Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennikarstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennikarstwo. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 lipca 2012

Dziennikarstwo, teza i irytacja

Uch, jak mnie denerwuje takie "dziennikarstwo"!

Rozumiem, że media w Polsce muszą polaryzować obywateli, żeby wyraźnie było widać, kto gdzie siedzi albo stoi, bo wyraźne kontrasty są niezastąpione w medialnej narracji, a rzeczowe historie - zwyczajnie nudne, nie to, co gra na emocjach. 
Rozumiem, że od mediów internetowych, wbrew ich pre-tendencjom, nie należy wymagać zbyt wiele, a już zwłaszcza od tzw. publicystyki, ale są pewne granice. Pisanie artykułów pod tezę uważam po prostu za koniec dziennikarstwa. I już. Pod tezę to sobie można pisać felietony, a i tak zaraz ktoś coś wypomni.

Tym razem ofiarą moich żądań padła ofiarą dziennikarka wp.pl. Żądań rzetelności, oczywiście.
Napisała ona, w ramach raportu specjalnego o in vitro, tekst. Temat nośny, chodliwy i emocjonalny. I bardzo denerwujący dla kogoś, kto o in vitro i okolicach wie nieco więcej, niż to, że chodzi o jakieś dziecko z probówki.

I cóż my mamy w tym tekściku?
Wszystko, ach, wszystko. I nic zarazem.
Tekst znalazł się w dziale wiadomości, bo nie ma niestety działu "quasi-reportaż zaangażowany z tezą".
Jak napisać ów nowy wybryk gatunkowy?

Po pierwsze: wybrać tezę. Najlepiej chodliwą. Taką, co budzi emocje.
Po drugie: dobrać do niej bohaterów. Najlepiej z parciem na media, żeby było łatwo. Albo takich, którzy akurat potrzebują promocji i nie odmówią.
Po trzecie: zadbać o to, żeby bohaterowie mówili językiem barwnym, soczystym, emocjonalnym. I krytycznym wobec przeciwników tezy. Niech obrażają, niech mówią nieprawdę - to ich nieprawda, każdy może mieć własną.
Po czwarte: dla zmylenia przeciwnika wstawić ze dwie wypowiedzi zwolenników anty-tezy. Krótkie, zwięzłe, bez emocji.
Po piąte: z dostępnych faktów wybrać te sprzyjające. O reszcie się nie nawet zająknąć, żeby nie zepsuć tezy.
Po piąte: mówić do emocji, nie do rozumu. Czytelnicy nie myślą przecież logicznie, tylko emocjonalnie, więc i dziennikarz powinien.
Po szóste: porównywać. Dużo porównywać. Zwolenników tezy do ludzi wcześniej obdarzonych społecznym szacunkiem (o ile da się takich znaleźć). Przeciwników tezy do ludzi ograniczonych. Problem do innych, poważnych problemów, które zostały już "oswojone" (na zasadzie: i proszę, tamto się dało, i to się uda".


Efekty przeczytajcie sobie sami tutaj.

Nie oczekujcie rzetelności, bezstronności, zbierania wszystkich opinii, próby przedstawienia rzeczywistości inaczej niż na czarno-biało. Nie oczekujcie, że się czegoś dowiecie. Nie oczekujcie w zasadzie niczego. No, może poza irytacją. Bo z tekstu wynika, że PiS to barbarzyńcy. Kościół chce niesuwerennej Polski. Demokracja nie polega na rządach większości. In vitro to sposób leczenia, dzieci "z próbówki" są przez społeczeństwo polskie dyskryminowane, a zamrożone zarodki nie mogą stanowić przeszkody na drodze do szczęścia bezpłodnym rodzicom. I tyle.

Nic nowego. Nawet irytacja jak zwykle.

A mnie się wciąż czasem marzy, że dziennikarstwo podnosi się z ruin.
Ech.

środa, 16 listopada 2011

Zawód ginący

Po piątkowym Marszu Niepodległości świat (internetu) obiegł filmik z zakominiarkowanym facetem dającym w nos fotoreporterowi.

Facet został zidentyfikowany jako lewicowy prowokator, później jako kibic, później sprawą zajęła się policja i człowieka aresztowano.

A co z fotoreporterem? I jego nosem?

Ano nic. Czasy poszły do przodu i nikogo już chyba nie dziwi, że dziennikarze raz po raz są poszkodowani w jakimś konflikcie. W duecie z nosem poszedł jeszcze wóz transmisyjny TVN. Kto, dlaczego i na czyje zlecenie - tym powinny się zająć odpowiednie służby. Pytanie jednak zostaje to samo: co się stało z dziennikarstwem, skoro reporter na miejscu zdarzeń nie jest już traktowany jako obserwator, ale jako strona konfliktu?

Odpowiedź jest oczywista i banalna - dziennikarstwo przestało być obiektywne.

Dlatego, kiedy jadę w góry, wolę nie mówić, jaki mam zawód. Bo potem muszę się tłumaczyć, że zajmuję się książkami, a ludziom krzywdy nie robię (o recenzjach złych książek staram się nie wspominać).

Można by tu zaraz powiedzieć, że dziennikarstwo nigdy nie było obiektywne, że obiektywizm w przypadku człowieka jest niemożliwy, bo z natury swojej człowiek patrzy na świat subiektywnie. Chodzi więc o rzetelność. Rzetelność w informowaniu ludzi spoza mediów o tym, co się dzieje. To banał równie wielki, jak stwierdzenie o obiektywności, ale cóż zrobić. Tak właśnie jest.

Przypominają mi się zajęcia, na których całą grupą czytaliśmy artykuł o kibicach i zdumiewała nas jego stronniczość. Co lepsze, znaleźć taki przykład było nawet trudno, chociaż rzecz miała miejsce nie tak dawno temu.

Teraz mam kłopot ze znalezieniem porządnej informacji.

Rację miał profesor Godzic, mówiąc dwa dni temu, że informację w mediach zastąpiła interpretacja. A czasami żenująca nadinterpretacja.

Mało optymistyczne, coroczne podsumowania, publikowane przez Reporterów Bez Granic mówią, że dziennikarze z bezstronnych obserwatorów stali się stronami konfliktu. No cóż. Dziennikarstwo to zawód zaufania publicznego (zawodzi publiczność). I w związku z tym zawód ginący.

Parafrazując KKPM:

Nie dowiesz się na zapas
wyginęli dziennikarze

[hm. czy to znaczy, że nie żyję?]

Co prawda w tym małym, zmanipulowanym światku dziennikarzy podzielonych na ideologiczne obozy prasowe zaczyna się dziać coraz więcej (i nie mam tu na myśli absurdalnej wojenki MO z FiM, ale Federację Mediów Niezależnych i propozycję utworzenia Komisji Etyki, która mniej będzie przypominać kabaret niż REM). Na czym się skończy?

Oby nie na naszej specjalności: "Mów i dziel".

czwartek, 28 października 2010

Palenie kota

"Palenie kota" można zdefiniować następująco:

"czynność wykonywana przez dziennikarzy nie respektujących podstawowych zasad dziennikarskiego kodeksu etycznego, jakimi są rzetelność i obiektywność przekazu".

najstarszym historycznym poprzednikiem "palenia kota" było "mydlenie oczu". Później medioznawcy wypracowali nowocześniejszy termin: "dezinformacja".

Kolejnym historycznym etapem tego ciekawego zjawiska jest "palenie kota". Kot, jaki jest, każdy widzi, a ci, którzy mieli z tym ciekawym zwierzątkiem bliższy kontakt, wiedzą, jakie ów kot ma możliwości, nawet, kiedy nie płonie. Palenie doprowadza go do specyficznego rodzaju zachowań, które psychologia zwierząt domowych opisuje jako "napad szału ze strachu połączony z intensywnym dymieniem". "Kot podpalony zaczyna stanowić dominujący element otoczenia, nic bowiem nie zwraca takiej uwagi, jak oszalałe ze strachu, miauczące wniebogłosy i wydzielające gęsty dym zwierzę" (J.M. Psizór, 1999)

Medioznawcy przejęli na swój użytek ów jakże przemawiający do wyobraźni opis dla jak najlepszego zobrazowania kolejnego historycznego etapu rozwoju intrygującego zjawiska braku obiektywności połączonego z manipulacją dokonywaną na informacji.

Nie wiadomo, czemu oni się tak dziwią.
Jak wszyscy dobrze wiemy, obiektywizm nie istnieje.

czwartek, 20 maja 2010

Poranny skok ciśnienia

Zostałam poproszona o poprowadzenie spotkania z Tomaszem Terlikowskim. A że to mój temat, ale zupełnie nie mój format, wstałam bladym świtem, żeby się przygotować. Przeglądając blogowe wpisy TT, trafiłam na link.

Link był do mojej ulubionej GW.

A konkretnie - do komentarza niejakiej Katarzyny Wiśniewskiej.

Jak podaje Wp.pl, Katarzyna Wiśniewska, rocznik 1979, jest absolwentką filozofii i podyplomowych studiów dziennikarskich na Uniwersytecie Warszawskim. Od 2005 r. jest dziennikarką „Gazety Wyborczej”, publikowała w „Tygodniku Powszechnym”, „Znaku”, „W drodze” i „Azymucie”. W 2007 roku Stowarzyszenie Wydawców Katolickich przyznało nagrodę Małego Feniksa dla dziennikarzy za promowanie w mediach książki katolickiej.

Jej komentarz ma tylko kilka linijek. Ale jest małym dziełem sztuki uprawianej ostatnio przez GW, konkurencyjnie do niektórych sprzedających się w milionowych nakładach tytułów, o profilu przygotowanym specjalnie dla Polaków.

Moje ulubione zdanie:

[Rada Episkopatu ds. Rodziny] "posegregowała katolików na tych, którzy mogą przystępować do komunii, i tych, którym tego nie wolno. To wyjątkowo obraźliwe i krzywdzące."

Ależ oczywiście. Szkoda, że nie zauważyliśmy tego wcześniej. Wszyscy rozwodnicy żyjący w nowych związkach też są segregowani! A o tych w stanie łaski uświęcającej i tych chwilowo jej pozbawionych lepiej już nawet nie wspominać... Kościół segreguje już od czasów swojego powstania! Co za koszmar, że odkryliśmy to tak późno!

A oto, co zdecydowała Rada:

"Ci, którzy je [dzieci w stanie embrionalnym] zabijają, i ci, którzy czynnie uczestniczą w zabijaniu, bądź ustanawiają prawa przeciwko życiu poczętemu, a takim jest życie dziecka w stanie embrionalnym, w ogromnym procencie niszczone w procedurze in vitro, stają w jawnej sprzeczności z nauczaniem Kościoła katolickiego i nie mogą przystępować do Komunii świętej, dopóki nie zmienią swojej postawy".

I nagle mamy całe mnóstwo specjalistów od dogmatyki, którzy krzyczą, że nie ma dogmatu w sprawie in vitro, więc Kościół nie może niczego zabraniać ani nakazywać. Bo nawet papież jest "nieomylny tylko w kwestiach teologicznych" - zauważa świeżo upieczony dogmatyk GW, którego nazwiska z litości nie podam. Stwierdzenie o "nieomylności w kwestiach wiary i moralności" chyba nie obiło mu się o uszy. Zresztą słusznie. In vitro z moralnością niewiele ma wspólnego.

Najwyraźniej jednak mamy za mało kanonistów.

Kodeks Prawa Kanonicznego, obowiązujący, nota bene, wszystkich katolików w Polsce, mówi jasno w kanonie 753:

"Chociaż biskupi, pozostający we wspólnocie z głową Kolegium [papieżem] i członkami, czy to pojedynczy, czy zebrani na Konferencjach Episkopatu [...] nie posiadają nieomylności w nauczaniu, są jednak w odniesieniu do wiernych powierzonych ich trosce autentycznymi nauczycielami i mistrzami wiary. Temu autentycznemu przepowiadaniu swoich biskupów wierni obowiązani są okazać religijne posłuszeństwo."

Ciekawostka. Wygląda na to, że Rada mogła zabronić przyjmowania Komunii, i to zgodnie z prawem kanonicznym.

Tyle się Wyborcza natrudziła, żeby sztywny i przywiązany do tradycji i dogmatów Kościół zaczął wprowadzać zmiany - i proszę.
Podziałało.

Teraz pozostaje nam tylko opłakiwać jakość naszego pseudo-dziennikarstwa.

wtorek, 4 maja 2010

Alternatywne CV

Kilka razy z życiu zdarzyło mi się przeprowadzać rekrutację i czytać cudze życiowe przebiegi.

Najbardziej lubię podpunkt "Umiejętności".
Istotne jest to, co się tam pisze, ale jeszcze bardziej, czego się tam NIE pisze.

NIE pisze się o wiele więcej.

Ja na przykład, po sześciu latach studiów, umiem, co następuje:

Przeżyć tydzień w Krakowie za 50 zł.
Usmażyć 150 naleśników, ostatnią partię o 5 rano.
Zrobić smaczny obiad z dowolnej, nadającej się do spożycia, przynajmniej trzyelementowej zawartości lodówki.
Wypić pół litra na czczo i wszystko pamiętać.
Zmieszać szampana, koniak, gin bez toniku, wyborową, piwo i likier, czuć się świetnie i jak wyżej.

Zorganizować spotkanie modlitewne.
Rozmawiać w pociągu o inkwizycji, krucjatach, politycznych kazaniach i pedałach.
Zaśpiewać "Bogurodzicę".
Napisać pracę magisterską w miesiąc, zredagować ją w dwa tygodnie, mając do dyspozycji pięć źródeł, z czego trzy nie po polsku.
Przeprowadzić katechezę w nowohuckim gimnazjum.
Nie być ani razu na wykładzie, przeczytać skrypt w tramwaju i zdać na pięć.
Wkuwać przez dziesięć dni mapę okolic Morza Śródziemnego i umieć ją na wyrywki.
Nie próbować wyjaśniać Trójcy Świętej.

Spędzać czas sama.
Nie słuchać muzyki.
Założyć gazetę.
Wozić kota w torbie podróżnej.
Słuchać męskich opowieści.
Kpić z tego, na co mam ochotę.
Napisać cztery teksty w ciągu doby.
Pisać sześć stron powieści na godzinę.
Dokumentować temat przez trzy lata bez nadziei na realizację.
Znaleźć w internecie to, czego nie mogą znaleźć inni.
Przesiadać się pięć razy na dwustukilometrowej trasie.
Spać czternaście godzin.
Wstawać o czwartej rano, żeby obejrzeć wschód słońca.

I nikt mnie o to nie zapyta, kiedy zdarzy mi się znowu szukać pracy.
Zresztą w tej branży mało kto chce oglądać moje CV.

poniedziałek, 22 marca 2010

Kilka przydatnych słów

Tautologia

Z greckiego: ταυτος – ten sam i λογος – mowa.

Niepotrzebne powtórzenie wyrazu, myśli zawartych już raz w danej wypowiedzi.
Powstaje, kiedy mówiący nie do końca wie, co oznaczają wyrazy, których używa.
(Kopaliński)

Pleonazm

Z greckiego - nadmiar.

Wyrażenie składające się z dwu lub więcej wyrazów (prawie) to samo znaczących.
Pleonazmy często zawierają wyrazy pokrewne lub wyrazy obce, których twórca wypowiedzi nie rozumie.
(Kopaliński/Ciocia Wiki)

Redundancja

Z łaciny: powódź, nadmiar, zbytek.

Pojęcie określające, o ile można skrócić zakodowaną wiadomość przy przejściu do najekonomiczniejszego sposobu zapisu.
Nadmiar w stosunku do tego, co konieczne lub zwykłe.
Niecelowa nadmiarowość jest uważana za niezręczność językową.
(Kopaliński/Wujek Google)

Elokwencja

Od łacińskiego "wygłaszać".

Sztuka wymowy, wymowność, umiejętność łatwego i przekonywającego wysławiania się; krasomówstwo.
(Kopaliński)

Gadulstwo

a. niestrawna elokwencja
b. nużąca elokwencja

(Internetowy Słownik Haseł Krzyżówkowych)


Dziennikarstwo

Niestety, niczego nie znaleziono.
(Kopaliński)

sobota, 6 marca 2010

Kapuściński fiction

W środę była premiera.
Premiera nowej książki Domosławskiego o Kapuścińskim, której świetną reklamę zrobiła żona pisarza (tego drugiego),żądając zakazu publikacji. Więc od stycznia temat krąży w branży, a od lutego jest medialnie podgrzewany. „Znak” z powodów uczuciowych, o których i tak wiadomo, że są finansowe, zrezygnował z publikacji, więc „Świat Książki”, który chce wydawać bestsellery, wydał. I wydaje się, że to bestseller.

Książka znikła z półek. Dzień po premierze wraz z E. zrobiłam rundę po księgarniach wokół krakowskiego Rynku.

Empik dostał pięć sztuk, więc już dawno jej nie było.

W firmowej księgarni „Świata Książki” na Floriańskiej został tylko audiobook. Książki przyszły już kilka razy – i znikły. Ale będą we wtorek. Będzie nawet miękka okładka, co sugeruje, że wydanie 45 tysięcy
w twardej było, oczywiście, marketingowym chwytem.

We wtorek będą też książki w Matrasie – w którym rozeszły się już ze trzy dostawy. I w dwóch innych księgarniach. Za to kilka egzemplarzy, przecenionych z 54,90 do okrągłej pięćdziesiątki, zostało
w taniej książce na Brackiej.

No i wszyscy kupują samego Kapuścińskiego, bo trzeba zobaczyć na własne oczy, co to on w tych swoich książkach, gdzie i jak.

I co teraz?

Kiedy wszyscy dowiemy się, co też to wyprawiał Kapuściński,kiedy spadnie nam do stóp z piedestału, na który go wywindowaliśmy, głowa pisarza? Kiedy zaliczymy go do kategorii ludzi gorszych, bo umoczonych w TW-bagnie
i PRL-owskich układach?

I nie mówcie mi, że tak nie będzie.

A przecież o tym, że coś nie do końca w porządku z jego reportażami, przebąkiwali od dawna różni inni. Na przykład Rafał Trzciński.

I. mówi, że teraz po prostu musimy zacząć czytać Kapuścińskiego inaczej. Czyli jego książki z półki „Klasyka reportażu” przesuną się na regał „Klasyka literatury”.

W. triumfuje. „A nie mówiłem?”

A co mają powiedzieć wszyscy studenci dziennikarstwa, dla których Kapuściński był w kanonie lektur na pierwszym miejscu? A co mają powiedzieć ci, dla których Mistrz Kapuściński był drogowskazem na drodze do dziennikarstwa? A co mają…

No właśnie.

A coś muszą powiedzieć. Ostatnia salwa ze straconych pozycji.
Ks. Boniecki napisał we wstępniaku [TP, 10/2010] tak: „Z przekonaniem będę bronił tezy, że w książce Domosławskiego wielkość jej bohatera zostaje potwierdzona,choć w zaskakujący sposób”. Szykuje się wielka medialna debata o obalaniu pomników, która sięga naszych niezagojonych ran, bez opatrunku chowanych przed własnymi oczami, spychanych do podświadomości. Teraz je odkrywamy – i ze zdumieniem patrzymy, jak ropieją i nie chcą się zabliźniać.

Czy ktoś już zapytał, jak bardzo rozczarował się Domosławski, pisząc swoją książkę?
Nie wiem.

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Nicencjat

Rzeczywistość ostatnimi czasy zaczęła być naprawdę ciekawa.
Coraz więcej interesujących faktów łączy się w całość, tak jakby szkiełka, kamyki, piórka, kawałki sznurka, zapisane do połowy karteczki zaczęły nagle przypominać układankę, chociaż wcześniej były tylko przypadkową zbieraniną. Coraz więcej jest rzeczy dających do myślenia.

A z układanki powoli wyłania się obrazek. I nie są to konie galopujące po zielonej trawie, ani francuskie zameczki nad Loarą, ani wielbłąd na pustyni.
Ten obrazek jest o wiele mniej optymistyczny.

Ale nie znaczy to, że nie składają się na niego elementy zabawne.

Do takich zabawnych można zaliczyć telewizyjną reklamę Wyborczej:

"Obniżki emerytur dla pracowników służb PRL.
Niższe renty dla wdów po oficerach.
Dowiedz się, jak odzyskać swoje pieniądze"

Ładne, prawda?

Być może przyczyna istnienia tej układanki leży w temacie, którym się beztrosko zajęłam, zapominając o naszym lokalnym, skomplikowanym układzie historyczno-politycznym.

Dla przypomnienia przeczytałam "Dolinę Nicości". Nie najlepsza rzecz
w karnawale, należało zostawić ją sobie na Wielki Post.

Dla rozrywki czytam też powieść w odcinkach, publikowaną na blogu jednego z naszych dziennikarzy. Powieść jest przeplatana niepowieściowymi historyjkami z życia, i zdarza się, że ich bohaterzy odzywają się do autora w komentarzach. Ale ubaw.

Blogów w ogóle jest więcej, i tylko czekam, aż niektóre znikną, bo zaczynają być nie na rękę. Nie wiadomo tylko, czyją dokładnie.

W dodatku moja układanka zaczyna raczej przypominać grę typu escape. Zamknięte pomieszczenie, z którego trzeba się wydostać, rozwiązując łamigłówki, które najpierw trzeba samemu znaleźć, łącząc rzeczy, które na pozór do siebie nie pasują. I żadnej instrukcji obsługi.

Taka współczesna wersja gry w kotka i myszkę, doprowadzonej zresztą do perfekcji przez Agatkę Ch.

Celem gry jest dotarcie do prawdy. To nie naiwność. To wewnętrzna potrzeba każdego człowieka, choćby nie wiem jak bardzo była schowana
w jego wnętrzu, jak bardzo zdeptana, jak bardzo wystraszona i skazana na zagładę.
Jest tam, w środku.
I jest sposób na wydobycie tej potrzeby, a dzięki niej - na odnalezienie prawdy.

Ten sposób jest tak prosty, że większość nie wierzy w to, że może być skuteczny.

Skutki uboczne: historyczno-histeryczna klaustrofobia.

No cóż. Nie należy przejmować się za bardzo. Jak powiedział K., w końcu piszę tylko nicencjat.

Nicencjat z dziennikarstwa.

sobota, 12 grudnia 2009

Za ciosem

Spotkałam Kubę.

Nie widziałam go kilka lat, nie licząc naszej-klasy, oczywiście.
Pogadaliśmy chwilę. Zapytał, jak jest na dziennikarstwie.

Powiedziałam: "Świetnie!"
I w tej samej chwili zdałam sobie sprawę z tego, że skłamałam.

Nie jest świetnie.
Z roku na rok jest coraz gorzej.

Chwalimy się tym, ile osób zdecydowało się studiować u nas. Jaką mamy kadrę. Jakie mamy zajęcia praktyczne.

A tak naprawdę - nie piszemy nic.
Co to za dziennikarz, który pisze jeden tekst na pół roku?

A tak naprawdę wkuwamy ważniejsze daty z historii Kościoła, życiorys Jana Pawła II, wykresy ekonomiczne, doświadczenia socjologiczne, założenia systemu medialnego w Japonii.

Nie chodzimy na wykłady, bo wykładowcy nie mają nam nic do powiedzenia. Ani tyle przyzwoitości, żeby ten fakt maskować chociaż trochę.

Żeby stwierdzić, czy wykład jest dobry, czy nie, wystarczy zobaczyć, ile osób na nim jest.

Nie trzeba nawet słuchać dygresji o własnym geniuszu mamrotanych przez prowadzącego do mikrofonu, którego nie potrafi włączyć.

Nie trzeba nawet patrzeć na innego, który przychodzi na własne zajęcia
i jest zachwycony tym, że pamiętał, o której godzinie się zaczynają, ale
i tak nie wie, co ma na nich robić.

Nie robimy nic, bo nasi wykładowcy w nas nie wierzą - powiedziała E.
I ma rację.

Kiedy słyszy się na okrągło: "Jesteście za młodzi, żeby to robić",
"No, to bardzo ambitne plany. Proszę mi dać znać, gdyby coś
z tego wyszło" albo "Wy, gówniarze, nie macie takiej wiedzy, żeby cokolwiek mówić od siebie" - traci się ochotę.

Nie tylko na zajęcia.

niedziela, 7 czerwca 2009

O tempora, o iurnalistes

Zachęcona przez dr G., poszłam na spotkanie starych krakowskich dziennikarzy.

Starzy dziennikarze znają się jak łyse konie, powielali razem niejedną gazetę i wypili ze sobą morze wódki. Dobrze wiedzą, jak przebiegają między nimi podziały i pamiętają, z czego wynikają.

Spotkali się przy zdjęciach z '89 roku jak rodzina przy albumie, w którym wujek Adaś ma dzwony, a ciocia Helenka wygląda jak pudel w za dużych okularach. Nie śmiali się, raczej kiwali głowami.

Spotkali się po południu w zabytkowej sali Klubu Dziennikarzy przy Rynku. Po części oficjalnej, w składzie pomniejszonym o osoby wrażliwe na szpileczki wyostrzonych przez pamięć historycznych wspomnień, poszli jeszcze ze sobą posiedzieć.


Wybrana przez dr G., byłam na spotkaniu młodych krakowskich dziennikarzy.

Młodzi dziennikarze nie znają się wcale; na obleganych dziennikarskich kierunkach studiów jest ich zbyt wielu. Robią praktyki, pracują, czują się wybrani i niezastąpieni, biegają po mieście. Piją piwo w swoim gronie, które uważają za elitarne.

Spotkaliśmy się w samo południe w nowoczesnym budynku Wydziału Zarządzania UJ, pół godziny autobusem od Rynku. Zadanie: zorganizować nową redakcję akademickiego programu.

Od razu podkreśliliśmy, że nie ma po co tworzyć sztucznych podziałów między uczelniami. Przecież i wy, z KA, i wy, z UJ, i wy, z PAT, i wy, z UP, wszyscy dobrze wiemy, że trzeba zatrzeć te podziały, bo inaczej nie zrobimy nic.

Później rozmawialiśmy w profesjonalnym studio nagraniowym UJ o tym, że trzeba się zintegrować. Umówiliśmy się na piwo za dwa tygodnie i wtedy zaczął nas gonić czas, więc szybko rozjechaliśmy się, każdy na swoją uczelnię, do swojej redakcji, na swoje praktyki, do swojego domu, przed swój komputer.


Wniosek:
tak szybko, jak to możliwe, wyrobić sobie nazwisko i w charakterze wolnego strzelca pisać genialne reportaże z życia mieszkańców Nowej Zelandii.

środa, 29 kwietnia 2009

Teoretycy śledzą praktyków

Z konferencji "News i dziennikarstwo śledcze wobec wyzwań XXI wieku" wróciłam z dwudziestoma stronami notatek, głową pełną pytań, utwierdzona w przekonaniu, że dziennikarstwo śledcze wymaga warsztatu najwyższej jakości, i pozbawiona kolejnych złudzeń.

Teoretycy twierdzą, że dziennikarstwo śledcze jest działalnością dziennikarza, podążającego za informacją, która jest z premedytacją ukryta, bo jest związana z naruszeniem prawa lub moralności. Wskazują na elementy, które odróżniają dziennikarstwo śledcze od reszty.

Praktycy twierdzą na przykład, że nie istnieje dziennikarstwo śledcze; że to, co robią, to dziennikarstwo "wnikliwe". Nie zgadzają się z teoretykami - i, delikatnie mówiąc, nie zgadzają się też między sobą.

Nie znaczy to, że nie można znaleźć punktów wspólnych.
Po pierwsze: warsztat.
O którym nikt nie chce mówić, bo jest - jak w każdym rzemiośle - podstawą do zdobycia zlecenia.

Warsztat określany jest przez samych praktyków mniej więcej tak: "Temat się znalazł na jakimś forum, jakoś dotarliśmy, do kogo trzeba było, i jakoś się udało go zrealizować".
Parafraza może brzmieć tak: elementami warsztatu jest intuicja, znajomość odpowiednich, a jeszcze częściej - nieodpowiednich osób i instytucji, i znajomość odpowiednich artykułów odpowiednich ustaw (oraz orzecznictwa, jak podkreślał dr Kosmus z Gdańska).

Po drugie: osobowość.
Jest niepowtarzalna. Należy do niej umiejętność obserwacji, logiczne myślenie, cierpliwość, dociekliwość, sposób postępowania z ludźmi, prawość i odwaga.

Po trzecie: zasady etyczne, które (jak to trafnie ujęła dr Łoszewska-Ołowska z UW), "czuje się w sobie".

Po czwarte i piąte: poparcie w postaci wydawcy, który zapłaci za proces, oraz upór, który nie pozwala się poddać mimo poniesionych strat i braku oczekiwanych skutków.

Istnieje też kwestia sympatyzowania niektórych dziennikarzy z niektórymi ugrupowaniami, co przekłada się na rodzaj poruszanych tematów i bohaterów dziennikarskich dochodzeń.

Do końca nie wiadomo, kto w Polsce należy do elitarnego grona dziennikarzy śledczych. Na pewno są tam ci, których działalność została uznana przez opinię publiczną za sprawą SDP, Grand Pressów i im podobnych. Nawet, jeśli już po wręczeniu nagrody jednak przegrali proces i po cichu musieli ją oddawać.