.


wtorek, 13 grudnia 2011

Prawda dobrze zapłacona

- Cóż to jest prawda? - pytał Piłat.

Towar. Nic innego.

Prawda jest też względna. Im względniejsza, tym bardziej kosztowna. I głosi się ją z ekranów.

Poza tym dzieli się na rodzaje. Już nie - jak chciał x. T. - na święta prowdę, tyż prowdę i gówno prowdę. Nawet nie na prawdę, całą prawdę i tylko prawdę. Teraz mamy całą prawdę, półprawdę, ćwierćprawdę i prawdę-nie.

Cała prawda występuje rzadko: w relacjach międzyludzkich pozbawionych pośredników- tych małych i wielkich. Oraz w stajence.

Półprawda występuje w grupowych relacjach międzyludzkich, niektórych mediach, sądach i umowach o dzieło.

Ćwierćprawda występuje zazwyczaj w programach partii politycznych.

Prawda-nie występuje tam, gdzie dobrze jej zapłacą. Najczęściej w programach publicystycznych. Od nieprawdy różni się tym, że nieprawda jest na pierwszy rzut oka oczywista. A prawda-nie stawia sobą wyzwanie: wydaje nam się, że widzimy prawdę, a potem jednak okazuje się, że nie.

Prawda-nie kosztuje sporo. Pieniędzy, wysiłku, pracy, pieniędzy, czasu, znajomości, pieniędzy, manipulacji, pieniędzy - i wstydu.

Prawda-nie kosztuje też sporo cierpliwości tych, którzy się z nią stykają i rozpoznają jej zamaskowane kształty.

Prawda-nie to nowy standard dziennikarski. Z dołączonym w pakiecie ziarenkiem prawdy - jak z mercedesami na Placu Zamkowym: kto chce, ten się dowie. Kto nie chce, nie ma czasu, siły, albo nie wpadł na to, by nie wierzyć, nie wyhoduje nic z ziarenka.

Wciąż nam się wydaje, że to media kontrolują rządzących. A skoro media rządzą, kto kontroluje media?

Ach, zapomniałam! Przecież to Rada Etyki Mediów!

wtorek, 21 września 2010

Krzyż

D. zapytał, co myślę o całej sprawie.
Sprawie krzyża na Krakowskim Przedmieściu, rzecz jasna.

A ja myślę, że krzyż Chrystusa zawsze był "znakiem, któremu sprzeciwiać się będą".
Ale sprzeciwiali się ( i sprzeciwiają) znakowi zwycięstwa nad śmiercią. Znakowi zbawienia.
Bo krzyż zmusza do zastanawiania się nad rzeczami, nad którymi nikt, kto nie gardzi nawróceniem, nie chce się zastanawiać.

Krzyż przyniesiony przez harcerzy dla upamiętnienia ludzi, którzy zginęli pod Smoleńskiem, nie był dla mnie symbolem męczeństwa. To znaczy - nie tylko, bo ten symbol oznacza coś więcej: oznacza triumf życia i zmartwychwstanie.

Jest więc znakiem nadziei.

A co się stało z krzyżem spod pałacu?

Stał się symbolem politycznych przepychanek. Ludzkiego uporu. Braku możliwości porozumienia.

Kpimy teraz z "obrońców krzyża". Oni stracili w tej grze najwięcej. Twarze. Nazwiska.

Zastanawiam się, dlaczego krzyża nie usunięto wcześniej.
Skoro udało się to w zeszłym tygodniu, udałoby się też przedtem.
Do czego był potrzebny konflikt pod krzyżem?
Do czego było potrzebne widowisko nienawiści?

Czy chodziło o zaognienie debaty o miejscu religii w życiu państwa, miejscu, o którym dostatecznie jasno mówi Konstytucja?
Konflikt zaowocował przecież tysiącami wypowiedzi o rozdziale państwa od Kościoła (w większości niekompetentnymi i wartymi niewiele, ale odbijającymi się echem).

Czego tak właściwie symbolem był krzyż spod pałacu?
Najwyraźniej symbolem tego, że cierpimy na chorobę narodową "wiem lepiej".
Każdy z nas wie lepiej. Każdy z nas kieruje się swoim interesem, nie szukając prawdy. W tym właśnie problem. Nie szukamy jednej prawdy. Bo wydaje nam się, że żyjemy w czasie wielu prawd.

A tymczasem dla ludzi wierzących Prawda jest jedna. Ukrzyżowana.

Wnioski, które się nasuwają po sprawie krzyża?
Należy zabronić katolikom stawiania znaków wiary w przestrzeni publicznej. Bo to przestrzeń publiczna, nie dla katolików.

Drugi, nieco smutniejszy. Nie darzymy szacunkiem znaków naszej wiary. Tradycji. Nie jesteśmy tolerancyjni. Nie szanujemy się nawzajem. Łatwo dajemy się napuścić jedni na drugich.
Walczymy z tymi, którzy myślą inaczej.
Dotyczy to wszystkich.

Także chrześcijan.
A przecież w chrześcijaństwie chodzi o to, żeby głosić Dobrą Nowinę. Czynić dobro, a nie walczyć ze złem.


To dobra nauczka.
O czym zapomnieliśmy? Co przeoczyliśmy?
My - społeczeństwo, któremu wmawia się, że podzielił je krzyż.

Zapomnieliśmy o starej, rzymskiej zasadzie: dziel i rządź.
Kto w tym teatrzyku gra rolę Rzymian?

czwartek, 20 maja 2010

Poranny skok ciśnienia

Zostałam poproszona o poprowadzenie spotkania z Tomaszem Terlikowskim. A że to mój temat, ale zupełnie nie mój format, wstałam bladym świtem, żeby się przygotować. Przeglądając blogowe wpisy TT, trafiłam na link.

Link był do mojej ulubionej GW.

A konkretnie - do komentarza niejakiej Katarzyny Wiśniewskiej.

Jak podaje Wp.pl, Katarzyna Wiśniewska, rocznik 1979, jest absolwentką filozofii i podyplomowych studiów dziennikarskich na Uniwersytecie Warszawskim. Od 2005 r. jest dziennikarką „Gazety Wyborczej”, publikowała w „Tygodniku Powszechnym”, „Znaku”, „W drodze” i „Azymucie”. W 2007 roku Stowarzyszenie Wydawców Katolickich przyznało nagrodę Małego Feniksa dla dziennikarzy za promowanie w mediach książki katolickiej.

Jej komentarz ma tylko kilka linijek. Ale jest małym dziełem sztuki uprawianej ostatnio przez GW, konkurencyjnie do niektórych sprzedających się w milionowych nakładach tytułów, o profilu przygotowanym specjalnie dla Polaków.

Moje ulubione zdanie:

[Rada Episkopatu ds. Rodziny] "posegregowała katolików na tych, którzy mogą przystępować do komunii, i tych, którym tego nie wolno. To wyjątkowo obraźliwe i krzywdzące."

Ależ oczywiście. Szkoda, że nie zauważyliśmy tego wcześniej. Wszyscy rozwodnicy żyjący w nowych związkach też są segregowani! A o tych w stanie łaski uświęcającej i tych chwilowo jej pozbawionych lepiej już nawet nie wspominać... Kościół segreguje już od czasów swojego powstania! Co za koszmar, że odkryliśmy to tak późno!

A oto, co zdecydowała Rada:

"Ci, którzy je [dzieci w stanie embrionalnym] zabijają, i ci, którzy czynnie uczestniczą w zabijaniu, bądź ustanawiają prawa przeciwko życiu poczętemu, a takim jest życie dziecka w stanie embrionalnym, w ogromnym procencie niszczone w procedurze in vitro, stają w jawnej sprzeczności z nauczaniem Kościoła katolickiego i nie mogą przystępować do Komunii świętej, dopóki nie zmienią swojej postawy".

I nagle mamy całe mnóstwo specjalistów od dogmatyki, którzy krzyczą, że nie ma dogmatu w sprawie in vitro, więc Kościół nie może niczego zabraniać ani nakazywać. Bo nawet papież jest "nieomylny tylko w kwestiach teologicznych" - zauważa świeżo upieczony dogmatyk GW, którego nazwiska z litości nie podam. Stwierdzenie o "nieomylności w kwestiach wiary i moralności" chyba nie obiło mu się o uszy. Zresztą słusznie. In vitro z moralnością niewiele ma wspólnego.

Najwyraźniej jednak mamy za mało kanonistów.

Kodeks Prawa Kanonicznego, obowiązujący, nota bene, wszystkich katolików w Polsce, mówi jasno w kanonie 753:

"Chociaż biskupi, pozostający we wspólnocie z głową Kolegium [papieżem] i członkami, czy to pojedynczy, czy zebrani na Konferencjach Episkopatu [...] nie posiadają nieomylności w nauczaniu, są jednak w odniesieniu do wiernych powierzonych ich trosce autentycznymi nauczycielami i mistrzami wiary. Temu autentycznemu przepowiadaniu swoich biskupów wierni obowiązani są okazać religijne posłuszeństwo."

Ciekawostka. Wygląda na to, że Rada mogła zabronić przyjmowania Komunii, i to zgodnie z prawem kanonicznym.

Tyle się Wyborcza natrudziła, żeby sztywny i przywiązany do tradycji i dogmatów Kościół zaczął wprowadzać zmiany - i proszę.
Podziałało.

Teraz pozostaje nam tylko opłakiwać jakość naszego pseudo-dziennikarstwa.

sobota, 10 kwietnia 2010

Dwa

Wojsko.

TVN24: Wojskowi wykluczają, że doszło do zamachu.

Na pokładzie byli wszyscy.

Generał Petelicki: To nie powinno się wydarzyć. Rzeczą absolutnie niedopuszczalną jest to, żeby na pokład jednego samolotu weszło całe dowództwo wojska polskiego. Jestem autentycznie przerażony. To nie wróg dokonał na nas ataku. To my sami.

Na antenie ludzie płaczą.

Dużo skojarzeń.

Sikorski.
Kennedy.

Dlaczego tam byli wszyscy?

Zastępcy przejmują funkcje dowódców.
Dowódców - czyli tych najlepszych, najbardziej doświadczonych. Tak przynajmniej wskazuje logika.

Co, gdyby teraz jakiś nasz wewnętrzny ktoś chciał przejąć władzę?

Co, gdyby wjechały cudze czołgi?

Pokolenie moich rodziców bało się przede wszystkim jednego: wojny.

Moje pokolenie zna ją z opowiadań.

Za to żadne pokolenie przed nami nie przeżyło TEGO.

W dniu obchodów Katynia, gdzie zamordowano nam dwadzieścia tysięcy oficerów.
Teraz - generałowie.

Jeden

Sprawdzam wszędzie. Pierwszy podał Reuters, a trudno podważać jego wiarygodność.

TVN24 staje na wysokości zadania.

Spikerom w radio drżą głosy. Nawet przy śmierci Jana Pawła tak nie było.
Radio wygrało. Sobota o 8:50.

Na Facebooku ktoś założył grupę "Black Saturday".

Samolot leciał z Okęcia, a spadł w Smoleńsku. Czyli - w Rosji.

FSB sprząta po katastrofie. Nie wpuszcza dziennikarzy. Rekwiruje notatki, nagrania, zdjęcia. Szefem rosyjskiej komisji śledczej został Putin.

Zaraz po dziesiątej - cztery wersje katastrofy.

Potem jedna: zahaczył o drzewo. Są świadkowie.

Spadł i spłonął.

A w nim - nie wiadomo kto. Była lista, ale kto wsiadł?
MSZ w końcu podaje. Radio przerywa transmisję mszy z Katynia, która nagle zyskała inny wymiar. TVN24 publikuje zdjęcie pustych krzeseł. osiemdziesięciu ośmiu pustych krzeseł.

Prezydent z żoną. Od razu przypomina się sprawa Gruzji.

W pierwszym momencie podano, że jego brat, ale jednak nie.

Szef IPN. Czy nie mieliśmy ostatnio dyskusji o IPN?

Szef Sztabu Generalnego. Wszyscy dowódcy. Szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego.

Szef NBP.

Przedstawiciele organizacji katyńskich.
Czternastu parlamentarzystów.

Biskupi.

Jak wygodnie.

Spiker czyta.
Apel poległych.


Na ulicach pusto, wszyscy przed telewizorami. Ci nieliczni, którzy jeszcze wyszli do sklepu, mają na twarzach to samo. A w mieścinie, gdzie jest 8000 mieszkańców, a większość głosuje na SLD, to trudne do zrobienia.

Nikt nic nie mówi. Jedyny komentarz:

- Mnie się wydaje, że Rosjanie maczali w tym łapy.
- Wszyscy tak myślą.

W pasmanteriach brakło prawie czarnych wstążek. Kupujemy, nikt o nic nie pyta. Nie trzeba.

Na cmentarzu tylko nasze znicze.

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Nicencjat

Rzeczywistość ostatnimi czasy zaczęła być naprawdę ciekawa.
Coraz więcej interesujących faktów łączy się w całość, tak jakby szkiełka, kamyki, piórka, kawałki sznurka, zapisane do połowy karteczki zaczęły nagle przypominać układankę, chociaż wcześniej były tylko przypadkową zbieraniną. Coraz więcej jest rzeczy dających do myślenia.

A z układanki powoli wyłania się obrazek. I nie są to konie galopujące po zielonej trawie, ani francuskie zameczki nad Loarą, ani wielbłąd na pustyni.
Ten obrazek jest o wiele mniej optymistyczny.

Ale nie znaczy to, że nie składają się na niego elementy zabawne.

Do takich zabawnych można zaliczyć telewizyjną reklamę Wyborczej:

"Obniżki emerytur dla pracowników służb PRL.
Niższe renty dla wdów po oficerach.
Dowiedz się, jak odzyskać swoje pieniądze"

Ładne, prawda?

Być może przyczyna istnienia tej układanki leży w temacie, którym się beztrosko zajęłam, zapominając o naszym lokalnym, skomplikowanym układzie historyczno-politycznym.

Dla przypomnienia przeczytałam "Dolinę Nicości". Nie najlepsza rzecz
w karnawale, należało zostawić ją sobie na Wielki Post.

Dla rozrywki czytam też powieść w odcinkach, publikowaną na blogu jednego z naszych dziennikarzy. Powieść jest przeplatana niepowieściowymi historyjkami z życia, i zdarza się, że ich bohaterzy odzywają się do autora w komentarzach. Ale ubaw.

Blogów w ogóle jest więcej, i tylko czekam, aż niektóre znikną, bo zaczynają być nie na rękę. Nie wiadomo tylko, czyją dokładnie.

W dodatku moja układanka zaczyna raczej przypominać grę typu escape. Zamknięte pomieszczenie, z którego trzeba się wydostać, rozwiązując łamigłówki, które najpierw trzeba samemu znaleźć, łącząc rzeczy, które na pozór do siebie nie pasują. I żadnej instrukcji obsługi.

Taka współczesna wersja gry w kotka i myszkę, doprowadzonej zresztą do perfekcji przez Agatkę Ch.

Celem gry jest dotarcie do prawdy. To nie naiwność. To wewnętrzna potrzeba każdego człowieka, choćby nie wiem jak bardzo była schowana
w jego wnętrzu, jak bardzo zdeptana, jak bardzo wystraszona i skazana na zagładę.
Jest tam, w środku.
I jest sposób na wydobycie tej potrzeby, a dzięki niej - na odnalezienie prawdy.

Ten sposób jest tak prosty, że większość nie wierzy w to, że może być skuteczny.

Skutki uboczne: historyczno-histeryczna klaustrofobia.

No cóż. Nie należy przejmować się za bardzo. Jak powiedział K., w końcu piszę tylko nicencjat.

Nicencjat z dziennikarstwa.

poniedziałek, 4 stycznia 2010

Historia Polski v. 2.5

Jesteśmy wynarodowieni. My, pokolenie postkomunistyczne, które ocet na półkach zna tylko z opowiadań.

Nie znamy najnowszej historii. Zazwyczaj nie ma nam kto jej opowiadać,
a ci, którzy jednak opowiadają, chcą przekazać swoją wersję. Własną. Wygodną. Jedyną możliwą. Jedyną zapamiętaną. Historię według rozkazu. Historię według przekonania. I nic dziwnego.

Nie ma oficjalnej wersji, nie ma podręcznikowej wypadkowej wydarzeń ostatnich pięćdziesięciu lat. To pole jest do zdobycia. I toczy się walka: o nasze głowy, o naszą pamięć, o nasze sympatie i przekonania.

O naszą tożsamość.

Mówił o tym poprzedni papież, ale został zamieniony na kolejną ikonę współczesności. Trzeba mieć z nim koszulkę, ale nie trzeba czytać jego przestróg przed utratą tożsamości narodowej.

Mamy zakodowane w głowie, że dobre są niemieckie czekoladki, amerykańskie dżinsy, francuskie wino.

Mamy kompleks na tle Zachodu, przeżywamy fascynację Wschodem począwszy od rosyjskich sąsiadów, skończywszy na próbach odnalezienia nowej, bardziej atrakcyjnej religii i filozofii.

Nie znamy polskich bohaterów, ale potrzebujemy ich, więc naszymi bohaterami stają się ci, których widać: popkulturowe wydmuszki kreowane przez media. Pociągają nas ci, którzy krzyczą, wzorujemy się na tych, którzy destruktywnie krytykują. Nie można już o nich mówić, że są kontrowersyjni, bo ich kontrowersyjność spowszedniała i niczym nie zaskakuje. Jednocześnie jesteśmy wraz z naszą ziemią, z naszymi fabrykami, naszymi mediami i naszą moralnością po kawałku sprzedawani.

I nie zależy nam na tym, co tracimy, bo nie wiemy, że tracimy. Bo to się dzieje chyłkiem, milczkiem, za plecami ekip telewizyjnych, wysoko ponad głowami tłumu oklaskującego błaznów od początku przeznaczonych na ścięcie.

Na szczęście jest jeszcze jakieś ale. Składają się na nie ci, którzy mieli mądrych rodziców, nauczycieli, sąsiadów, mistrzów. Chcą znać prawdę, jaka by ona nie była. Wypowiadają wojnę wszystkim z zawodu zajmującym się mydleniem oczu - i nie mam na myśli mediów.
Są wykpiwani, ośmieszani, obrzucani lepkim błotem podejrzeń, ignorowani, uważani za szaleńców. Ale mówią.

Oby nie przestali.

środa, 30 grudnia 2009

Dukaj nie duka

Przeczytałam "Wrońca".

Przeczytałam go jednym tchem, w bożonarodzeniowy poranek.

Dukaj, jak to Dukaj, napisał fantastyczną baśń. Język tej baśni to jakby połączenie tego, co zrobił Lem w "Bajkach robotów" i Leśmian w "Klechdach sezamowych".

Ale to nie jest taka zwykła baśń.

To baśń o nas. O Polakach podczas stanu wojennego. Najwyższego lotu alegoria. Szczyt kunsztu. Wszystko tu jest. Wszystko odpowiada rzeczywistości, przywołuje ją, nawiązuje, pokazuje w literackim lustrze. Im więcej zna się prawdy, tym więcej książka mówi poza słowami.

To baśń słowiańska. Mroczna. Bolesna. Z goryczą i podejrzeniami, które teraz dopiero mogą podnieść głowę. Z kpiną z tego, co było. Ale bez szyderstwa: nie szydzi się z niezabliźnionych ran. Kiedy ją czytałam,
w moim umyśle działa się dziwna rzecz: narracja literacka wywoływała narrację historyczną. Perfekcyjnie zbudowana sieć skojarzeń sprawia, że autor prowadzi czytelnika za rękę do końca, i nie jest to ani trochę happy end z bajek Disney'a rodem.

Dla zachęty dwa dukajowe wynalazki słowotwórcze:

1. Miłypan. W liczbie mnogiej: Milipanci. Z Pałami.

2. Złomot, któremu z hełmu starła się druga i szósta litera.

"Wrońca" nie ma w naszym księgarniano-sieciowym TOP 20. Z tych dwudziestu książek cztery to Kalicińska, dwie - Larsson, czyli skandynawski kryminał, kolejne dwie - wampirza literaturka.

Kasia mówi, że TOP 20 to nie książki, które najlepiej się sprzedają, ale te, których sieć kupiła najwięcej i teraz chce wypchnąć, bo leżą.

Przypuszczam, że ma rację.

Dodatkiem do "Wrońca" jest płyta. Kazik śpiewa na niej dwie piosenki, ułożone przez Dukaja. Oprócz płyty - naklejki w formie w(v)lepek. Wszystko opatrzone hasłem: "Pamiętaj o 13. grudnia".

Patriotyzm?

sobota, 19 grudnia 2009

Teoria spiskowa nr 5 i pół

Uwielbiam teorie spiskowe. Sama hoduję ich kilka. Uważam, że każdy człowiek powinien mieć jedną, a dziennikarze - przynajmniej sześć.

Jedna z moich teorii dotyczy mediów.

Na wszelki wypadek wyjaśnię, czym są media. To bardzo istotne elementy
w organizmie społecznym. Jak wskazuje nazwa, pośredniczą. Pośredniczą
w procesie wytwarzania adrenaliny i są odpowiedzialne za stymulowanie jej produkcji. Współpracują przy tym z organami odpowiedzialnymi za sekrecję.

Stymulowanie produkcji adrenaliny jest wynikiem procesu przekraczania granic. Gdyby dokładniej przedstawić ten proces, wyglądałby mniej więcej tak:

1. Przegląd istniejących granic, gotowych do przekroczenia. Gotowość jest tu bardzo ważna. Jeśli przekroczy się niegotową granicę, medium może zostać usunięte z organizmu.

2. Podbudowanie wybranej granicy, by bodziec stymulacyjny osiągnął odpowiedni próg.

3. Przydział zadań: pierwsza część mediów - tak zwane media pierwotne - zostaje przyporządkowana do pierwszego etapu procesu stymulacji, druga - media wtórne - bierze udział w drugim etapie. Niektóre media przejawiają aktywność na obu etapach procesu, co skutkuje dłuższą regeneracją przed kolejnym włączeniem się w kolejną stymulację.

4. Pierwszy etap: przekroczenie granicy. Jest to zarazem pierwszy odczuwalny skok adrenaliny w społecznym organizmie. Wywołuje on reakcję łańcuchową: pod działaniem adrenaliny społeczne nogi rzucają się do ucieczki, społeczny żołądek odczuwa niestrawność, społeczne oczy dostrzegają zagrożenie, społeczne tętno skacze. Organizm społeczny w tym stanie charakteryzuje się zwiększoną odpornością na ból. Przykład: potrafi wyrwać sobie zdrowe zęby mądrości i nie poczuć.

5. Drugi etap: do działania włączają się pozostałe media. Przekroczona granica zostaje dokładnie wskazana, oznaczona, zanalizowana aż do uzyskania pewności, że wszystkie elementy organizmu społecznego
w procesie imprintingu komórkowego zarejestrowały przekraczalność owej granicy. Stymuluje to ponowny skok adrenaliny. Zbyt duża ilość glukozy we krwi powoduje ogłupienie. Zbyt długie działanie adrenaliny wywołuje uczucia nazywane przez ekspertów zespołem "mogę wszystko".

6. Proces kończy faza REM.

Nie będę przedstawiać przykładów. Są systematycznie publikowane.

W ostatnich latach publikowane są również wyniki eksperymentów niemieckiego profesora Vakktena, który przedstawił ekonomiczny odpowiednik procesu stymulacji adrenaliny za pomocą mediów, tworząc go na polu doświadczalnym. Wśród podobieństw jest na przykład faza REM, która, co ciekawe, występuje dwa razy częściej niż w przedstawionym powyżej procesie biologicznym.

Oto moja biologiczna teoria spiskowa.

A prawda?

Prawda jest pojęciem filozoficznym, a nie biologicznym, i w tym procesie nie ma na nią miejsca.

środa, 29 kwietnia 2009

Teoretycy śledzą praktyków

Z konferencji "News i dziennikarstwo śledcze wobec wyzwań XXI wieku" wróciłam z dwudziestoma stronami notatek, głową pełną pytań, utwierdzona w przekonaniu, że dziennikarstwo śledcze wymaga warsztatu najwyższej jakości, i pozbawiona kolejnych złudzeń.

Teoretycy twierdzą, że dziennikarstwo śledcze jest działalnością dziennikarza, podążającego za informacją, która jest z premedytacją ukryta, bo jest związana z naruszeniem prawa lub moralności. Wskazują na elementy, które odróżniają dziennikarstwo śledcze od reszty.

Praktycy twierdzą na przykład, że nie istnieje dziennikarstwo śledcze; że to, co robią, to dziennikarstwo "wnikliwe". Nie zgadzają się z teoretykami - i, delikatnie mówiąc, nie zgadzają się też między sobą.

Nie znaczy to, że nie można znaleźć punktów wspólnych.
Po pierwsze: warsztat.
O którym nikt nie chce mówić, bo jest - jak w każdym rzemiośle - podstawą do zdobycia zlecenia.

Warsztat określany jest przez samych praktyków mniej więcej tak: "Temat się znalazł na jakimś forum, jakoś dotarliśmy, do kogo trzeba było, i jakoś się udało go zrealizować".
Parafraza może brzmieć tak: elementami warsztatu jest intuicja, znajomość odpowiednich, a jeszcze częściej - nieodpowiednich osób i instytucji, i znajomość odpowiednich artykułów odpowiednich ustaw (oraz orzecznictwa, jak podkreślał dr Kosmus z Gdańska).

Po drugie: osobowość.
Jest niepowtarzalna. Należy do niej umiejętność obserwacji, logiczne myślenie, cierpliwość, dociekliwość, sposób postępowania z ludźmi, prawość i odwaga.

Po trzecie: zasady etyczne, które (jak to trafnie ujęła dr Łoszewska-Ołowska z UW), "czuje się w sobie".

Po czwarte i piąte: poparcie w postaci wydawcy, który zapłaci za proces, oraz upór, który nie pozwala się poddać mimo poniesionych strat i braku oczekiwanych skutków.

Istnieje też kwestia sympatyzowania niektórych dziennikarzy z niektórymi ugrupowaniami, co przekłada się na rodzaj poruszanych tematów i bohaterów dziennikarskich dochodzeń.

Do końca nie wiadomo, kto w Polsce należy do elitarnego grona dziennikarzy śledczych. Na pewno są tam ci, których działalność została uznana przez opinię publiczną za sprawą SDP, Grand Pressów i im podobnych. Nawet, jeśli już po wręczeniu nagrody jednak przegrali proces i po cichu musieli ją oddawać.