Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennikarstwo śledcze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennikarstwo śledcze. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 listopada 2011

To już jest koniec

Koniec studiów, znaczy.

I koniec zabawy z pracą licencjacką, w związku z którą dużo zawdzięczam wielu różnym osobom, których nie będę tu wymieniać z nazwiska, bo co im będę obciach robić.

Zabawa, swoją drogą, byłą przednia. Jako że robiłam wywiady, a wywiady zawsze dają dużo radości.

Gdy się na przykład jedzie do innego miasta w takim stresie, że przez pierwsze pół godziny wywiadu nie rozumie się ani słowa z tego, co mówi rozmówca.

Gdy się nagrywa wywiad na dwa (DWA!) dyktafony i na sam koniec świetnej rozmowy odkrywa się, że ani jeden nie był włączony jak należy. Po czym biegnie się do domu z wywiadem w głowie i spisuje się, co było. Dzięki czemu wychodzi skondensowane kilka stron zamiast szesnastu. (Akurat w tym przypadku nie mam do siebie pretensji, gdyż to nie był pierwszy wywiad z tym dziennikarzem już-nie-śledczym i zawsze miałam kłopot ze sprzętem, w dodatku podobno nie ja jedna.)

Gdy się spieszy na wywiad, umówiony w pewnej krakowskiej knajpie, która znajduje się na Gołębiej i ma naprawdę strome schody. I gdy się z tych schodów spektakularnie zjeżdża na kolanach wprost przed stolik jedzącej frytki dziewczyny. Dziewczyna z przerażeniem w oczach obserwowała ową ekwilibrystykę, a ja otrzepałam rajstopy i upewniłam się, że mój rozmówca nie był świadkiem tej kompromitacji. Uff.

Gdy się czeka w poznańskiej redakcji Wyborczej. Recepcjonistka zerka na mnie zezem, a zaraz potem spod byka, gdy pytam o szefa jednego z działów. Próbuje połączyć się z biurem na górze (nikogo nie ma). W tym czasie (kwadrans) poczta głosowa mojego rozmówcy zapycha się. I nie wiem w końcu, kiedy panienka z recepcji jest bardziej zdumiona: kiedy informuję ją, że prywatnej komórki też nie odbiera, czy kiedy spóźniony dziennikarz wpada do redakcji i bez słowa zabiera mnie na górę. W końcu spóźnił się tylko godzinę.

Reszty nie opowiem. Coś muszę przecież zostawić dla wnuków.

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Sensacja na wakacjach

Pojechałam na weekend w góry, zapomniawszy telefonu po raz pierwszy, odkąd go mam, co mi tylko posłużyło. Żeby jednak nie odpoczywać tak do końca, kupiłam po drodze nowy pomysł Wydawnictwa G+J, podłączony pod Focusa.

Pomysł ma tytuł "Śledczy" i jest kolorowym, stustronicowym magazynem dla łowców sensacji. Pierwszy numer wyszedł 30 lipca.

Kupiła go od razu, bo widziałam zapowiedzi, w których padło hasło "dziennikarstwo śledcze" oraz kilka nazwisk: na przykład Pytlakowski i Sumliński obok siebie. Zaintrygowało mnie zwłaszcza to połączenie. Oraz pomysł stworzenie magazynu dziennikarzy śledczych. Dwumiesięcznika, tak na marginesie. Przecież przeprowadzenie dziennikarskiego śledztwa trwa, oj, trwa. Więc ten dwumiesięcznik to tak odważnie, kwartalnik byłby może lepszy - myślałam.

A potem zajrzałam do środka.

Magazyn podzielony jest na część krajową i zagraniczną.

W krajowej:

Wojciech Sumliński - o polskiej mafii. Prószkowskiej.
Piotr Pytlakowski - o willi "Dziada".
Leszek Kraskowski tworzy autorski spis afer polskich.

W zagranicznej:

Igor Miecik o śmierci Iwankowa
Artur Górski o litewskim Daktarasie
Bogusław Wołoszański o sekcji Kennedy'ego.

Poza tym naukowe nowinki kryminalne, przegląd zdjęć z Brazylii, czarno białych, by zmniejszyć poziom drastyczności, trochę o literaturze, kinie i grach komputerowych oraz felieton na koniec.

Dużo zdjęć i obrazków.

Efekt końcowy: odmrażane krwiste steki podlane sensacyjnym sosem. To, co lubimy najbardziej. Elegancko podana sensacja dobrej marki. Wiarygodna. Fakty, a nie "Fakt".

Nie obstawiam, ile wyjdzie numerów, bo ostatnio obstawianie mi nie wychodzi.

poniedziałek, 3 maja 2010

Wszyscy jesteśmy... manipulowani

Smoleńsk wciąż nie wychodzi ludziom z głów.
Media ciągle wracają do tematu.

Mnożą się podejrzenia, podziały ponad jednością. W zasadzie nie wiadomo, co było prawdziwe: ten ogólnopolski płacz nad trumnami, czy natychmiastowy powrót do starych politycznych kłótni.

Jak bardzo - albo jak mało prawdziwe jest to, o czym media mówią teraz? Ciekawe, czy nasze zmanipulowane pokolenie, zdumione sprawą zdjęć prezydenta, zastanawia się nad tym.

Niektórzy żałują, że nasza narodowa jedność trwała tak krótko, była tak nietrwała.

Ale przecież nic w tym dziwnego. Polityka zawsze dzieli. Musi dzielić, gdyby nie dzieliła, oznaczałoby to, że coś jest nie w porządku. Polityka bierze się z poglądów; naszych, konkretnych, jednostkowych poglądów. Poglądy biorą się z naszych przekonań, z hierarchii wartości, z kwestii, w których niemożliwy jest kompromis.

Tylko media próbują nas przekonywać, że powinno być inaczej.

A może tylko mi się wydaje?

A wydaje mi się wiele rzeczy. Zwłaszcza w tych sprawach, którymi bliżej się nie interesuję. Wydaje mi się, że to, co słyszę, czytam, oglądam - jest prawdziwe. Chociaż nie potrafię podać żadnych racjonalnych argumentów.
Gdzieś z tyłu głowy słyszę szepty: że PiS to zestaw oszołomów, SLD nie jest takie złe, lepsi skorumpowani lobbyści niż faszystowski prawicowy IPN, a Komorowski jest najlepszym kandydatem na prezydenta. Geje są w porządku i należy im pozwolić, na co mają ochotę, a nie przezywać od pederastów. Kościół zamiata pod dywan, każdy proboszcz jeździ mercedesem, a biskupi - no, wiadomo co. Papież jest zbyt konserwatywny, feministki prześladowane, Tusk prowadzi racjonalną politykę przyjaźni z Rosją i mamy świetnych dziennikarzy śledczych.

Tak a propos - lepszy tydzień temu odbyła się w Genewie szósta światowa konferencja dziennikarstwa śledczego.

Poza Stanami i większością ustabilizowanych państw Zachodu, przyjechali dziennikarze śledczy z Nigerii, Ghany, Iraku, Jemenu, Serbii, Bośni i Hercegowiny, Wietnamu, Panamy, Chin, Meksyku, Pakistanu, Ukrainy, Słowacji, Salwadoru, Kongo, Kenii, Somalii,Ugandy, Paragwaju, Ekwadoru i Albanii.

Gościem specjalnym był Roberto Saviano.

Z Polski nie było nikogo.
I nie przypuszczam, żeby nieprzekraczalną barierę stanowił język.

środa, 28 kwietnia 2010

Zawód

Szukając w naszym wspaniałym internetowym śmietniku szczegółów historii polskiego dziennikarstwa śledczego, znalazłam taką oto edukacyjną ofertę.

Jedna z warszawskich szkół - nota bene, dla menedżerów - oferuje podyplomowe studia dla dziennikarzy śledczych.

Jak piszą organizatorzy, "celem studiów jest umożliwienie absolwentom studiów wyższych oraz dziennikarzom śledczym poszerzenia wiedzy z zakresu dziennikarstwa śledczego".

W programie: kryminalistyka, kryminologia, psychologia i socjologia kryminalistyczna, wiktymologia.

I dużo ćwiczeń.

Dwa semestry, zaocznie, jedyne 2800 za semestr, plus wpisowe - 250 zł.
To nieco więcej, niż trzeba za podyplomowe studia z dziennikarstwa śledczego zapłacić we Wrocławiu.

To się nazywa odpowiedź na potrzeby rynku.

O kadrze tylko tyle: "wybitni eksperci, praktycy w zakresie sztuki dziennikarskiej".

Mnie najbardziej interesują te ćwiczenia praktyczne. Ciekawe, czy szkoła organizuje jakieś małe mafie do rozbijania, afery do śledzenia, przekręty do wyciągania na pierwsze strony? Może mały kurs wyciągania informacji od prokuratury?


Na pewnym forum prawniczym ktoś skomentował to tak:

"Dziennikarz śledczy" to taka figura stylistyczna, nic więcej. No i dobry pomysł na ściągnięcie rzeszy studentów"

i tak:

"Tak na serio to studia podyplomowe ale powiedzieli mi że jak nie mam matury ani mgr mogę też iść bo dużo tam się płaci a kasy potrzebują"

A w pakiecie z dyplomem zapewne niezbędnik dziennikarza śledczego - kontakty do prokuratorów, przestępców, informatorów. Im wyższa średnia, tym lepsze kontakty. Do wglądu redaktora naczelnego, który zechce zatrudnić wyedukowanych dziennikarzy śledczych.

Na tych, co odwalali czarną robotę bez dyplomu, powinien paść blady strach. Teraz ci dyplomowani wyprą ich z rynku. Na pewno, bo warszawska szkoła jest w stanie wyprodukować 20 śledczych rocznie. A jak jeszcze dojdą ci z Wrocławia...

poniedziałek, 15 marca 2010

Wirtualny ptaszek

Gazeta Krakowska w osobie Bartosza (nomen-omen) Piłata osądza dzisiaj pewien popularny w niektórych kręgach krakowski portal internetowy. Te kręgi to głównie praktykanci i stażyści. Oraz kilka dużych nazwisk, piszących ostatnio blogi.

Portal jest rozległy, obejmuje wiele działów zbyt luźnym uściskiem, by można było mówić o trzymaniu ich w ryzach. Coś jak za duży kawałek tortu.

Bartosz Piłat wnikliwie wyłapał newsa z maja zeszłego roku; to ogłoszenie o poszukiwaniach. Poszukuje się mianowicie dziennikarzy śledczych.

Niezły dowcip, co? Szukać dziennikarzy śledczych przez internet. Zdaje się, że już o tym pisałam, ale temat wciąż zabawny.

Oczywiście, nie pracowaliby sami, ale pod wiadomymi opiekuńczymi skrzydłami jednego z dobrych duchów redakcji. Definicja dobrego ducha jest prosta: stać go na przyjacielski wolontariat.

"Jedynym kłopotem w rozwoju tego portalu jest fakt, że na razie nie oferuje on dobrych pieniędzy. Musi więc bazować na wolontariuszach" - mówi inny dobry duch.

Śliczne. W maju zeszłego roku oparłam się pokusie zdobycia informacji o wysokości pensji dziennikarza śledczego w rzeczonym portalu.

Wtedy zresztą, i trochę wcześniej też, po tym znanym krakowskim portalu jak po łysej kobyle jeździła Wyborcza głosami swoich czytelników, puszczając na forum wodze ogólnopraktykanckiej złośliwości. Nic dziwnego, jest prawicowy. Teraz "Krakowska" odwala swój kawałek roboty.
Słyszałam kiedyś plotki o dziennikarskim dochodzeniu (ani GW, ani GK), które miało zaowocować rozchwytywanym reportażem o złym traktowaniu niewolników, przepraszam, pracowników portalu. Słyszałam też, że z uwagi na koszty procesu na upadło dość szybko. Można by rzec - poroniony pomysł; umarł, zanim się narodził.

Założenia portalu były dobre, a momentami nawet wzniosłe. Szczytne idee. promocja wartości odpowiednich, rzecz jasna. Realizacja założeń utykała, ale przedsięwzięcie dalej żyje. W internecie, a przede wszystkim w pamięci tych, którzy zrobili tam bezpłatny trzymiesięczny staż trwający sześć miesięcy. I tych, którzy dostali propozycję współpracy, a potem usłyszeli stawkę.

Gwoli ścisłości, ja też robiłam ten staż. Gdyby wyliczyć średnią, wyszłoby 8.33 za tekst. To i tak lepiej niż 2,50. Za 8.33 można zjeść pyszne calzone na rogu Grodzkiej i jeszcze zostają 33 grosze.

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Nicencjat

Rzeczywistość ostatnimi czasy zaczęła być naprawdę ciekawa.
Coraz więcej interesujących faktów łączy się w całość, tak jakby szkiełka, kamyki, piórka, kawałki sznurka, zapisane do połowy karteczki zaczęły nagle przypominać układankę, chociaż wcześniej były tylko przypadkową zbieraniną. Coraz więcej jest rzeczy dających do myślenia.

A z układanki powoli wyłania się obrazek. I nie są to konie galopujące po zielonej trawie, ani francuskie zameczki nad Loarą, ani wielbłąd na pustyni.
Ten obrazek jest o wiele mniej optymistyczny.

Ale nie znaczy to, że nie składają się na niego elementy zabawne.

Do takich zabawnych można zaliczyć telewizyjną reklamę Wyborczej:

"Obniżki emerytur dla pracowników służb PRL.
Niższe renty dla wdów po oficerach.
Dowiedz się, jak odzyskać swoje pieniądze"

Ładne, prawda?

Być może przyczyna istnienia tej układanki leży w temacie, którym się beztrosko zajęłam, zapominając o naszym lokalnym, skomplikowanym układzie historyczno-politycznym.

Dla przypomnienia przeczytałam "Dolinę Nicości". Nie najlepsza rzecz
w karnawale, należało zostawić ją sobie na Wielki Post.

Dla rozrywki czytam też powieść w odcinkach, publikowaną na blogu jednego z naszych dziennikarzy. Powieść jest przeplatana niepowieściowymi historyjkami z życia, i zdarza się, że ich bohaterzy odzywają się do autora w komentarzach. Ale ubaw.

Blogów w ogóle jest więcej, i tylko czekam, aż niektóre znikną, bo zaczynają być nie na rękę. Nie wiadomo tylko, czyją dokładnie.

W dodatku moja układanka zaczyna raczej przypominać grę typu escape. Zamknięte pomieszczenie, z którego trzeba się wydostać, rozwiązując łamigłówki, które najpierw trzeba samemu znaleźć, łącząc rzeczy, które na pozór do siebie nie pasują. I żadnej instrukcji obsługi.

Taka współczesna wersja gry w kotka i myszkę, doprowadzonej zresztą do perfekcji przez Agatkę Ch.

Celem gry jest dotarcie do prawdy. To nie naiwność. To wewnętrzna potrzeba każdego człowieka, choćby nie wiem jak bardzo była schowana
w jego wnętrzu, jak bardzo zdeptana, jak bardzo wystraszona i skazana na zagładę.
Jest tam, w środku.
I jest sposób na wydobycie tej potrzeby, a dzięki niej - na odnalezienie prawdy.

Ten sposób jest tak prosty, że większość nie wierzy w to, że może być skuteczny.

Skutki uboczne: historyczno-histeryczna klaustrofobia.

No cóż. Nie należy przejmować się za bardzo. Jak powiedział K., w końcu piszę tylko nicencjat.

Nicencjat z dziennikarstwa.

piątek, 11 grudnia 2009

Reportaż niespołeczny

Dlaczego nie ma w Polsce reportażu społecznego? - zapytała E.

Mimo, że było to pytanie retoryczne, odpowiem na nie. Nie dlatego, że jestem ekspertem. Dlatego, że też mnie to wkurza.

Pytanie zresztą było bardziej rozbudowane i stawiało reportaż społeczny
w opozycji do reportażu śledczego.

Dziennikarstwo śledcze jest na topie. Dziennikarz śledczy staje się herosem, niezłomnym moralnie wzorem, samotnym łowcą. Utożsamiamy się
z nim, tak jak z bohaterami książek, które czytaliśmy w dzieciństwie. Dziennikarstwo śledcze w oczach opinii publicznej to synonim Przygody. Pisze się o nim książki, robi filmy.

Czytamy te książki, oglądamy te filmy, potem czytamy śledcze artykuły
i oglądamy śledcze reportaże, dostajemy wypieków, krzyczymy: "Ale mu dowalił!", jęczymy: "To niemożliwe..." - i wyłączamy telewizor, oddajemy gazetę sąsiadowi. Po czym wracamy do codziennych zajęć. Podlewamy kwiatki sąsiadki chorej na raka, która jest ciągle w szpitalu, opiekujemy się własną niedołężną babcią, kupujemy wigilijne świece Caritas. I mamy poczucie, że dziennikarstwo śledcze nas zupełnie nie dotyczy: przecież jego przedmiotem są rekiny biznesu, politycy, niewyobrażalne pieniądze, przekręty finansowe, które trudno zrozumieć, gangi, mafie, polityka energetyczna. To nie są nasze codzienne problemy. Są tak samo realne, jak "Szklana Pułapka".

Reportaż społeczny nie jest w modzie. Po pierwsze, robienie go nie jest tak emocjonujące: nie poznaje się najbogatszych ludzi świata, nie chodzi się na wódkę z politykami, nie wyciąga się dokumentów od służb. Nie trafia się na pierwsze strony gazet. Słucha się człowieka, który znalazł się w nieszczęściu. Pokazuje się, komu się źle dzieje. Czytelnikowi
i widzowi zostawia się decyzję, co z tym zrobić. To on może odnaleźć siebie w podobnej sytuacji. To on może rozejrzeć się dookoła i wyjść na chwilę z klatki swojego egoizmu i wygodnictwa. I pomóc.

Reportaż społeczny boli i mówi, że nie jesteśmy w porządku, ale możemy coś zmienić, robiąc zakupy sąsiadce. To jest na miarę naszych możliwości.

Reportaż śledczy nie boli. Mówi, że nic od nas nie zależy, że światem rządzi układ, a my jesteśmy jego najlepszą częścią, bo nie okradamy kraju z grubych milionów. Nawet, jeśli oszukujemy, kradniemy, kłamiemy, zdradzamy - nie jesteśmy gorsi od tych, których właśnie obejrzeliśmy.

Reportaż społeczny rzadko ma szczęśliwe zakończenie. Troska o takie zakończenie jest przeniesiona z papieru czy ekranu w nasze życie.

Dlatego to reportaże śledcze trafiają na pierwsze strony gazet.

Czy ktoś mi udowodni, że jest inaczej?

niedziela, 6 grudnia 2009

Najlepsi

Zapytajcie teologów, kto jest w ich branży najlepszy w Polsce.
Wymienią Jelonka, Elżbietę Adamiak, Bartnika, Nadolskiego - i to tylko na początek.

Zapytajcie fotografów, kto jest najlepszy.
Powiedzą, że Horowitz, Tomaszewski, Gudzowaty, Sikora, Milach.

Zapytajcie dziennikarzy, których opinia publiczna nazywa śledczymi.
Powiedzą: "Nie pamiętam", "Wyleciało mi z głowy", "No, na pewno kilku by się znalazło", i w końcu, że tak naprawdę nie ma w Polsce dziennikarzy śledczych.

Oprócz nich samych, oczywiście.

niedziela, 22 listopada 2009

Kąkolewski My Love

Realizuję listę lektur.
Ach.
Same perełki. W tym jedna pokaźnych rozmiarów: mistrz Krzysztof.
Książki trudno osiągalne, co tylko dodaje uroku poszukiwaniom i lekturze.

W latach 70-tych i 80-tych wydawały go "Iskry", "Czytelnik", kilka książek wypuściło na rynek "Wydawnictwo Literackie" i "Książka i Wiedza". W 1960 roku zbiór opowiadań "Sześciu niewidzialnych" wyszedł nawet
w Wydawnictwie Ministerstwa Obrony Narodowej - po sąsiedzku z "Biblioteką Żółtego Tygrysa", wydawaną od 1957 do 1989 roku. [Sic!]

Teraz wydaje go "Von Borowiecky", firma, która - jak napisał rozczarowany wydawnictwem Wojciech Piotr Kwiatek - wypuszcza "różne, lepsze lub gorsze książki, których nie chce - z powodów czasem politycznych, a czasem po prostu merytorycznych, wydać nikt inny". W przypadku Kąkolewskiego w grę wchodzi pierwszy powód: mówi prawdę.

Nowsze książki, których nakład jeszcze się nie wyczerpał, i wznowienia ("Generałowie giną w czasie pokoju", "Diament odnaleziony w popiele", "Mięso papugi", "Zbrodniarz, który ukradł zbrodnię") można gdzieniegdzie dostać. "Zbrodniarz..." pojawił się nawet na półkach Empiku. Starsze czasami można znaleźć w bibliotekach, dużo rzadziej -
w antykwariatach. Na hasło "Kąkolewski" bukiniści kręcą głowami i mówią: - O, tego to już dawno nie miałem!

Wyjątkiem okazuje się katowicki dworcowy antykwariat. Nauczona doświadczeniem, nie szukam na próżno wśród książek spiętrzonych w stosy na stole i poupychanych na półkach, ale pytam od razu.
- Kąkolewski? - powtarza jeden z trzech panów stojących za ladą - A czego pani potrzebuje?
- Wszystkiego - mówię.
- Był "Umarły cmentarz", ale poszedł - informuje mnie drugi.
Trzeci, w moim wieku, zastanawia się chwilę.
- Krzysztof Kąkolewski? - upewnia się. - A, to jedna jest. Do domu wczoraj wziąłem.

Niebywałe. Ktoś czyta Kąkolewskiego.
Sprzedawca z Katowic okazuje się nie być w tym osamotniony. Kilka dni później do naszej księgarni wkracza pani w średnim wieku. Pyta o "Wydanie świętego Maksymiliana w ręce oprawców". Wychodzi z pustymi rękami: od wydania w 1989 roku książka nie była wznawiana.

Źródło wiedzy mojego pokolenia, Wikipedia, pod hasłem "Krzysztof Kąkolewski" podaje: "Czołowy współczesny polski przedstawiciel literatury faktu, znany z poruszania tematów bulwersujących i kontrowersyjnych".

A my myślimy, że kontrowersyjny jest Biedroń, Palikot albo Witkowski. Bo o Kąkolewskim w mediach nie słychać. Przecież Laur SDP dostał dopiero
w zeszłym roku, trzy lata po Kapuścińskim. Nota bene, w wieku 78 lat.

Krystyna Mokrosińska powiedziała w laudacji: "Rzetelność dokumentacyjna, otwarcie na rozmówców, do których mógłby przecież czuć nienawiść, precyzyjna analiza zebranych faktów, opinii stanowią wzorzec dziennikarstwa śledczego."

I nie ma co liczyć na to, że Agora S.A. wykupi prawa do wszystkiego, co napisał, i wyda serię "Kąkolewski" - tak, jak to się stało z Kapuścińskim i Lemem. Po pierwsze - Kąkolewski żyje i ma jeszcze dużo do powiedzenia. Po drugie - raczej im nie po drodze.

poniedziałek, 2 listopada 2009

Wypisy ze Sparka

[Dziennikarstwo śledcze. Studium techniki. David Spark]

"Nie sądzę, żeby ktoś mógł uprawiać ten zawód, jeśli nie ma obsesji na tym punkcie." [David Murphy]

"U reporterów śledczych można zauważyć pewne podobieństwo temperamentów. Przeważnie są to ludzie zapalczywi, nadpobudliwi i dziwaczni. Mają tendencję do zagłębiania się w bardzo mroczne zakamarki." [Paul Halloran]

"Dziennikarstwo śledcze odrzuca instynkt stadny." [David Spark]

"Rzetelne dziennikarstwo śledcze to kosztowna, frustrująca i samotna harówka. Nawet rzadko spotykany sukces przynosi reporterowi śledczemu tylko nieprzyjemne epitety: zostaje określony jako obsesyjny
i niebezpieczny." [Tom Bower]

"Ludzka życzliwość jest czynnikiem najbardziej korumpującym." {Matthew Paris]

David Spark, autor książki, korzystał z pomocy pięćdziesięciu siedmiu dziennikarzy, którzy zgodzili się z nim rozmawiać.

Mowa tu, rzecz jasna, o brytyjskich dziennikarzach. W polskich warunkach to trudne do zrobienia. Wątrobę ma się przecież tylko jedną.

wtorek, 1 września 2009

Rozmowa

Dzwonię.


- Halo?

- Dzień dobry, z tej strony ..., dzwonię, żeby zapytać, co mam zrobić, żeby pracować jako researcher w pana programie.

- Hm. (cisza). A skąd ma pani mój numer?

- Chyba nic w tym dziwnego, skoro chcę pracować jako researcher.

- Aha. (cisza) No, to podam pani maila, proszę przysłać CV.


Chyba jednak jestem bezczelna.
Podobno nie ma lepszego sposobu.

środa, 29 kwietnia 2009

Teoretycy śledzą praktyków

Z konferencji "News i dziennikarstwo śledcze wobec wyzwań XXI wieku" wróciłam z dwudziestoma stronami notatek, głową pełną pytań, utwierdzona w przekonaniu, że dziennikarstwo śledcze wymaga warsztatu najwyższej jakości, i pozbawiona kolejnych złudzeń.

Teoretycy twierdzą, że dziennikarstwo śledcze jest działalnością dziennikarza, podążającego za informacją, która jest z premedytacją ukryta, bo jest związana z naruszeniem prawa lub moralności. Wskazują na elementy, które odróżniają dziennikarstwo śledcze od reszty.

Praktycy twierdzą na przykład, że nie istnieje dziennikarstwo śledcze; że to, co robią, to dziennikarstwo "wnikliwe". Nie zgadzają się z teoretykami - i, delikatnie mówiąc, nie zgadzają się też między sobą.

Nie znaczy to, że nie można znaleźć punktów wspólnych.
Po pierwsze: warsztat.
O którym nikt nie chce mówić, bo jest - jak w każdym rzemiośle - podstawą do zdobycia zlecenia.

Warsztat określany jest przez samych praktyków mniej więcej tak: "Temat się znalazł na jakimś forum, jakoś dotarliśmy, do kogo trzeba było, i jakoś się udało go zrealizować".
Parafraza może brzmieć tak: elementami warsztatu jest intuicja, znajomość odpowiednich, a jeszcze częściej - nieodpowiednich osób i instytucji, i znajomość odpowiednich artykułów odpowiednich ustaw (oraz orzecznictwa, jak podkreślał dr Kosmus z Gdańska).

Po drugie: osobowość.
Jest niepowtarzalna. Należy do niej umiejętność obserwacji, logiczne myślenie, cierpliwość, dociekliwość, sposób postępowania z ludźmi, prawość i odwaga.

Po trzecie: zasady etyczne, które (jak to trafnie ujęła dr Łoszewska-Ołowska z UW), "czuje się w sobie".

Po czwarte i piąte: poparcie w postaci wydawcy, który zapłaci za proces, oraz upór, który nie pozwala się poddać mimo poniesionych strat i braku oczekiwanych skutków.

Istnieje też kwestia sympatyzowania niektórych dziennikarzy z niektórymi ugrupowaniami, co przekłada się na rodzaj poruszanych tematów i bohaterów dziennikarskich dochodzeń.

Do końca nie wiadomo, kto w Polsce należy do elitarnego grona dziennikarzy śledczych. Na pewno są tam ci, których działalność została uznana przez opinię publiczną za sprawą SDP, Grand Pressów i im podobnych. Nawet, jeśli już po wręczeniu nagrody jednak przegrali proces i po cichu musieli ją oddawać.