Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Smoleńsk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Smoleńsk. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 października 2012

Kłamstwa, kłamstwa



Pani pedagog z Wiązownicy wyraziła na swoim prywatnym profilu swoją prywatną opinię. Napisała mianowicie, że "w homoseksualizmie biorą udział częściowo czynniki genetyczne, ale największe znaczenie odgrywa odpowiednie wychowanie psychoseksualne w domu. Z całą pewnością można go leczyć, a nawet trzeba, bo nikt z tych ludzi nie czuje się prawdziwie szczęśliwym wewnętrznie".

I co?

I od razu Gazeta Wyborcza pisze o homofobii, zmusza kuratorium, żeby zajęło się sprawą, itp,itd, smażąc coraz bardziej sążniste teksty na temat domniemanej nietolerancji.

Czy wypowiedź pani pedagog to przykład homofobii?
Nie.
Homofobia to jednostka psychiatryczna i nie objawia się chęcią niesienia pomocy, lecz raczej wstrętem i chęcią zgładzenia z tego świata, patrz na przykład arachnofobia.
Pani pedagog jest homofobem?
Kłamstwo.
Sytuacja rozwija się tam, gdzie się zaczęła, czyli na FB. Powstaje profil z poparciem dla naszej pani pedagog. Pewien dziennikarz wiadomego organu, którego nazwisko tutaj pominę, by nie robić reklamy, pisze oburzony: "Zamieściła (...) kolejny wpis na temat homoseksualistów i dodała film, jak jeden z amerykańskich naukowców dowodzi, że homoseksualizm można wyleczyć. Dla Haśki tacy profesorowie są "wspaniali"." (pomijam kwestię odmiany nazwiska). Pan dziennikarz w kontrze cytuje oczywiście kilku ekspertów, którzy mówią bardzo mądre rzeczy: że "niestety, polskie szkoły i kadra pedagogiczna nie są w stanie zapewnić warunków do bezpiecznego, wolnego od stereotypów i uprzedzeń środowiska do nauki.", że "według Światowej Organizacji Zdrowia homoseksualizm nie jest chorobą".

Czy homoseksualizmu nie da się wyleczyć?
Kłamstwo.
Świadczą o tym wyleczeni z homoseksualizmu. Niezależnie od opinii WHO.
AIDS do niedawna uchodziła za nieuleczalną, a już jest pierwszy wyleczony.

Z pracownikiem kuratorium rozmawiał jeden z fejsbukowych sympatyków pani pedagog. I okazuje się, że wypowiedzi zarówno dyrekcji, jak osób z kuratorium zostały wyrwane z kontekstu, a sytuacja - wyolbrzymiona.
Postępowanie dyscyplinarne?
Kłamstwo.

Za "Wyborczą" wysoko w rankingu plasuje się "Wprost".



Czytamy w jednym z tekstów, że pan Hartman Jan mówi, iż ateiści są nieustannie obrażani i szkalowani przez Kościół, który oskarża ich o relatywizm moralny. Dalej w tym samym tekście: "Wielu ateistów pozoruje uczestniczenie w życiu Kościoła dla świętego spokoju. Według badań Tyrały prawie co trzeci niewierzący pod wpływem presji bliskich chodzi do kościoła. Prawie 70%  z nich wzięło też kościelny ślub."


Nie wierzę, ale chodzę.
Kłamstwo.

Pani minister-marszałek Kopacz, która ciągle zmienia zdanie w sprawie tego, co się działo w Smoleńsku/Moskwie oraz kto co komu powiedział lub nie.
Ziemia była przekopywana?
Kłamstwo.

Jedną z twarzy palikotowej zdaje się akcji "Ateiści wszystkich miast, łączcie się" została Maria Czubaszek. Pokazuje swoją twarz przy haśle: "Nie zabijam. Nie kradnę. Nie wierzę".
Nie zabijam?
Dwie aborcje?
Kłamstwo.

Nic nie wiedziałem o Amber Gold. Obniżę podatki. Polskim rodzinom poprawiła się jakość życia.
Kłamstwo. Kłamstwo. Kłamstwo.

Listę można ciągnąć i ciągnąć.
Kłamstwo wkrada się do naszej przestrzeni publicznej, a z niej - do przestrzeni prywatnej. W chaosie półprawd nie widzimy już  prawdy, nie potrafimy jej szukać. Nie myślimy logicznie, więc nie widzimy, że słowa-kłamstwa nijak się mają do rzeczywistości, którą opisują.

Kłamstwo szybko staje się naszą drugą naturą - a wtedy wybaczamy je wszystkim, przymykamy oko, udajemy głupich, byle tylko nie musieć się zmieniać, nie pracować nad sobą.
A dopóki my się nie zmienimy, nie zmieni się nic dookoła. I żadne marsze, demonstracje, akcje i kontrakcje, komisje śledcze i afery tego nie zmienią. I już.

Jeśli nie dojrzejemy szybko do społeczeństwa obywatelskiego, którego działanie opiera się na prawdzie, będzie źle. Oj, źle.

Prawda wyzwala - ale wymaga.
Łatwiej być narzekającym na własną bezsilność niewolnikiem kłamstwa.


P.S. Żeby było jasne: szanuję prawdziwych ateistów. Którzy są w stanie normalnie z katolikiem rozmawiać, którzy chcą zrozumieć, poznać, są ciekawi innego. Co innego "walczący ateiści",  którzy okrzyknęli się ateistami tylko po to, by móc walczyć z Kościołem, by mieć kartę w politycznych rozgrywkach. To nie ateizm, to nietolerancyjny antyklerykalizm.Tym państwu już dziękujemy.

piątek, 28 września 2012

Opozycja wykorzystuje

Przy okazji hecy z śp. Anną Walentynowicz, ekshumacjami, oburzeniem rodzin, nieudolnym tłumaczeniem się pani Kopacz, której nawet mi szkoda, gdyż uwierzyła, kiedy "powiedziano jej", że ziemia była przekopywana, i bierze winę na siebie, nie próbując nawet wskazać tego, kto jej tak powiedział - słowem: przy okazji kolejnej odsłony żałosnego spektaklu fundowanego nam za nasze pieniądze odezwały się znowu głosy, że "opozycja próbuje wykorzystać tragedię do celów politycznych".
(Fakt brania na siebie odpowiedzialności przez premiera skomentował fantastycznie Franciszek Kucharczak:  równie dobrze mógłby powiedzieć, że bierze prysznic - ja nic lepszego nie wymyślę, więc bez komentarza).

Wróćmy do wykorzystywania.
Być może moja naiwność przekracza przyjęte normy, ale zawszy wydawało mi się, że napięcie między rządzącymi a opozycją jest rzeczą pożądaną i dla dobra publicznego istotną. I że kiedy władza jest tak nieudolna, że znajdują się niezadowoleni z niej obywatele, których z kolei próbuje "przejąć" opozycja, biorąc się za załatwianie spraw tychże niezadowolonych obywateli, to normalny element politycznej gry.

Wydawało mi się też, że każda partia powinna dążyć do zdobycia władzy - bo do tego właśnie służą partie, a zwłaszcza partia opozycyjna powinna być tym zainteresowana, bo przecież jej opozycyjność wynika z zupełnie innej wizji państwa.

Wydawało mi się, i cały czas mi się wydaje, że jeśli rządząca partia czy koalicja jest na tyle kiepska i słaba, że oddaje opozycji pole, krzyki o "próbach wykorzystania tragedii" tylko potwierdzają tę nieudolność.

O, święta naiwności.
Telewizja mówi przecież co innego.

Zastanawiam się przy tym, co by było, gdyby to obecna opozycja - tuż po wygranych ostatnich wyborach - zaczęła krzyczeć, że takie przejęcie prezydenckiej władzy - choćby i w wyborach - było "wykorzystaniem tragedii do celów politycznych", że obecnie rządzący powinni w ogóle zrzec się udziału w wyborach i pozwolić na wystawienie do prezydentury wyłącznie opozycyjnych kandydatów, skoro taki był śp. prezydent. A ci wszyscy, co to po katastrofie zamiast zwolnienia dyscyplinarnego dostali awans - czy nie skorzystali przypadkiem na tragedii?

Ależ by się od razu podniósł krzyk. Że to dwie różne sprawy, bo przecież państwo zdało egzamin.

Może i zdało, tylko komisja egzaminacyjna była, zdaje się, kupiona.



piątek, 13 lipca 2012

Brzozowi eksperci

Tak, tym razem będzie o Smoleńsku.

Przeczytałam bowiem w nieco nieświeżej "Polityce" (które to czasopismo czytam okazyjnie, ponieważ pieniędzy mi na nie szkoda) wywiad z kolejnym ekspertem od katastrof lotniczych, profesorem Pawłem Artymowiczem.

Wywiad, intrygująco (i niezgodnie z treścią) zatytułowany "Brzoza przegrywa", zdecydowanie daje do myślenia.

Zaczyna się wiarygodnie. Bohater wywiadu przedstawiony jest jako fizyk i pilot. Paskudna Wikipedia podpowiada co prawda, że jest astrofizykiem, który zajmuje się, cytuję, "badaniami nad pochodzeniem i ewolucją gwiazd powdójnych i układów planetarnych, dynamiką dysków astrofizycznych" oraz m.in. fizyką pyłu międzygwiazdowego. Jak z Lema. Ale umiejętności dokonywania obliczeń są pewnie uniwersalne. W końcu fizyka to fizyka.

Dowiadujemy się po kolei, że Artymowicz poczuł się jako Polak i pilot dotknięty tragedią smoleńską i spróbował swoich sił w wyjaśnianiu zagadki tupolewa. Zaczął od krytyki obliczeń Biniendy. Krytyka brzmi logicznie i naukowo - może dlatego, że przeciętny humanista nie jest w stanie stwierdzić, czy Artymowicz ma rację, czy nie. Niech więc ma. Dodaje do tego, że Binienda nie chce się spotkać w dyskusji oraz upublicznić danych wyjściowych użytych do obliczeń. I że nie on jeden uważa te obliczenia za nierzetelne. Wszystko, co (naukowego) mówi potem Artymowicz, jest logiczne. Wreszcie jakieś argumenty przeciwko zamachowi i za brzozą, by tak rzec. Że duraluminium, że aluminium w brzozie, a brzoza na skrzydle.

Gorzej z warstwą "polityczną" wywiadu. Otóż nasz bohater przyznaje niejako, że Binienda łamie standardy nauki, i stawia go w bardzo złym świetle, opisując jego niechęć do spotkania się z krytyką. Cóż - wiadomo, że świat naukowy nigdy nie był zgodny i jednorodny, więc i to można zrozumieć.

Później Artymowicz dodaje, że jego wyniki są zgodne z wynikami komisji Millera i jej scenariuszem przebiegu wydarzeń. Brzmi nieco dziwnie, ale skoro naukowcowi tak wyszło, cóż innego może powiedzieć.

Najgorzej niestety wypada końcówka wywiadu. Otóż nasz astrofizyk twierdzi, że przyczyną tragedii były przede wszystkim... błędy pilotów.
"Nie ma na świecie pilota, który nie potrafiłby zatrzymać opadania sprawnego samolotu na żądanej wysokości. Moja prywatna interpretacja jest taka, że z jakichś względów piloci dopuścili się przekroczenia bariery bezpieczeństwa. Prawdopodobnie chcieli zobaczyć ziemię". I dalej: "Problemem była współpraca załogi".

A jeszcze dalej - kluczowe zdania:

"Ponadto, jak wiemy, w kokpicie znajdowało się za dużo osób, co przeszkadzało. Najwyraźniej zbyt wiele zadań spadło na majora Protasiuka. (...) nie wykluczam też też pewnych odstępstw od procedur po stronie Rosjan.Ale ich ewentualne błędy na pewno nie były zasadniczą przyczyną tragedii".

Z Pawłem Artymowiczem rozmawiał Marcin Rotkiewicz. Myślicie, że zapytał o "na kursie i ścieżce"?
Ależ skąd

Sam bohater wywiadu pisze na swoim blogu:  "mam wysoki indeks Hirscha h=25 oraz 4.1 razy wiecej cytowań na pracę niż średnia w mojej dziedzinie - fizyce. Całkowita liczba cytowań przekracza 2700. Dla porównania, prof. Binienda mial w 2011 dużo niższy wskaźnik h=8 oraz 1.18 razy średnia liczbę cytowań na pracę, w dziedzinie inżynierii. dr Nowaczyk ma w porównaniu ze mną b. mały samodzielny dorobek naukowy". To też daje do myślenia.

Więc co mam o tym wszystkim myśleć?
Dlaczego mam uznać badania jednego naukowca za dobre, a innego za złe, bo tak mówi jeden lub drugi naukowiec?
Skąd mam wiedzieć, który z nich dąży do prawdy, a który - nie? Albo z jakim przedzałożeniem, zaciemniającym obraz, próbują jej dowieść?
Jak mam znaleźć sens w kolejnych badaniach, symulacjach, doniesieniach i wywiadach, jeśli nie mam pojęcia o fizyce i zagadnieniach lotniczych, a żaden z ekspertów nie wydaje się bezstronny?

Jak się domagać dochodzenia do prawdy, a nie do wersji wygodnej dla którejkolwiek ze stron?

I co z nielogicznością teorii głoszonych przez środowiska prorządowe? Przecież one się zmieniają co chwila, nagłaśniane przez media. Są niespójne i niekonsekwentne, i co chwilę wywołują sprzeciw kogoś z bliskich, którym chyba najbardziej na prawdzie zależy.

I ostatnia rzecz, która męczy mnie najbardziej: czy w każdej sprawie, która budzi wątpliwości, rząd postępuje tak jak w sprawie Smoleńska?

Bo zaczynam się obawiać, że tak.


poniedziałek, 3 maja 2010

Wszyscy jesteśmy... manipulowani

Smoleńsk wciąż nie wychodzi ludziom z głów.
Media ciągle wracają do tematu.

Mnożą się podejrzenia, podziały ponad jednością. W zasadzie nie wiadomo, co było prawdziwe: ten ogólnopolski płacz nad trumnami, czy natychmiastowy powrót do starych politycznych kłótni.

Jak bardzo - albo jak mało prawdziwe jest to, o czym media mówią teraz? Ciekawe, czy nasze zmanipulowane pokolenie, zdumione sprawą zdjęć prezydenta, zastanawia się nad tym.

Niektórzy żałują, że nasza narodowa jedność trwała tak krótko, była tak nietrwała.

Ale przecież nic w tym dziwnego. Polityka zawsze dzieli. Musi dzielić, gdyby nie dzieliła, oznaczałoby to, że coś jest nie w porządku. Polityka bierze się z poglądów; naszych, konkretnych, jednostkowych poglądów. Poglądy biorą się z naszych przekonań, z hierarchii wartości, z kwestii, w których niemożliwy jest kompromis.

Tylko media próbują nas przekonywać, że powinno być inaczej.

A może tylko mi się wydaje?

A wydaje mi się wiele rzeczy. Zwłaszcza w tych sprawach, którymi bliżej się nie interesuję. Wydaje mi się, że to, co słyszę, czytam, oglądam - jest prawdziwe. Chociaż nie potrafię podać żadnych racjonalnych argumentów.
Gdzieś z tyłu głowy słyszę szepty: że PiS to zestaw oszołomów, SLD nie jest takie złe, lepsi skorumpowani lobbyści niż faszystowski prawicowy IPN, a Komorowski jest najlepszym kandydatem na prezydenta. Geje są w porządku i należy im pozwolić, na co mają ochotę, a nie przezywać od pederastów. Kościół zamiata pod dywan, każdy proboszcz jeździ mercedesem, a biskupi - no, wiadomo co. Papież jest zbyt konserwatywny, feministki prześladowane, Tusk prowadzi racjonalną politykę przyjaźni z Rosją i mamy świetnych dziennikarzy śledczych.

Tak a propos - lepszy tydzień temu odbyła się w Genewie szósta światowa konferencja dziennikarstwa śledczego.

Poza Stanami i większością ustabilizowanych państw Zachodu, przyjechali dziennikarze śledczy z Nigerii, Ghany, Iraku, Jemenu, Serbii, Bośni i Hercegowiny, Wietnamu, Panamy, Chin, Meksyku, Pakistanu, Ukrainy, Słowacji, Salwadoru, Kongo, Kenii, Somalii,Ugandy, Paragwaju, Ekwadoru i Albanii.

Gościem specjalnym był Roberto Saviano.

Z Polski nie było nikogo.
I nie przypuszczam, żeby nieprzekraczalną barierę stanowił język.

sobota, 17 kwietnia 2010

Dziewięć

M.M. napisał w piątek: OSIEM i PÓŁ.

Czwartek, 16.45. Przed kurią paru znudzonych protestantów z dużym stażem. Nie mają widowni, transparenty z surrealistycznymi napisami oparli o mur. Przeklinają od niechcenia Żydów i może jeszcze kogoś. Przechodzę szybko, mijam wtopionych w grupkę dwóch 15-latków. Im się nie spieszy, zresztą do czego, jak 'są niezłe jaja' (pobłażliwe uśmiechy na twarzach), a do tego szansa na minute sławy.
TVN już tu był, satelita TVP jeszcze stoi naprzeciw.

Poza tym:

W. milczy.

Milczy też T., szkoda, bo obu posłuchałabym chętnie.

Dzisiaj o 8.40 jesteśmy z K. na Grodzkiej, stajemy w kolejce po bilety na pogrzeb. Okropnie to brzmi, bilety. Jak na widowisko. Może i tak.

Kolejka do Senackiej, a potem aż do Piotra i Pawła, i dalej. Tego końca już nie widzimy. Pierwsi są od piątku, od 22.00 - tak mówi kolejka. Zaprawieni w bojach po bilety, wzięli śpiwory i karimaty.

Stoimy w kolejce ekspertów.

Za nami para - chłopak tłumaczy swojej dziewczynie świat. W sposób nie znoszący sprzeciwu. Mówi, i mówi. Jej to najwyraźniej nie przeszkadza.

O 8.56 - dzwony, syreny.
- No, wtedy zginęli - mówi kolejka.

Bilety będą rozdawane od 10.00, ma być ich 10 tysięcy. Jeszcze na Jana rozdają. Ale tu, w pawilonie Wyspiańskiego, pewnie będzie połowa.
- Nie, dwa tysiące mają być - poprawia ktoś inny od razu.

Idę po gazety, wszystkie dzienniki, nawet "Fakt". W Krakowskiej - mapka z sektorami. Potem kolejkowi sąsiedzi będą pożyczać ode mnie tej gazety z mapką.

O 9.20 dociera do nas lista. Że idzie, wiadomo, od kiedy przyszliśmy. Idzie od czoła kolejki, idzie powoli, nikt nie wie, skąd się wzięła, ale każdy woli się wpisać, na wszelki wypadek. W końcu dochodzi na odległość wzroku. Facet stojący z sześć osób wcześniej położył listę na dachu parkującego samochodu i wpisuje, wpisuje, wpisuje. Zaczyna się niepokój: którzy będziemy na liście? Wejściówek jest dwa tysiące, każdy może wziąć podwójną, który będziemy mieć numer? Jeśli niższy niż tysiąc, dostaniemy. Kolejka stoi i się niepokoi.
Facet wpisuje.
Przychodzi właścicielka samochodu, czeka cierpliwie, aż facet się zorientuje, a on dalej wpisuje. W końcu ktoś go szturcha, wpisał wszystkich, lista idzie dalej. Pani wyjeżdża z Grodzkiej.
Mam numer 545.

Sąsiedzi uspokajają się.
- Do nas zejdzie z tysiąc biletów, czyli my wejdziemy. Gorzej z tymi na końcu - kiwa głową chłopak-wyjaśniający-świat.

Starsza pani za nim dzwoni.
- Wiesz, mam numer 459. Raczej nie braknie.

Lista powstaje na kserówkach rozdziału zatytułowanego "Wprowadzenie do teorii pamięci".
Lista po bilety na pogrzeb Prezydenta.
Ktoś mówił coś o znakach?

Kolejka odrobinkę się przesuwa, i jeszcze, i jeszcze. Stoimy teraz pod barem mlecznym na Grodzkiej. Zimno. Słońce jeszcze tu nie zagląda, ozłaca tylko szczyty kamienic. Coraz więcej ludzi idzie po gorącą herbatę z cytryną. W kolejce sporo par, średnia wieku - najwyżej trzydzieści. Sami młodzi, a mają odruchy kolejkowe, o których opowiadała mi mama.
Skąd?

Przed dziesiątą przez Grodzką od Wawelu jadą ciężarówki z płotkami. Potem policjanci przechodzą wzdłuż kolejki, wołając "Proszę ustawić się pod ścianą". Dobrze, że ta średnia wieku taka niska. Może nawet mniej niż trzydzieści.

O 10.00 kolejka zaczyna się niespokojnie poruszać. Na razie - na boki. Przecież powinni już rozdawać. Czemu się nie przesuwamy. Ktoś idzie na zwiady, i następny ktoś, i następny, i następny. Potem zwiadowcy meldują, co widzieli, swoim współstaczom. Po cichu.

O 10.20 jesteśmy przy Poselskiej.

Kolejka ma już dobry humor. Będą bilety. Teraz ci, którzy potrzebują więcej, próbują znaleźć tych, którzy potrzebują tylko jednego. Negocjacje, umowy ustne.

na początku Grodzkiej, przy placu Wszystkich Świętych, podnośnik. Robotnicy będą dekorować ulicę flagami, rozwieszą je, jak zawsze, pomiędzy kamienicami. Potem jakaś dziewczynka zapyta mamę: a te biało-niebieskie to jakie? Dwóch fotoreporterów ugadało operatora podnośnika i wjeżdża na górę, nad tłum, błyskają ich flesze, prawie słychać szybkostrzelne migawki.

Spekulujemy: PAP? Ktoś lokalny?

Harcerka idzie wzdłuż kolejki. Pyta, czy ktoś stoi po zielone bilety. A jakie to, zielone? Dla kogo? To jest zielona strefa? W telewizji nie mówili. Nikt się nie rusza z miejsca.

Policja ustawia metalowe płotki, płotki uderzają z brzękiem o chodniki. Kolejka między ścianą i płotkami. Nikt z zewnątrz nie może wejść. Próbuje jakiś starszy facet, wygląda nie bardzo, wymachuje dowodem. O, ja stałem za panią! Za tą panią! Pani jest starsza, może nie pamięta - ależ pamięta. Nie stał. Kolejka pomrukuje pod nosem, z pogardą. Nie stał. Nie stał.

O 10. 45 wychodzimy z kolejki, między paniami od biletów w okienku z lewej, a prasowym murem z prawej. Prasa nie pyta, kamery kręcą, fotoreporterzy pstrykają, ale już bez zapału, już wystarczy.

A potem:

"Sprzedam swój czas, który poświeciłem na stanie w kolejce po wejściówkę do szarej strefy na uroczystości pogrzebowe Pary Prezydenckiej gratis dodaje bilet na pogrzeb"

Albo o Katowicach:

"Katowice: Gigantyczne kolejki po bilety na pogrzeb Kaczyńskich. Ludzie stali nawet 2 godziny."

środa, 14 kwietnia 2010

Siedem

Jechaliśmy tramwajem na mszę akademicką w intencji ofiar.

W tramwaju młoda blondynka rozmawiała przez telefon. Mówiła z oburzeniem do kogoś po drugiej stronie: "I zaczęli się zastanawiać na radzie, czy nie powinni iść na pogrzeb w togach".
Była najwyraźniej pracownicą jednej z krakowskich uczelni.

A potem skomentowała to wszystko: "To już przesada!"

No, nieźle.

Prezydent - najwyższy urzędnik państwowy.

Pracownicy uczelni - państwowej, a więc również urzędnicy państwowi.
I togi to przesada?

"On na to nie zasłużył" - mówi większość, a przynajmniej tak mówią media.

Ale nie mówimy przecież o cnotach moralnych zmarłego Prezydenta, tylko o tym, że był prezydentem. W służbie narodu.

Ktoś napisał: "Nie był najważniejszą osobą w państwie, tylko najważniejszym urzędnikiem w państwie. Trzeba te rzeczy rozróżniać."

Na bardzo popularnym ostatnio portalu społecznościowym zaraz po tym, jak do mediów przeniknęła plotka o możliwym pochówku na Wawelu, zrobił się huk.

W ciągu kilku godzin powstało przynajmniej sześć grup, które w mniej lub bardziej kulturalny sposób wyrażały swoje zdanie. A raczej - swoją niezgodę.

Nawet niewiele ponad cztery setki osób poszło pod okno papieskie (które, jak słusznie zauważył M.M., zaczyna powoli zamieniać się w Hyde Park), i tam stało transparentami do kamer TVN, szczerząc litery do Polski przed telewizorami.

"Czy na pewno godzien królów?" - to chyba najlepsze z haseł.

No właśnie. Jakby się tak zastanowić, któż tam leży, wychodzi na to, że Prezydent był zdecydowanie zbyt porządny.

I cała Polska zajęła się burzliwymi dyskusjami, że sobie pozwolę na taki eufemizm. Powinien? Nie powinien? Co za pycha! (Ciekawe, czy tym od pychy było łyso, jak już podali, że to nie był pomysł brata).

Jak zauważył S., GW nie omieszkała skomentować. "Wawel podzielił Polaków".

Jakby mała różnica zdań oznaczała rychłą budowę muru.

Nasz klasyczny spór o miedzę. Nic niezwykłego. Musimy udowadniać sobie i innym dookoła, że mamy rację. RACJĘ. A jeszcze bardziej - że inni jej nie mają. Bo przecież MY ją mamy.

A może tak jest tylko w internecie, społecznym śmietniku, kryminale i psychiatryku. W rozmowach na żywo wszyscy starają się unikać konfliktów.

Tak nie może dłużej być.

Kiedy tylko skończy się żałoba, biegnę do producentów z projektem małego zestawu do automanipulacji. Coś trzeba z tym zrobić.

niedziela, 11 kwietnia 2010

Sześć

Rozmawiałam z Asią.

Zginęli w wigilię Niedzieli Miłosierdzia.
W liturgiczne wspomnienie Jana Pawła II.
Lecieli na mszę, więc przynajmniej część była do niej duchowo przygotowana.
Mieli na pokładzie duchownych: katolickich, ewangelickiego, prawosławnego.

Owszem. Trzeba się za nich modlić, za niektórych szczególnie. Ale śmierć nie jest końcem.

A my o tym zapominamy.

Nie jest końcem, jest początkiem zupełnie nowych rzeczy, i jeśli szło nam dobrze, o wiele piękniejszych.

Ich śmierć zaowocuje. Już owocuje.
Lecieli do zmarłych, dotarli do żyjących.
Jak powiedział podczas nabożeństwa żałobnego - jednego z wielu - pewien ksiądz, którego nazwiska nie usłyszałam: pan prezydent wraz ze swoimi generałami trafił wprost na niekończącą się defiladę w niebie.

X.Gancarczyk: To, co miało być ukryte, zostało rozgłoszone na dachach.

Oczywiście, mnóstwo przy tym pytań z gatunku "zbiorowo załamujmy ręce nad tragedią".

"Dlaczego ich to spotkało? Mieli dzieci, niektórzy małe, mieli rodziny, mieli obowiązki, byli niezastąpieni."

Jak płaczki.

"Nie płaczcie nad nimi, ale nad sobą".

Prezydent powiedział kiedyś, że wszystko, co go dobrego w życiu spotkało, przyszło z zaskoczenia.

A śmierć zawsze przychodzi w najlepszym momencie. Tu nie ma pomyłek. Tylko my mamy ograniczone pole widzenia.

sobota, 10 kwietnia 2010

Pięć

Egoizm.

Zostaliśmy bez władz.
Zostaliśmy w szoku.
Zostaliśmy jak staliśmy, z dobrodziejstwem konstytucyjnego inwentarza.

A zastanawialiście się, jak to jest spłonąć w samolocie?
Jak to jest - dowiedzieć się o TAKIEJ śmierci rodziców? Brata? Żony? Męża? Babci? Dziadka?

Identyfikacja potrwa sześć tygodni.
Wcześniej zaczną krążyć głupie dowcipy.

Jaka to potworna śmierć.

A ci, którzy zostali, kiedy się dowiedzieli? Jak?

Z radia? Z telewizji? Zanim zadzwonił do nich marszałek? Potem włączyli, w sam raz na obrazki z katastrofy?

To się w ogóle dzieje naprawdę?

Cztery

Teorie spiskowe.

Same się nasuwają, mamy wszyscy jedno wielkie, narodowe skojarzenie.

Teoria numer 1.

Samolot spadł na terenie rosyjskim. FSB sprząta. Wcześniej była sprawa Gruzji. Identyfikacja w Moskwie. Dziennikarze won.

Wniosek: wszystko wskazuje na to, że Rosjanom było na rękę. Wygodnie. Wszyscy za jednym zamachem. Ot, taka zwykła bezczelność.

Teoria numer 2.

Wszystko wskazuje na Rosjan. Aż za wszystko. Skrzywienie zawodowe: jako czytacz kryminałów węszę podstęp. Kiedy wszystkie poszlaki wskazują na kogoś, jest niewinny.
Ale: zdarza się, że winny ściąga na siebie w sposób oczywisty podejrzenia, żeby się wybielić i odwrócić tym od siebie uwagę.


Teoria numer 3.

Rosjanie pomagają, składają kondolencje, ułatwiają transport, pomagają w identyfikacji, prezydent oddelegował premiera do przewodniczenia komisji śledczej. Są naszymi przyjaciółmi.

Teoria numer 4.

Co i dla kogo było tak cenne, że aż warte śmierci 96 osób?

Teoria numer 5.

Sami sobie zgotowaliśmy ten los. Wpakowaliśmy wszystkich do jednego samolotu. A samolot był jaki był, sprawdzony od ogona po dziób, ale awaryjny. Nie on pierwszy. Ale z nas ... .

Ekspert od teorii przebywa aktualnie poza granicami kraju.

Przypominają się filmy sensacyjne, które zaczynają się od tego, że ginie rząd.

A co jest w nich potem?

Co będzie?

Trzy

Pamiętacie z dzieciństwa klocki - układankę? Klocki w kształcie sześcianów, na każdym boku fragment innego obrazka. W efekcie - sześć różnych obrazków,
w zależności od tego, jak się ułoży.

Teraz jest sporo klocków.

Droga z Okęcia na śmierć - w 70 rocznicę obchodów katyńskiej masakry.

Liturgiczne wspomnienie Jana Pawła II.
Sobota w oktawie Wielkanocy, przed Niedzielą Miłosierdzia.

Anna Walentynowicz na pokładzie.

Janusz Kurtyka na pokładzie.

Katastrofa w Smoleńsku, na terenie Federacji Rosyjskiej. Na terenie operacyjnym FSB.

Piloci, którzy trzy razy podchodzili do lądowania.

Wszyscy dowódcy wojskowi w jednym samolocie.

FSB rekwirująca wszystkie notatki i nagrania i trzymająca dziennikarzy daleko.

Gruzja.

Sprawdzony od kół po dach samolot.

Putin szefem komisji.

Przyspieszone wybory.