Pokazywanie postów oznaczonych etykietą głupota. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą głupota. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 marca 2013

Lewica drży

Drży, bo ma powód: nasz nowy papież jest w ewangeliczny sposób nieprzewidywalny. A ludziom się to podoba. I czują, że to nasz papież, a nie papież w ogóle. 

I tu jest problem. 
I dlatego wszyscy, którzy papieżem się przejmować nie powinni, komentują, obgadują, objaśniają, kraczą, gdaczą i kiwają z politowaniem głowami.

Nie założył peleryny - źle. Wiernych ściskał - źle. Dokumentów Vatileaks nie czytał - źle. Skromny - niedobrze. A niedobrze, niedobrze, bo skromnością podbija serca tych, co jeszcze się wahali, a teraz wiedzą, że żałośni dziecinnikarze (copyright: Siara) biorą się za bary z konkretnym niedźwiedziem. Który się przejmował nie będzie, a jeszcze nawrócić może, albo co.

Pani dyrektor pewnego teatru, nakarmiona lewą informacją o juncie, ma teraz dyscyplinarny kłopocik. Palikot mówi, że był to "gest artystyczny". 
A co ma, bidny, mówić.
Portale niewierzące, tak, jak przed konklawe prześcigały się w śmiesznych spekulacjach, teraz próbują ugryźć nową głowę Kościoła politycznie. Że dymisje w Watykanie, że to, że tamto.

Nie rozumieją. 
Ale rozumieć nie mogą. Cóż.

Tworzą listę "problemów", którymi nowy papież będzie się "musiał" zająć: związki homo, święcenia kobiet, aborcja, eutanazja, in vitro. I nie widzą, że dla Kościoła to nie są problemy. Związki homoseksualne są grzeszne, a homoseksualiści godni szacunku. Święcenia kobiet nie wchodzą w grę. Aborcja i eutanazja to łamanie piątego przykazania. To nie problemy do rozwiązania. To rzeczy oczywiste.

Problemy leżą gdzie indziej, ale żeby to wiedzieć, trzeba być wierzącym. Inaczej tworzy się setki żałosnych komentarzy, zaprasza równie żałosnych ekspertów od wszystkiego, żeby powiedzieli głupkom z drugiej strony szkła, co mają myśleć.

Ale głupki swój rozum mają i widzą coraz lepiej realia. 
Widzą papieża, który może rozpocząć - i już zaczyna - wiosnę Kościoła.
Widzą biednych lewaków, miotających się w sieci własnych prób zrozumienia tego, co się dzieje w rzeczywistości wiary. Najwyraźniej przerażonych.
Nic dziwnego.
Inauguracja pontyfikatu przecież jutro - w Józefa, który jest postrachem duchów piekielnych. 
A kto się nie modli do Boga, modli się do diabła - jak powiedział Franciszek.
Nasz papież. 
Ha.

wtorek, 12 marca 2013

Dość, oj, dość

Jak nie Wiśniewska Katarzyna, to Michalik Eliza. 

Ta ostatnia pisze w portalu naTemat (tak, tym z tytułami dla niedowidzących). Bloga pisze. Ojeju, jeju. Taki ten blog. A na blogu, jak my wszyscy, wyflacza się, biedna, i łzy leje, i pięści zaciska. Bo jej w Polsce źle.

Bo w Polsce dominuje podobno nachalna katopropaganda.
Nie, nie chodzi o naciski związku zawodowego katów. To znowu my, chrześcijanie, jesteśmy be.

Jesteśmy be, ponieważ:
- zabraliśmy sobie pieniądze z odszkodowania.
- nie lubimy, jak się miesza z błotem naszego duchowego przywódcę.
- wchodzimy pani E.M. do łóżka, na porodówkę i do portfela.
- dyktujemy, jak ma się kochać i czy ma mieć cesarkę.
- zmuszamy homoseksualistów do leczenia
I tak dalej, i tak dalej. Klasyka, wiecie. 
Chociaż nic o kanibalizmie tym razem nie było. 

Ten wykrzyczany (duuuużą czcionką, a jakże), mało oryginalny manifeścik jest nawet nieco zabawny. Zabawny, bo logicznie nie do obrony.

Przykład? Ależ proszę. Zajmę się tymi najbliższymi mi ostatnio.

Żąda Michalik Eliza, by nie wchodzono jej do łóżka, na porodówkę i do portfela.  Od nas żąda, katolików. Pomyliła niestety adresatów tych żądań. Co do łóżka się nie wypowiem, gdyż nie wiem, czy pani Eliza sypia z katolikami/czkami, czy też nie. Co do porodówki, większość lekarzy jest niestety katolikami, a rodzenie w samotności do przyjemności nie należy. Polecam głębszy namysł. Do portfela z kolei wchodzi raczej budżet państwa. Proponuję pikietę pod ZUS-em. Mogę podrzucić kilka zgrabnych haseł.

Żąda nasza superdziennikarka szacunku dla swojej prywatności.
Jak dla prywatności, skasować bloga.

Żąda E.M. także, by "nie dyktowano jak się kochać, jak ma się począć moje dziecko i jak urodzić - z cesarką czy bez" I znowu. Proszę pretensje kierować do swojego partnera/ki, (chociaż jak dziecko, to jednak partnera chyba), oraz do lekarzy, którzy chętnie wysyłają pacjentki na cesarki, bo to operacja zakontraktowana na dwa razy wyższą kwotę. Czysty zysk, taka cesarka. Dla szpitala, dla producentów mleka modyfikowanego, środków przeciwbólowych... Tu proszę swoje pretensje kierować, nie do mnie, bo ja - czyli mała cząstka Kościoła - nie mam zamiaru w tych kwestiach w pani życie się wtrącać.

"Żądam zaprzestania miotania obelg, zniesławiania i odsądzania od czci i wiary wszystkich, którzy nie wierzą w Boga." No, i tu się prawie zgadzamy. Tylko zamieniłabym to "nie wierzą" na "wierzą w Boga". 
Że to nieprawda? Te obelgi i zniesławianie?
To niech pani jeszcze raz przeczyta swój wpis. Od początku do końca. "Katolickie brednie", "jawne idiotyzmy", "katolickie gadzinówki". Hm.

I niech pani przestanie szerzyć propagandowe kłamstwa. Jakie? Choćby i takie: "Żądam zaprzestania pouczania Polaków o moralności i życiu w cnocie przez funkcjonariuszy kościoła katolickiego często tarzających się w rozpuście, zbrodniach na dzieciach, intrygach, także politycznych i ewidentnie nieczułych na ludzką krzywdę, nawet, a może szczególnie tę, którą sami wyrządzili.".
Przedstawi pani dowody? 
Nie sądzę.
 
Ale chyba rozumiem przyczynę tego, pani wybaczy, antykatolickiego bełkotu.
Jest Wielki Post. I o to właśnie chodzi. Widocznie czas także dla niekatolików.
Wielki Post - czas naznaczony łaską zmian. Dusza wyje. Trzeba zagłuszyć. 
Zażądać na amen.


środa, 5 grudnia 2012

Absurd na absurdzie jedzie i absurdem pogania

Kiedy po raz pierwszy, dawno temu, usłyszałam w radiowej Trójce transmisję z obrad Sejmu, byłam przekonana, że to skecz kabaretowy. Przydługi, ale naprawdę zabawny. Wysłuchałam do końca, żeby poznać autora.

O, zgrozo.

A teraz, zamiast słuchać kabaretowych skeczów, czytam sobie doniesienia prasowe. Kiedyś czytała Borisa Viana, ale on się już do naszych mediów nie umywa.
Przypuszczam, że najlepsza szopka mnie jednak omija, bo zapis video ze względu na swoje tempo mnie męczy, i telewizji też nie oglądam. Ale doniesienia pisane prawdopodobnie niewiele ustępują tym filmowym. A i tak działają lepiej niż kawa, którą ze względów wiadomych powinnam ograniczać.

Codziennie tworzy mi się lista absurdów. Kiedyś potrzebowałam tygodnia na znalezienie naprawdę dobrego - czego, właśnie, czego? Idiotyzmu? Niedopatrzenia? Głupoty? - teraz jeden absurd goni drugi i czasami nie nadążam.

Na przykład dziś:

1. Szwedzki artysta namalował obraz popiołem z pieca krematoryjnego na Majdanku.

"Ukazały mi się postacie, jakby popiół zawierał energię, wspomnienia lub dusze ludzi, ludzi torturowanych, dręczonych i mordowanych przez innych ludzi w jednej z najbardziej bezwzględnych wojen XX wieku" - mówi autor, którego nazwiska nie podam. I oburza się, że potomek jednego z tam zamordowanych krytykuje dzieło... bez jego obejrzenia.

2. Magdalena Środa w felietonie o oknach życia.

Otóż należy je zamknąć. Bowiem dziecko ma prawo poznać rodziców (Ciekawe. Punkty poboru spermy i komórek jajowych też pozamykać?) "Aborcja jest nielegalna, procesy adopcyjne są trudne, dzieci przysposobionych do adopcji - bardzo mało. Może zamknięcie okien życia wymusi na rządzie jakiś ruch w kierunku edukacji seksualnej, uznania reprodukcyjnych praw kobiet, uznania praw dzieci (nie tylko do życia, ale godnego życia), wreszcie zracjonalizowania adopcji.

Tak się składa, że okna życia są objęte uproszczoną procedurą adopcyjną.
"Powiedziała, co wiedziała, i czym prędzej odleciała" - że sobie tak zacytuję klasyka.

3. Prokuratura oznajmiła, że trotyl był. Ale mogła też być pasta do butów. Producent aparatu powiedział, że jak trotyl, to na pewno nic innego. TVN podał, że producent powiedział, że jak trotyl, to równie dobrze coś innego.


Oklaski. Kurtyna opada z hukiem, ucinając łby artystom.
[Och, czy to nie była przypadkiem mowa nienawiści? Dobrze, że nie jesteśmy na kazaniu...]

wtorek, 30 października 2012

Matematyka zdrowia

Minister zdrowia ogłosił dziś szczegóły programu in vitro.

Na program ma być w ciągu trzech lat przeznaczone 250 mln złotych z rezerwy NFZ, który wyniósł w tym roku 400 mln złotych.
Rezerwa NFZ? Ciekawe.

Centrum Zdrowia Dziecka ledwie dyszy.

Na wizytę u specjalisty czeka się od pół do półtora roku. Na przykład do kardiologa.

E., która zwiedzała ostatnio warszawski SOR w związku z nagłym problemem okulistycznym, czekała na przyjęcie osiem (osiem!) godzin.

Szpitale rękami i nogami bronią się przed przyjmowaniem pacjentek, które są objęte opieką medyczną na postawie ustawy, ponieważ nie posiadają dowodu ubezpieczenia, bo NFZ im za to nie płaci, choć środki z budżetu państwa są podobno zagwarantowane. Szpitalom nie chce się procesować o własne pieniądze, bo to koszty, czas i nerwy, więc żądają też dowodu ubezpieczenia dzieci, które są objęte opieką do osiemnastego roku życia - zgodnie z Vademecum NFZ 2012. Wszystko dlatego, że brak kasy.

Wielkopolskie Centrum Onkologiczne - jeden z największych w Polsce ośrodków leczenia raka - ma kontrakt z NFZ na 150 mln złotych i z początkiem października prawie że wykorzystało pieniądze na ten rok, więc chorzy na raka będą musieli poczekać na operację do przyszłego roku. O ile dożyją.

Skąd więc genialny pomysł premiera z programem in vitro?

Program ma trwać dwa i pół roku, weźmie w nim udział 15 tysięcy par. Procent udanych urodzeń, czyli skuteczność in vitro, przy trzech zabiegach, co proponuje premier, to 40-50%. Czyli w ciągu trzech lat urodzi się na skutek zapłodnienia pozaustrojowego 7,5 tysiąca dzieci (w najlepszym przypadku).

Słyszałam opinie, że to próba ratowania nas przed kryzysem demograficznym.
Według GUS w 2009 roku urodziło się 417 589 dzieci.
Świetny dowcip.

Ciekawa jestem, ile płodnych par zdecydowałoby się na kolejne (lub w ogóle) na dziecko, gdyby miało dostać wparcie finansowe w takiej kwocie, jaką przeznaczy się na zabiegi in vitro. Z sond, sondaży i innych badań wynika, że Polki mają mniej dzieci, niżby chciałby, i wystarczy zerknąć na statystyki demograficzne Polaków na emigracji w Wielkiej Brytanii, żeby zobaczyć, że coś w tym jest.

Ile jeszcze genialnych pomysłów uwłaczających polityce prorodzinnej i katastrofalnej sytuacji budżetu państwa nam potrzeba? Czy od przyszłego roku  VAT trzeba będzie podnieść do 24 procent, a może do 25, żeby odbudować rezerwę NFZ?

Rozumiem, że są ludzie, którzy nie mogą mieć dziecka, którzy z tego powodu cierpią i chcieliby skorzystać z in vitro, ale ich nie stać. Dobrze to rozumiem. Ale i tak uważam - niezależnie od mojej opinii na temat procedury in vitro - że obecnie nie stać nas na takie kupowanie sobie głosów w następnych wyborach.
A na pewno nie stać nas na ograniczanie leczenia tych, którzy go naprawdę potrzebują, bo jest to dla nich kwestia życia lub śmierci, kosztem niezbyt efektownej metody sztucznego zapłodnienia, obciążającej nasz nadwerężony budżet.

Niech premier lepiej pomyśli o redukcji VAT na produkty dla dzieci. Najlepiej - do zera.


























poniedziałek, 15 października 2012

Wspanialec pani S.

Dziennikarka mojego ulubionego zamiennika kawy napisała przewspaniały komentarz do ostatniego głosowania nad projektem zakazującym aborcji. Oczywiście było to dawno temu, czyli przed weekendem, ale sprawa wciąż warta uwagi.

"Posłowie, którzy głosowali za dalszą pracą nad projektem zakazującym aborcji ze względu na ciężkie uszkodzenie płodu lub chorobę zagrażającą jego życiu, zdobyli punkty u ojca dyrektora. I z czystym sumieniem pójdą w niedzielę do spowiedzi."  - głosi lid owego wspanialca.



Z lidu jasno wynika, że pani redaktor uznała posłów popierających projekt za przedstawicieli jakiejś dziwnej pseudo-chrześcijańskiej sekty.
Dlaczego?
Ano żaden normalny katolik nie chodzi z czystym sumieniem do spowiedzi.

Co dalej?
Tylko lepiej. Czego się bowiem spodziewać po dziennikarce, która wiedzę o katolicyźmie czerpie najwyraźniej li i jedynie z faktu, że żyje w kraju okrzykniętym katolickim?

A więc: dla dzieci, które mają przed sobą dziewięć miesięcy życia w komfortowych warunkach w łonie matki, lepsza jest jak najszybsza śmierć, niż dożycie swojego czasu, jaki krótki nie miałby on być.
"Bóg tak chciał" - kpi sobie pani redaktor.

"Celem tego projektu jest zmuszenie kobiety do urodzenia, a nie zapewnienie dziecku humanitarnych warunków życia i śmierci. Posłów nie interesuje, że matka - by takie dziecko leczyć lub choćby tylko ulżyć mu w cierpieniu - musi chodzić po prośbie, bo zdrowotny "koszyk usług gwarantowanych" skrojony jest tak, by oszczędzać." - czytamy dalej.

Och, jakże ci wszyscy marni, zideologizowani dziennikarze lubią takie argumenty! Skoro prawo jest złe, nie zmieniajmy go, tylko pozwólmy na więcej zła. Państwo nie wspomoże? To zabijmy. Może tak samo należałoby postępować z przewlekle chorymi, a nawet z chorymi w ogóle? Skoro na wizytę u kardiologa na przykład trzeba czekać czasem półtora roku, dlaczego nie usuwać chorych, zamiast wreszcie zrobić porządek z idiotycznym systemem opieki zdrowotnej? Będzie mniej kłopotu.


To, oczywiście, nie koniec kwiatków. Otóż bowiem autorka sądzi, że według posłów, którzy byli za, matka "powinna być szczęśliwa, że Pan Bóg ją wyróżnił, dając wyjątkową szansę zapracowania na zbawienie. I niech dźwiga swój krzyż." I pyta na koniec - retorycznie - pani redaktor: "Ilu adoptowało takie [chore dziecko, które uniknęło rozczłonkowania bez znieczulenia i się urodziło] dziecko lub sponsoruje pomoc dla niego?"

I puenta:
"Ziobryści powołują się na nauczanie Jana Pawła II i swoją katolicką wiarę, którą postanowili narzucić wszystkim. Ta wiara zakłada miłosierdzie - ale o tym zapomnieli. Liczą na nagrodę w niebie. Tanio - cudzym kosztem."

Przypomina mi się dyskusja, którą nasz polski pan doktor od in vitro toczył z amerykańskim specem od naprotechnologii. Cały czas odwoływał się przy tym do wiary. Aż w końcu Amerykanin nie wytrzymał i zapytał, czy nasz rodak nie może zostawić wreszcie kwestii wiary i rozmawiać normalnie, jak naukowiec z naukowcem. Sic.

W tym właśnie problem wszystkich obrońców aborcji: nie mają argumentów. Muszą więc kpić, wyśmiewać katolicyzm jako broniący życia, robić szopkę, użalać się nad tymi, którzy użalania nie potrzebują, kłamać i  wskazywać złe rozwiązania socjalne, ale nie w celu ich usprawnienia, tylko jako usprawiedliwienie.

Nie mają argumentów, może poza słynnym "prawem do własnego brzucha" (a skoro matka ma prawo do brzucha, dlaczego dziecko nie ma mieć prawa do brzuszka?), poza klepaniem idiotyzmów o tym, że nie wiadomo, kiedy to coś w środku to jest człowiek, jakby genetyka miała dopiero zostać odkryta, poza zaśmiecaniem przestrzeni publicznej idiotycznymi dyskusjami o "wojnie światopoglądowej" i "zgniłych kompromisach".

Owszem, ten nasz obecny, aborcyjny kompromis jest naprawdę zgniły. Wystarczy poczytać o nadużyciach, o dzieciach, które mogłyby żyć, zostawianych na szafie w zimnej, metalowej misce, żeby sobie umarły i nie robiły kłopotu, wystarczy poobserwować rozpaczliwe próby szefa kliniki Dzieciątka Jezus, który - mimo, że to informacja publiczna, której nie może odmówić - nic nie chce powiedzieć o tym, jak wygląda legalna procedura aborcji. O kobietach, które ktoś zmusza do usunięcia dziecka, bo jest mu niewygodnie, a prawo nie bierze ich w obronę w żaden sposób.

Że za ostro? Że mogę mówić tylko w swoim imieniu? Że każda kobieta powinna decydować za siebie? Ależ tak. Tylko, że taka statystyczna kobieta zazwyczaj nie wie wszystkiego. Czy serce już bije? Czy dziecko będzie czuło ból? Jak będzie wyglądać "prosty zabieg"? Co z zaleceniem, żeby nie pokazywać kobiecie USG jej dziecka, bo mogłaby się rozmyślić? A wtedy kasa przepada...
A to wszystko ma przecież znaczenie, kiedy próbuje się podjąć tę koszmarną decyzję: zabić swoje dziecko, czy pozwolić mu żyć?
Że badania, sprawdzanie itp. mogą pomóc? A czy wyniki badań są pewne? Czy lekarze się nie pomylili?
W przypadku dzieci podejrzewanych o zespół Downa na przykład wystarczy zrobić badania o jeden dzień za późno - jeden dzień - żeby wskaźniki pokazywały, że dziecko może być chore. I to jest wskazanie do aborcji. Przeważająca większość takich podejrzewanych dzieci rodzi się zdrowiutka.

Tak, jak moje dziecko.


Czy o tym wszystkim wie pani redaktor Siedlecka, gdy tak gorliwie potępia podejście do kwestii życia i śmierci, prezentowane przez ludzi zastanawiających się nad kwestiami, które dla Siedleckiej są proste, by nie rzec: prostackie? Czy spróbowała czegoś się dowiedzieć, zanim napisała swój wspaniały komentarz? Czy ma jakieś konkretne argumenty - poza złym "pakietem socjalnym" - które mogłyby coś wnieść do dyskusji? Czy coś w ogóle wie na temat, na który tak chętnie, złośliwie i zajadle krzyczy?

Obawiam się, że nie. Że po prostu nie wie, o czym mówi, i dlatego może sobie jak potłuczona mówić tak swobodnie. Być może ją samą przeraża myśl, że miałaby się z niepełnosprawnym dzieckiem męczyć do końca życia, albo nawet te parę miesięcy po porodzie. W takim razie bardzo jej współczuję. Życzę, żeby kiedyś doświadczyła, jaka jest różnica między "zrobić dla swojego dziecka wszystko" a "zrobić dla swojej wygody wszystko".

A może chce po prostu zarobić punkty u naczelnego i z brudnym sumieniem nie iść w najbliższą niedzielę do spowiedzi?
To też mnie nie zdziwi.
W końcu każdy sądzi po sobie.

Ale jeśli pani redaktor nie jest w stanie zdobyć informacji potrzebnych do rzeczowej i względnie obiektywnej oceny informacji, którą otrzymała, niech przestanie hańbić zawód dziennikarza. Dziennikarz ma dawać czytelnikom prawdę, nawet w komentarzu! Uargumentowaną! A nie przepuszczone przez propagandową maszynkę "własne przekonania" od prawdy odległe jak noc od dnia.

Taką mam idealistyczną wizję dziennikarstwa.
I nie mogę znieść kłamstwa w służbie pieniądza, robiącego ludziom wodę z mózgu.
Przykro mi. Nic na to nie poradzę.

środa, 1 sierpnia 2012

Bunt

Zebrało mi się na bunt.
Taki zwykły, ludzki. Obywatelski.

Przeciwko homo-parom które chcą być uznane za małżeństwa, choć ekonomia radzi, by nigdy tego nie robić. O zdrowym rozsądku nie wspominając.

Przeciwko polityce polegającej na przedstawianiu siebie i swoich licznych porażek jako sukcesów, propagandzie dobrobytu, wydawaniu państwowych (również moich) pieniędzy na nie wiadomo co, a na pewno nie na to, na co nas stać.

Przeciwko antydemograficznej propagandzie tych, którzy na niej zarabiają.

Przeciwko ludziom, którzy - świadomie albo zmanipulowani - zakłamują historię.

Przeciwko wszystkim tym grupom interesu, w których interesie nie leży interes Polski.

Przeciwko chamskiemu antyklerykalizmowi, który musi posiłkować się kłamstwem, by zasiać zamęt.
Przeciwko całemu temu kłamstwu, w którym przyszło mi żyć.
A kto jest ojcem kłamstwa, wiadomo.

Mam dość demokracji, która jest kpiną z demokracji, kapitalizmu, który jest iluzją kapitalizmu. Skorumpowanej władzy i nieudolnej opozycji.

Mam dość krzywdzącej polityki wyciągania pieniędzy z najpłytszych kieszeni.

Mam dość ideologii pieniądza i władzy na najwyższych szczeblach, żałosnego przytakiwania na niższych i zidiocenia na najniższych, podłączonych do telewizora jak do życiodajnej kroplówki.

I co mam z tym buntem zrobić?

Zamarynować jak ogórki?

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Czasy ciekawe jak zwykle

Ledwo sobie człowiek zrobi przerwę w dostawie wiadomości, już się zaczyna dziać.

Dwaj panowie z pewnego radia, których nazwisk nie wymienię, bo i tak wszyscy wiedzą, że to Jakub W. i Michał M., zostali zdjęci z anteny. Gdyż nieczuli na wspólne organizowanie Euro, starali się wcielić w statystycznych Polaków, według własnych statystyk zapewne. Z czego wynika, że statystyczny Polak jest żałosnym ksenofobem pozbawionym taktu i poczucia humoru. Może to po prostu nie statystyczny Polak jest wzorem, ale statystyczny Wojewódzki.

Przy okazji przykra sprawa: Ukraińcy nie boją się bronić swoich kobiet i godności narodowej. A my? Hu, hu. 

Ruch Palikota, przerażony perspektywą odcięcia od diet poselskich, zainteresowania mediów i innych przyjemności wynikających z bycia w Sejmie, próbuje się ratować ogranymi sztuczkami. Otóż nagle się okazało, że wiszący w sejmie krzyż narusza dobra osobiste posłów-ateistów (z Ruchu Palikota, ma się rozumieć). I oni teraz Sejm będą zaskarżać czy coś. Interesujące, że nie pomyśleli o tym wcześniej, zanim zdecydowali się kandydować. Że jak się dostaną, to będzie naruszał. Lek jest prosty: uciekać z Sejmu. I to szybko.

Prokuratura zdecydowała, że jednak BOR nawalił w sprawie Smoleńska. A do tego podobno dostaniemy na jesieni samolot. Czyściutki i śliczny, jak przypuszczam. Trzeba czymś przykryć premie dla naszej reprezentacji.

Kwaśniewski Aleksander został obserwatorem na procesie Tymoszenko.
Obserwatorzy mają za darmo hotelowy bar?

Dalej już nie czytałam. Powodów jest sto. Po pierwsze - nie mam armat.

środa, 23 maja 2012

Lata apostata

W niedzielę zakończył się Tydzień Apostazji.

To kolejna przefantastyczna inicjatywa grupy, która za nic ma intymność, której domagają się pewne przestrzenie ludzkiego życia. 

Logo - no właśnie, jak to nazwać? Wydarzenia? Inicjatywy? Imprezy? Próby szukania rozgłosu? Hm. W każdym razie logo tegoż przedstawia ludzika uciekającego przed krzyżem. (Nota bene, słyszy się ostatnio coraz więcej o potrzebie przeprowadzania egzorcyzmów).

Celem tejże "ogólnopolskiej inicjatywy" jest umożliwienie "zamiany swojego prywatnego gestu w ogólnopolski, masowy głos w debacie publicznej". Co prawda jest to raczej debata polityczna, ale cóż. Do tego dwóch patronów medialnych: "Fakty i Mity" (Obalamy fakty, ujawniamy mity) oraz racjonalista.pl.

Czemu tyle piszę o tej wspaniałej inicjatywie?

Ponieważ zachwyca mnie, jak bardzo nieudolnie nasi okołopalikotowi apostaci próbują znaleźć adekwatną symbolikę. Taką, która zainteresuje media. Która przyciągnie uwagę nowego elektoratu.

Na pierwszy ogień poszedł biedny Piłsudski (czyżby próba odwołania się do patriotyzmu? Hmm.), który apostatą nigdy nie był, tylko konwertytą - dla żony zmienił wyznanie, zresztą po kilkunastu latach wrócił do Kościoła katolickiego.

Na drugi ogień poszedł Luter, wzorem którego nasz najsłynniejszy magister filozofii przyklejał (sic!) swój akt wystąpienia z Kościoła do drzwi Bogu ducha winnych krakowskich franciszkanów. A tu psikus: nie dość, że Luter żadnych kartek do drzwi nie przybijał ( a tym bardziej nie przyklejał), to jeszcze listę tez sporządził w zupełnie innym celu: nie po to, by sobie odejść z Kościoła, lecz po to, by Kościół naprawiać.

A już najzabawniejsze jest, że owe "publiczne akty apostazji" nie mają żadnej mocy. Świeżo upieczeni apostaci dalej pozostają w Kościele. Twierdzą co prawda, że nie zamierzają stosować się do procedur instytucji, która "nagminnie utrudnia ludziom odejście". To coś, jakby pan Zbyszek z bloku obok postanowił się wymeldować ze swojego mieszkania i w tym celu stanął na środku blokowego ogródka, krzycząc: "Już tutaj nie mieszkam!" Mógłby też ewentualnie przykleić oświadczenie na drzwiach jakiegoś urzędu. Jakiego? Wszystko jedno. Urząd to urząd. Wiadomo, że to instytucja opresyjna i do cna zbiurokratyzowana, utrudniająca ludziom wszelkie możliwe procedury.





środa, 7 marca 2012

Blackmater

Dawno, dawno temu uważałam feministki za nieszkodliwą grupę społeczną, która za cenę głupio pojętej równości rezygnuje z przyjemnych przywilejów: całowania w rękę (tak, ja naprawdę to lubię, panowie), przepuszczania w drzwiach, wnoszenia ciężkich rzeczy po schodach itp.

Nieco później doszłam do wniosku, że może to być pożyteczna grupa, która postara się o równe traktowanie kobiet i mężczyzn, zwłaszcza w kwestii wynagrodzenia.

Teraz niestety widzę, że feministki są bardzo szkodliwą grupą społeczną. Szkodliwą zwłaszcza dla kobiet.

Takie na przykład organizacje pro-life zarzucają ostatnio feministkom łamanie praw kobiet, ponieważ aborcji dokonuje się często ze względu na płeć -i częściej jej ofiarą padają dziewczynki. Ale nie o tym tym razem.

Zajrzyjmy na stronę Federy. W zakładce "misja" czytamy: "Federacja działa na rzecz podstawowych praw człowieka, w szczególności prawa kobiet do decydowania o tym, czy i kiedy mieć dzieci. Możliwość korzystania z tego prawa jest dla kobiet warunkiem samostanowienia, a także warunkiem zrównania szans życiowych kobiet i mężczyzn."

Aha. Czyli w zasadzie prawa kobiet sprowadzają się do antykoncepcji i aborcji. Skoro bowiem chodzi o "zrównanie szans życiowych" kobiety i mężczyzny, z których ten drugi w ciąży nigdy nie będzie, trzeba usunąć ciążę, by zrównać.

Zresztą czy samo stwierdzenie "możliwość decydowania o prokreacji jest dla kobiet warunkiem samostanowienia" nie jest już ograniczającą wizją kobiety, z którą to wizją podobno feministki walczą? Po pierwsze - prokreacja to praca zespołowa (im mniej naturalna, tym bardziej zespołowa...). Po drugie - nie wszystkie kobiety czują się ubezwłasnowolnionymi, zamkniętymi przy garach maszynkami do rodzenia dzieci. Prawdopodobnie trzeba je najpierw o tym przekonać, żeby móc powalczyć sobie o ich prawa do tego i owego.

Ostatnio nasze feministki walczą chyba jeszcze o parytet, czyli równą ilość zatrudnianych kobiet i mężczyzn.

Grr.
Bardzo bym chciała, by feministki zapytały polskie kobiety, o jakie też prawa powinny dla nich (dla nas) walczyć.
Może nie tylko o parytet, ale o sprawiedliwe wynagrodzenie?
Może o prawo decydowania, czy kobieta chce zajmować się domem i dziećmi, czy tyrać na trzech etatach: jako gospodyni domowa, wzorowa matka i obiecująca pracownica?
Może o prawo do wystarczających na utrzymanie rodziny zarobków dla mężczyzn (ach, och, straszne!), by mogli utrzymać swoje żony (przepraszam, jestem zwolenniczką modelu konserwatywnego)?
Że żony wtedy nie będą się rozwijać?
A ile znacie młodych (i starszych) matek?
Jeśli tylko "siedzą w domu i nie pracują" - zazwyczaj mają jakieś kreatywne hobby. Szyją, rysują, zdjęcia robią, garnki wypalają, haftują - sztuki plastyczne wyzwolone. Urządzają dom. Dokształcają się. Czytają, albo nawet piszą.

Może feministki powinny walczyć o prawo do zasiłku macierzyńskiego dla matek, których nikt nie zatrudnił przed zajściem w ciążę na umowę o pracę. Może powinny zająć się kobietami po czterdziestce, których nikt nie chce zatrudniać, bo trzeba im za dużo zapłacić. Może powinny ścigać tych wszystkich lekarzy, którzy skrobią na lewo i powodują wzrost śmiertelności wśród kobiet?

Coraz bardziej jestem przekonana, że feminizm to po prostu lukratywny biznes. Opłaca się gadać te wszystkie smutne kwestie o aborcyjnym podziemiu, koniecznej nauce zakładania prezerwatyw na ogórki i nieszkodliwości antykoncepcji. Żaden wstyd. Wojskowi najemnicy też są przecież dobrze opłacani. Tyle, że nasze komandoski z Blackmater utrzymują, że walczą ideologicznie.

A ja bardzo bym chciała, by ich lukratywne ideolo ustąpiło miejsca jakiejś organizacji, która zatroszczyłaby się o realne potrzeby kobiet w naszym wspaniałym systemie gospodarczym. Niecierpliwie czekam. I pewnie bezskutecznie.

Ciekawe, swoją drogą, czy parytet realizuje się w organizacjach feministycznych. Podobno są za to kary.

niedziela, 22 stycznia 2012

Logika Palikota, czyli mózg w prezerwatywie

Jakoś się tak złożyło, że dwa tygodnie temu w prasie lewicowej zagrał mocno Ruch Palikota, zwany przez niektórych trafnie a szyderczo "palikociarnią".

Do gazet tych, które czytuję zresztą w drugim obiegu, by nie finansować, dotarłam dopiero teraz z przyczyn oczywistych i przemieszczających się już zaskakująco sprawnie.

I oto w "Przekroju" (tak, tym z brzydką okładką), którego ostry skręt w lewo zapowiedział ostatnio jego właściciel, ukazał się pierwszy tekst pana/i Anny Grodzkiej. Tekst, jakżeby inaczej, o transseksualiźmie i jego bolączkach. Nasz autorka objaśnia czytelnikom, że nie każdy psychicznie zgadza się ze swoją płcią genitalną, dzięki czemu dowiadujemy się, że istnieje kilka różnych typów (albo pochodzeń) płci. Grodzka zaznacza też skromnie, że transseksualiści są jak czterolistne koniczynki wśród trzylistnego społeczeństwa. Taka czarująca, dobrze się kojarząca metafora.

I już wiem, skąd moje kpiące podejście do tych trudnych, genitalnych spraw. Brakuje mi jednego listka.

Jakby Grodzkiej było mało, wywiad dla GW dał Palikot. Rozmawiała z nim w dodatku Agnieszka Kublik, więc możecie sobie wyobrazić. I rzeczywiście, logika Palikota jest zatrważająca. Nasz politykofilozof twierdzi bowiem, co następuje:

"Odpowiedź na pytanie, kiedy zaczyna się życie, jest dla mnie sprawą filozoficzną i trudną. Człowiek odpowiedzialny unika takich dylematów, w których niełatwo znaleźć pewność, a to, o co chodzi, nie jest jednoznaczne i można wręcz powiedzieć, że prawda się ukrywa. A zatem, jako skutek naszej odpowiedzialności, powstaje konieczność stosowania antykoncepcji i jej dostępność dla obywateli. To najlepszy sposób na uniknięcie takich dylematów".

Spróbujmy krok po kroku przeanalizować ten majstersztyk.

1. "Odpowiedź na pytanie, kiedy zaczyna się życie, jest dla mnie sprawą filozoficzną i trudną."
Cóż z tego, że mamy nauki przyrodnicze, a wśród nich biologię, a w biologii inne, bardziej szczegółowe dziedziny, jak genetyka. Ich badania i twierdzenia trudno czasem podważyć, więc początek życia to kwestia filozoficzna, a wszyscy przecież wiedzą, że filozofia to niekończące się spory na nieistotne tematy. Do tego jeszcze owa kwestia jest kwestią trudną. Trudno się przecież w nieskończoność spierać na nieistotne tematy. A kwestie ważne i łatwe wiążą się nie z filozofią, ale biznesem, jak ogólnie wiadomo. Zwłaszcza ludziom odpowiedzialnym. Za reklamę.

2. "Człowiek odpowiedzialny unika takich dylematów, w których niełatwo znaleźć pewność, a to, o co chodzi, nie jest jednoznaczne i można wręcz powiedzieć, że prawda się ukrywa."

Jak na filozofa, bardzo dziwne to zdanie. Z przykładu licznych znajomych magistrów filozofii wnioskuję, że właśnie owa filozofia zajmuje się roztrząsaniem dylematów. Wynika z tego, że filozofowie są skrajnie nieodpowiedzialni, powinni bowiem unikać. Nie rozważać. A rozważają.

Wynika też z tego, że człowiek odpowiedzialny jest człowiekiem, który świadomie rezygnuje z namysłu nad rzeczywistością. Myślenie, jak wiadomo, boli, więc należy go unikać. Jak dylematów. Pytanie, za co taki unikający jest odpowiedzialny.

Za to sam opis owych dylematów związanych z początkiem ludzkiego życia bardzo trafny. I ładny.

3. "A zatem, jako skutek naszej odpowiedzialności, powstaje konieczność stosowania antykoncepcji i jej dostępność dla obywateli. To najlepszy sposób na uniknięcie takich dylematów."

No i to, moi drodzy, to jest mistrzostwo świata. Najlepszym sposobem na uniknięcie trudnych, filozoficznych rozważań jest antykoncepcja! Czy to oznacza, że prezerwatywę należy założyć sobie na mózg, o ile się go posiada?

Wynika też z tego, że świat jest pełen ludzi nieodpowiedzialnych. Odpowiedzialni bowiem nie mają dzieci. Trudne dylematy, wiecie.

Gdyby się posłużyć logiką Palikota, trzeba by stwierdzić, że nasz filozof jest przekonany, że życie ludzkie może się rozpocząć podczas stosunku płciowego, stąd ten pomysł z konieczną antykoncepcją.

Anna Grodzka pisze w swoim artykule (że tak go nazwę obraźliwie): nielogiczne nie istnieje. Czyżby nieodpowiedzialnie podważała istnienie czyichś procesów myślowych? Trudna kwestia.

Czas na ostateczny wniosek. Ludzie odpowiedzialni nie zajmują się poważnymi sprawami: starają się ich unikać i zapobiegać im, jak tylko mogą. Co dobrze widać w partyjno-sejmowej działalności Ruchu Palikota. A słynne objaśnienie nazwy partii znajduje w tej jednej wypowiedzi swoje doskonałe uzasadnienie.


Tak się akurat złożyło, że ten, ekhem, zmasowany atak "palikociarni" przypadł na weekend po Objawieniu Pańskim. Dwa tysiące lat temu trzej magowie przyszli do Jezusa Chrystusa. A grupa Palikota przyszła po objawienie do mediów.

Cóż. Każdy ma takiego boga, na jakiego zasłużył.


P.S. Pracowników monitoringu Ruchu Palikota serdecznie pozdrawiam i zapewniam, że będzie jeszcze.

wtorek, 13 grudnia 2011

Prakaczka

Po dwóch tygodniach wyjętych z życia zrobiłam sobie prasówkę.

Nowicka wciąż kłamie.
Olejnik została autorytetem młodych dziennikarzy (czyżby za rozmowę z Anną G.?)
Janina P. dostała nagrodę Kisiela.

Kotek z załącznika stał się przedmiotem poważnej debaty (swoją drogą, prawica zawsze wie, jak sobie samej podbić bębenek i zrobić z siebie głupka. I na kogo tu głosować? Dramat.)

Jaruzelski wydał książkę. Żeby powiedzieć prawdę o historii, rzecz jasna. Wszyscy (medialni) się podniecają, rzecz jasna, bo Jaruzelski oznacza newsa na każdą okazję.

Unia ma się świetnie, a jeśli się rozpadnie, to przez PiS i różne marsze.

I doszłam do wniosku, że to nie prasówka, tylko prakaczka. Dziennikarska.

niedziela, 13 listopada 2011

A taka miła była niedziela

- Co robi Nergal w sejmie?
- Palikota.
[źródło: bankier.pl]

Historia rodzi się na naszych oczach.

Jak wiadomo, poród ma dwie fazy: pierwszą, długą i coraz bardziej bolesną, oraz drugą, o wiele krótszą, nieco krwawą i zazwyczaj zakończoną sukcesem.

Wnioskując z informacji z ostatnich dwóch tygodni, do główki jeszcze daleko.

Nowicka wicemarszałkiem.
Pisze na blogu:
"I też mogłabym powiedzieć; że pani Najfeld została wynajęta przez organizacje kościelne, koncern ojca Rydzyka i międzynarodowe sieci fanatyków religijnych działających na szkodę kobiet w celu pozbawienia kobiet ciężarnych ich prawa do życia."

Szczuka własną piersią (a nawet dwoma) broniła Warszawy przed faszystami.

Magdalena Środa w wywiadzie dla "Polska The Times"

"Ale też ja nie jestem człowiekiem lewicy. Jestem liberałką. A właściwie socliberałką."

Serwis Facet.onet o Nergalu:

"Bez względu na kontrowersje, które wywołuje trzeba mu przyznać, że ubiera się nieźle. Jednocześnie nie poddaje się ślepo aktualnie panującej modzie. Dlaczego miałby to robić, skoro neutralne kolory i ciekawe kroje pasują do niego najlepiej? Trudno wyobrazić sobie Nergala w seledynowych spodniach i zwiewnym kardiganie. Łatwiej - w skórzanej kurtce czy w ubraniu przywołującym na myśl kreacje haute couture. To naprawdę modny gość."

Maziarski o Bonieckim:

"Nazwijmy rzecz po imieniu: ten religijny knebel jest w istocie przestępczym złamaniem konstytucji."

Gdzie ta główka?
Zapytajmy pana Palikota.

piątek, 23 września 2011

Premier ma pomysł

Pomysł na polską rodzinę, oczywiście.

Jaki? Fantastyczny: dwa plus dwa. Przynajmniej.

Premier zwrócił się do Ministerstwa Finansów o wyliczenie, "ile kosztowałoby wzmocnienie motywacji, żeby posiadać więcej niż dwójkę dzieci".

Powiedział też, że Polska potrzebuje wysokiej jakości edukacji, również w wielu przedszkolnym, a rodzice muszą pracować, żeby utrzymać rodzinę - "więc musimy wziąć na siebie większą część odpowiedzialność jako państwo za finansowanie opieki przedszkolnej, edukacji przedszkolnej".

Premier po prostu zapomniał, że stojąc w rozkroku, łatwo jest wpuścić piłkę. A wpuszczając, można boleśnie oberwać.

Taki mecz obejrzę z dziką satysfakcją.

wtorek, 6 września 2011

Rząd Cudownych Metafor

Żyjemy w kraju cudownych metafor. Oj.

Ostatnio wszystkie siły (tu proszę sobie wpisać, jakie:............), sprzysięgły się przeciwko rodzinie. Zabieramy dzieci prewencyjnie, albo wysyłamy wcześniej do szkoły, albo w ogóle mordujemy, zanim się z nimi zrobi problem po urodzeniu.

Albo oddajemy do adopcji partnerom ze związków partnerskich jednopłciowych, żeby skutecznie ograniczyć populację (mniej emerytur w przyszłości!)

A dzieci, proszę państwa, są jedynym sposobem na przekształcenie małżeństwa (związku partnerskiego, khu, khu?) w RODZINĘ.

Choćby jedno dziecko (urodzone, nie usunięte) wystarczy.

Niestety wygląda na to, że dla naszego rządu (Rządu Cudownych Metafor - co zaraz wyjaśnię) "rodzina" to "lokator lub lokatorzy jednego mieszkania". Z podkreśleniem LOKATORA. Jak donosi Rzepa, od 31 sierpnia bezdzietny singiel jest w rozumieniu warunków kredytu "RODZINA na swoim" rodziną właśnie.

Teraz pora na wyjaśnienie Rządu Cudownych Metafor.

To rząd, który w opisywaniu swoich planów społeczno-gospodarczych posługuje się metaforą. Ciocia Wiki podpowiada, że metafora to "językowy środek stylistyczny, w którym obce znaczeniowo wyrazy są ze sobą składniowo zestawione, tworząc związek frazeologiczny o innym znaczeniu niż dosłowny sens wyrazów". Na przykład: "Wynagrodzenie na podstawie umowy o dzieło" - inaczej "pokaranie".

A cudowne?

Ze względów dość niepojętych, biorąc pod uwagę odsetek wierzących wśród rządzących: są to pobożne życzenia niewierzących, które z tego względu raczej nie mają szans się spełnić (w przeciwieństwie do pobożnych życzeń wierzących, na które ich Adresat odpowiada zazwyczaj cudem).

Metafora jest też zwana przenośnią.

Przenośnie Rządu Cudownych Metafor szybko i sprawnie przenoszą nas w krainę absurdu.

A u wrót krainy absurdu stoi RODZINA pod postacią bezdzietnego singla. W rękach trzyma tabliczkę: "Pokoje do wynajęcia. Tanio".


P.S. Gdyby ktoś nie zauważył: nie jestem przeciwna pomaganiu singlom. Jestem przeciwna głupocie.

czwartek, 1 września 2011

Oglądałam telewizję!

Oglądałam telewizję.

Nie, nie sama z własnej woli, po prostu był telewizor i byli włączacze. I włączacze włączyli. I to nie w porze wiadomości.

Dzięki temu przekonałam się, że - bezczelność! - reklamy wciąż są przerywane filmem!

Filmy, o dziwo, nie były polskimi dramatami obyczajowymi, uff. Nie trafiłam też na żaden z seriali o przygnębiającym utworze wejściowym z pesymistycznym tekstem.

Rozśmieszył mnie nawet któryś (ale który?) film z publicystyczno-widokowej trylogii Jacka Bromskiego. Chociaż była sama fonia, a właściwie fonia z wizją w paski.

- Ależ ty oglądasz te reklamy! - powiedziała M., kiedy siedziałam, zagapiona w ekran, podczas niewiarygodnie długiego bloku reklamowego, a po głowie krążyły mi ustawowe zapisy o dopuszczalnej długości reklam (potem odkryłam, że oglądałam telewizję prywatną, nie publiczną. A ta widzów nie oszczędza).

A było co oglądać. Kolibry w wersji techno, na przykład.

Kiedy doszliśmy do margaryny o smaku świeżego chleba (aaaaaaaa!) na szczęście obudziła się J. I pospiesznie oddaliłam się od telewizora.

Następne takie doświadczenie za rok.

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Wakacje według Magdaleny Ś.

Przez sieć przetoczyła się mała burza. Piorunami rzucały, jak zwykle, tabloidy oraz blogerzy. Dlaczego? Otóż pani Magdalena Środa, teoretyk etyki, skomentowała dla GW problem pieniędzy podatników.

"Mamy pierwsze miejsce w Europie, jeśli chodzi o zwolnienia zdrowotne kobiet w czasie ciąży. Nie wierzę, że są to względy zdrowotne, raczej wakacje na koszt państwa, a właściwie na nasz wspólny" - miała powiedzieć.

Hm.

Po pierwsze - to nie sprawa wiary, tylko wiedzy. Czego komentować nie będę, bo wstyd. A jeśli się to połączy z informacją, że pani etyk teoretyk została uhonorowana nagrodą "Europejczyk Roku 2010", robi się wesoło.

Po drugie - za pierwsze trzydzieści trzy dni zwolnienia lekarskiego kobiecie w ciąży płaci pracodawca. Potem "przejmuje" ją ZUS. Jeśli były, oczywiście, odprowadzane składki. A składki są, zdaje się, odprowadzane z pieniędzy tejże kobiety w ciąży, i słusznie jej się należą.

Po trzecie, jak się okazało, najwięcej, czyli ok. 1,5 mln zwolnień jest wypisywanych najwyżej na miesiąc. Czyli - na koszt pracodawcy. Pozostałe to minimalny odsetek.

"Kobiety biorące takie zwolnienia robią zły PR kolejnym młodym kobietom szukającym pracy" - dodaje jeszcze pani Środa.

Oczywiście. O wiele lepiej będzie, kiedy kobieta na przykład w trzecim miesiącu ciąży będzie co chwilę biegać w wiadomym celu do toalety, nie zważając na przysługujące jej przerwy. Albo kobieta w ósmym miesiącu ciąży, z bolącym kręgosłupem, będzie podawać klientom towar z najniższej półki. A wydajność takich kobiet wpłynie szalenie pozytywnie na opinię pracodawców o kobietach w ogóle. Oraz na zdrowie dzieci matek pracujących bez zwolnienia aż do pierwszych skurczów.

"Efekt będzie taki, że pracodawca następnym razem zamiast zatrudnić kobietę, zatrudni mężczyznę" - kończy wypowiedź nasza działaczka feministyczna. A powinna dobrze wiedzieć, że nic podobnego kobietom nie grozi, bo pracodawcy bardziej się opłaca zatrudnić kobietę, której może zapłacić mniej. A do tego zatrudni ją na umowę o dzieło, więc o zwolnieniu, ZUSie i pieniądzach "nas wszystkich" mowy nie będzie.

Ale cała ta polemika jest tak naprawdę zupełnie zbędna. Wiadomo bowiem, że chodzi w tym wszystkim o co innego: o to, żeby kobiety NIE BYŁY w ciąży. Skoro ciąża to zły PR dla innych kobiet, nie można w ten sposób psuć rynku pracy. Bo po cóż nam, ach, po cóż, hodować nowe, potencjalne bezrobotne? Albo jeszcze gorzej - pracownice, które za lat dwadzieścia (lub trzydzieści) będą bez umiaru brać zwolnienia lekarskie "na nasz wspólny koszt"?

Jaki z tego wniosek?

Należy rodzić synów.

Rozwiąże to wiele problemów, w tym problem zniechęconych pracodawców oraz feministek. Nie będą się miały kim zajmować.

Nasuwa mi się jeszcze jedno pytanie - zgodne z logiką naszej pani etyk. Z jakich pieniędzy otrzyma emeryturę? Czy nie przypadkiem "na nasz wspólny koszt"?

Czy nie należałoby zatem ograniczyć ilości kobiet przechodzących na emeryturę?
Niech nie robią sobie wakacji na koszt państwa.

poniedziałek, 13 września 2010

Oszukać przeznaczenie

Moja ulubiona gazeta zdobyła niusa.

Mężczyzna i kobieta wzięli ślub.
W sobotę, w Żelazowej Woli.

Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego - nie była to na pewno jedyna para młoda w tę sobotę - gdyby nie fakt, że pan młody ma pewien problem. Psychicznie identyfikuje się z kobietami. I chce, by do niego mówić "Ania".

Stąd bardzo odpowiadający rzeczywistości tytuł: "Dwie kobiety wzięły ślub".

"Ania formalnie jest mężczyzną" - czytamy. "Nie zamierza tego zmieniać. Nie będzie więc użerania się z systemem prawnym."

Nie będzie też kłopotów z dziećmi: szukania dawcy spermy i może nawet matki zastępczej. Wszystko normalnie załatwi biologia.

Rodzina Ani podejrzewa, że syn jest gejem.
Jego żona, Greta, lesbijka, twierdzi, że związek, w który weszła, na pewno nie jest heteroseksualny. Tylko nieoczywisty.

Młodzi małżonkowie "nie ukrywają radości z tego, że udało im się zagrać na nosie polskiej tradycji i prawu, które nie dopuszcza żadnych związków innych niż heteroseksualne" - piszą autorzy tekstu.
No jasne.


Kobieta i mężczyzna wzięli ślub.

Kobieta do tej pory wolała kobiety.
Mężczyzna udaje, że jest kobietą. Mimo, że zawartość jego majtek świadczy o czymś innym.

Z punktu widzenia biologii wszystko w najlepszym porządku.
Sensacja.

Kobieta wyszła za mąż za faceta z problemem psychicznym i permanentnym makijażem.
Prawo musi czuć się okropnie oszukane.

Jak mówił Einstein: ludzka głupota daje pojęcie o nieskończoności.

wtorek, 7 września 2010

Telewizja szuka

Pewien ogólnopolski serwis internetowy od dłuższego czasu pełen jest zaproszeń do programu telewizyjnego.

Dokumentaliści tego programu szukają, kogo następuje:

- mężczyzn, którzy nie mają zębów, mają zeza, piegi, choroby skórne albo krzywy nos.

- kobiet, które sypiają z dwoma spokrewnionymi mężczyznami i nie wiedzą, którego wybrać.

- kobiet, które kręci facet z wyrokiem.

- kobiet, które w wakacje zdradziły męża/partnera.

- kobiet, które sypiają z księżmi.

- kobiet, które spotykają się z żonatymi mężczyznami dla pieniędzy.


Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy włączacie telewizor w porze nadawania pewnego popularnego polskiego talk-show, w którym poruszane są kontrowersyjne, intymne tematy.

poniedziałek, 19 lipca 2010

Nowa koncepcja świętości Adama Sz.

W podróż poślubną z premedytacją nie brałam żadnych gazet. Do czytania za to - tylko jedną książkę, "Śniadanie mistrzów" Vonneguta. Skończyła się za szybko.

Na tyle szybko, że poszukałam sobie lektury dodatkowej. To, co pan Adam Szostkiewicz nazwałby pewnie losem, fatum, przypadkiem albo pechem, a co ja nazywam zupełnie inaczej, sprawiło, że znalazłam "Politykę" z 5 czerwca. Miesiąc przeterminowaną.

I zamiast słuchać rad starszych i mądrzejszych, zabrałam się za lekturę, w cieniu, na leżaku, nad błękitnym basenem, z sielskim poczuciem oderwania od rzeczywistości.

Cóż jednak lepiej sprowadzi cię na ziemię, a dokładniej na jej bardziej skalistą i porośniętą cierniami część, niż "Polityka"?

(Tak, wiem, odpowiedź jest oczywista. Ale tym razem chodzi o tygodniki.)

W artykule pana Adama Szostkiewicza zatytułowanym "Świętych obcowanie" mamy na pierwszy rzut oka materiał o Popiełuszce, wtedy akurat dzień przed beatyfikacją.

Powinien zaalarmować mnie nadtytuł: "Kult świętych gryzie się z demokracją, ale trochę świętości w demokracji nie zawadzi", ale moją czujność uśpił grecki wietrzyk.

Artykuł zaczyna się chlubnie. Od Popiełuszki, a właściwie od stwierdzenia, że "Święci są potrzebni ludziom." Pytanie, kim zatem są święci. Skoro nie ludźmi.
Pan Szostkiewicz na to pytanie odpowiada, a jakże. Są, że sobie pozwolę zacytować, "jakąś elitą, tworzoną na mało przejrzystych i zrozumiałych zasadach przez niedemokratyczną instytucję Kościoła."

Najlepsza jednak jest puenta.

"Od II Soboru Watykańskiego, przed ponad 40 laty, Kościół katolicki głosi, że wszyscy ludzie są powołani do świętości."

Byłam dzielna.

Nie wrzuciłam gazety do basenu.
Nie zaczęłam okładać się pięściami po głowie.
Nie rozdarłam szat, może dlatego, że miałam na sobie li tylko kostium kąpielowy.
Nie splunęłam ze wzgardą na stronę dwudziestą czwartą oraz następne.

Nie zrobiłam tego dlatego, że czasy Starego Testamentu już minęły, a od ponad dwóch tysięcy lat mamy czasy Nowego Testamentu, czego jednak nie zauważył pan Adam Szostkiewicz, próbując napisać tekst o tym, na czym najwyraźniej kompletnie się nie zna*.

I wolę myśleć, że się nie zna, ponieważ jeśli się zna, o czym mogłaby świadczyć na przykład jego biografia, musiałabym dojść do pewnego przykrego wniosku.
Jeśli się do tego doda "Politykę", robi się coraz jaśniej.

Tyle, że przekonanie, że "w demokracji wszyscy są równi" wcale nie kłóci się ze świętością. Z powszechnym powołaniem do świętości. Wszyscy jesteśmy równi: mówił o tym święty Paweł trochę wcześniej, niż Sobór Watykański II. Wszyscy mamy takie same szanse na świętość. I to nie tylko ochrzczeni. Na szczęście jednak Kościół nie jest instytucją demokratyczną. Oznacza to, że nie będzie w nim tak, jak powiedział Franklin: "Demokracja jest wtedy, gdy dwa wilki i owca głosują, co zjeść na obiad."

Demokracja, w której święci stanowią elitę, bo nie są równi - czyli równie grzeszni jak ci, którzy nie zostali wyniesieni na ołtarze - to demokracja równania w dół.

To wszystko zapewne wie pan Adam Szostkiewicz, który o powszechnym powołaniu do świętości usłyszał od ojców soborowych, kiedy miał ze dwanaście lat. Pytanie, co z tym zrobił, skoro zbliża się do sześćdziesiątki, a świętość wydaje mu się niedemokratyczna, odległa i elitarna.


*Gdyby autor "Świętych obcowania" pilnie potrzebował rozmowy ze mną, służę swoją osobą.

czwartek, 20 maja 2010

Poranny skok ciśnienia

Zostałam poproszona o poprowadzenie spotkania z Tomaszem Terlikowskim. A że to mój temat, ale zupełnie nie mój format, wstałam bladym świtem, żeby się przygotować. Przeglądając blogowe wpisy TT, trafiłam na link.

Link był do mojej ulubionej GW.

A konkretnie - do komentarza niejakiej Katarzyny Wiśniewskiej.

Jak podaje Wp.pl, Katarzyna Wiśniewska, rocznik 1979, jest absolwentką filozofii i podyplomowych studiów dziennikarskich na Uniwersytecie Warszawskim. Od 2005 r. jest dziennikarką „Gazety Wyborczej”, publikowała w „Tygodniku Powszechnym”, „Znaku”, „W drodze” i „Azymucie”. W 2007 roku Stowarzyszenie Wydawców Katolickich przyznało nagrodę Małego Feniksa dla dziennikarzy za promowanie w mediach książki katolickiej.

Jej komentarz ma tylko kilka linijek. Ale jest małym dziełem sztuki uprawianej ostatnio przez GW, konkurencyjnie do niektórych sprzedających się w milionowych nakładach tytułów, o profilu przygotowanym specjalnie dla Polaków.

Moje ulubione zdanie:

[Rada Episkopatu ds. Rodziny] "posegregowała katolików na tych, którzy mogą przystępować do komunii, i tych, którym tego nie wolno. To wyjątkowo obraźliwe i krzywdzące."

Ależ oczywiście. Szkoda, że nie zauważyliśmy tego wcześniej. Wszyscy rozwodnicy żyjący w nowych związkach też są segregowani! A o tych w stanie łaski uświęcającej i tych chwilowo jej pozbawionych lepiej już nawet nie wspominać... Kościół segreguje już od czasów swojego powstania! Co za koszmar, że odkryliśmy to tak późno!

A oto, co zdecydowała Rada:

"Ci, którzy je [dzieci w stanie embrionalnym] zabijają, i ci, którzy czynnie uczestniczą w zabijaniu, bądź ustanawiają prawa przeciwko życiu poczętemu, a takim jest życie dziecka w stanie embrionalnym, w ogromnym procencie niszczone w procedurze in vitro, stają w jawnej sprzeczności z nauczaniem Kościoła katolickiego i nie mogą przystępować do Komunii świętej, dopóki nie zmienią swojej postawy".

I nagle mamy całe mnóstwo specjalistów od dogmatyki, którzy krzyczą, że nie ma dogmatu w sprawie in vitro, więc Kościół nie może niczego zabraniać ani nakazywać. Bo nawet papież jest "nieomylny tylko w kwestiach teologicznych" - zauważa świeżo upieczony dogmatyk GW, którego nazwiska z litości nie podam. Stwierdzenie o "nieomylności w kwestiach wiary i moralności" chyba nie obiło mu się o uszy. Zresztą słusznie. In vitro z moralnością niewiele ma wspólnego.

Najwyraźniej jednak mamy za mało kanonistów.

Kodeks Prawa Kanonicznego, obowiązujący, nota bene, wszystkich katolików w Polsce, mówi jasno w kanonie 753:

"Chociaż biskupi, pozostający we wspólnocie z głową Kolegium [papieżem] i członkami, czy to pojedynczy, czy zebrani na Konferencjach Episkopatu [...] nie posiadają nieomylności w nauczaniu, są jednak w odniesieniu do wiernych powierzonych ich trosce autentycznymi nauczycielami i mistrzami wiary. Temu autentycznemu przepowiadaniu swoich biskupów wierni obowiązani są okazać religijne posłuszeństwo."

Ciekawostka. Wygląda na to, że Rada mogła zabronić przyjmowania Komunii, i to zgodnie z prawem kanonicznym.

Tyle się Wyborcza natrudziła, żeby sztywny i przywiązany do tradycji i dogmatów Kościół zaczął wprowadzać zmiany - i proszę.
Podziałało.

Teraz pozostaje nam tylko opłakiwać jakość naszego pseudo-dziennikarstwa.