Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pamięć. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pamięć. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 lipca 2010

Psy

Od czterech lat mieszkam na siódmym piętrze ośmiopiętrowego bloku.

Na każdym piętrze jest dziewięć mieszkań, co daje siedemdziesiąt dwa mieszkania. W każdym średnio trzy osoby.

Ponad dwieście osób.

Kojarzę tych charakterystycznych, jak Sąsiad W Kapeluszu, Sąsiadka Z Dołu, Mąż Sąsiadki z Dołu, Ta Z Parteru i jej syn, którego wyjątkowo znam po imieniu.

Poznaję tych z mojego korytarza przechodniego: panią Kazię, emerytowaną nauczycielkę - starą pannę, którą zna cały blok, sąsiadkę z naprzeciwka i jej córkę oraz sąsiada przez ścianę, który zapisał mi się w pamięci chodzeniem po korytarzu w samych gaciach (na szczęście jest młody i całkiem do rzeczy zbudowany).

A resztę mieszkańców bloku rozpoznaję po psach.

Rodzina z drugiej strony ma srebrnego amstaffa. Facet niżej - dwa boksery, które bawią się zawsze gumowym ringo. Jest nieduża biała psica husky z brązowym nosem, czarna mała suczka, wulkan energii, przygarnięta ze schroniska przez starszych państwa z drugiego piętra. Chłopak z pierwszego ma ostatnio małego yorka, a ktoś z czwartego - starego, brązowego kundelka o sympatycznym pysku.

Spotykamy się w windzie.
Rozmawiamy o psach i pogodzie.

I nie wiemy o sobie nic, z wyjątkiem numeru piętra, na które jedziemy.
I psa.

Kiedy poza windą próbuję sobie przypomnieć twarz któregoś z sąsiadów, nie potrafię. Pamiętam psy.

Nic dziwnego, że w windzie wciąż spotykam nowe twarze.

sobota, 17 kwietnia 2010

Dziewięć

M.M. napisał w piątek: OSIEM i PÓŁ.

Czwartek, 16.45. Przed kurią paru znudzonych protestantów z dużym stażem. Nie mają widowni, transparenty z surrealistycznymi napisami oparli o mur. Przeklinają od niechcenia Żydów i może jeszcze kogoś. Przechodzę szybko, mijam wtopionych w grupkę dwóch 15-latków. Im się nie spieszy, zresztą do czego, jak 'są niezłe jaja' (pobłażliwe uśmiechy na twarzach), a do tego szansa na minute sławy.
TVN już tu był, satelita TVP jeszcze stoi naprzeciw.

Poza tym:

W. milczy.

Milczy też T., szkoda, bo obu posłuchałabym chętnie.

Dzisiaj o 8.40 jesteśmy z K. na Grodzkiej, stajemy w kolejce po bilety na pogrzeb. Okropnie to brzmi, bilety. Jak na widowisko. Może i tak.

Kolejka do Senackiej, a potem aż do Piotra i Pawła, i dalej. Tego końca już nie widzimy. Pierwsi są od piątku, od 22.00 - tak mówi kolejka. Zaprawieni w bojach po bilety, wzięli śpiwory i karimaty.

Stoimy w kolejce ekspertów.

Za nami para - chłopak tłumaczy swojej dziewczynie świat. W sposób nie znoszący sprzeciwu. Mówi, i mówi. Jej to najwyraźniej nie przeszkadza.

O 8.56 - dzwony, syreny.
- No, wtedy zginęli - mówi kolejka.

Bilety będą rozdawane od 10.00, ma być ich 10 tysięcy. Jeszcze na Jana rozdają. Ale tu, w pawilonie Wyspiańskiego, pewnie będzie połowa.
- Nie, dwa tysiące mają być - poprawia ktoś inny od razu.

Idę po gazety, wszystkie dzienniki, nawet "Fakt". W Krakowskiej - mapka z sektorami. Potem kolejkowi sąsiedzi będą pożyczać ode mnie tej gazety z mapką.

O 9.20 dociera do nas lista. Że idzie, wiadomo, od kiedy przyszliśmy. Idzie od czoła kolejki, idzie powoli, nikt nie wie, skąd się wzięła, ale każdy woli się wpisać, na wszelki wypadek. W końcu dochodzi na odległość wzroku. Facet stojący z sześć osób wcześniej położył listę na dachu parkującego samochodu i wpisuje, wpisuje, wpisuje. Zaczyna się niepokój: którzy będziemy na liście? Wejściówek jest dwa tysiące, każdy może wziąć podwójną, który będziemy mieć numer? Jeśli niższy niż tysiąc, dostaniemy. Kolejka stoi i się niepokoi.
Facet wpisuje.
Przychodzi właścicielka samochodu, czeka cierpliwie, aż facet się zorientuje, a on dalej wpisuje. W końcu ktoś go szturcha, wpisał wszystkich, lista idzie dalej. Pani wyjeżdża z Grodzkiej.
Mam numer 545.

Sąsiedzi uspokajają się.
- Do nas zejdzie z tysiąc biletów, czyli my wejdziemy. Gorzej z tymi na końcu - kiwa głową chłopak-wyjaśniający-świat.

Starsza pani za nim dzwoni.
- Wiesz, mam numer 459. Raczej nie braknie.

Lista powstaje na kserówkach rozdziału zatytułowanego "Wprowadzenie do teorii pamięci".
Lista po bilety na pogrzeb Prezydenta.
Ktoś mówił coś o znakach?

Kolejka odrobinkę się przesuwa, i jeszcze, i jeszcze. Stoimy teraz pod barem mlecznym na Grodzkiej. Zimno. Słońce jeszcze tu nie zagląda, ozłaca tylko szczyty kamienic. Coraz więcej ludzi idzie po gorącą herbatę z cytryną. W kolejce sporo par, średnia wieku - najwyżej trzydzieści. Sami młodzi, a mają odruchy kolejkowe, o których opowiadała mi mama.
Skąd?

Przed dziesiątą przez Grodzką od Wawelu jadą ciężarówki z płotkami. Potem policjanci przechodzą wzdłuż kolejki, wołając "Proszę ustawić się pod ścianą". Dobrze, że ta średnia wieku taka niska. Może nawet mniej niż trzydzieści.

O 10.00 kolejka zaczyna się niespokojnie poruszać. Na razie - na boki. Przecież powinni już rozdawać. Czemu się nie przesuwamy. Ktoś idzie na zwiady, i następny ktoś, i następny, i następny. Potem zwiadowcy meldują, co widzieli, swoim współstaczom. Po cichu.

O 10.20 jesteśmy przy Poselskiej.

Kolejka ma już dobry humor. Będą bilety. Teraz ci, którzy potrzebują więcej, próbują znaleźć tych, którzy potrzebują tylko jednego. Negocjacje, umowy ustne.

na początku Grodzkiej, przy placu Wszystkich Świętych, podnośnik. Robotnicy będą dekorować ulicę flagami, rozwieszą je, jak zawsze, pomiędzy kamienicami. Potem jakaś dziewczynka zapyta mamę: a te biało-niebieskie to jakie? Dwóch fotoreporterów ugadało operatora podnośnika i wjeżdża na górę, nad tłum, błyskają ich flesze, prawie słychać szybkostrzelne migawki.

Spekulujemy: PAP? Ktoś lokalny?

Harcerka idzie wzdłuż kolejki. Pyta, czy ktoś stoi po zielone bilety. A jakie to, zielone? Dla kogo? To jest zielona strefa? W telewizji nie mówili. Nikt się nie rusza z miejsca.

Policja ustawia metalowe płotki, płotki uderzają z brzękiem o chodniki. Kolejka między ścianą i płotkami. Nikt z zewnątrz nie może wejść. Próbuje jakiś starszy facet, wygląda nie bardzo, wymachuje dowodem. O, ja stałem za panią! Za tą panią! Pani jest starsza, może nie pamięta - ależ pamięta. Nie stał. Kolejka pomrukuje pod nosem, z pogardą. Nie stał. Nie stał.

O 10. 45 wychodzimy z kolejki, między paniami od biletów w okienku z lewej, a prasowym murem z prawej. Prasa nie pyta, kamery kręcą, fotoreporterzy pstrykają, ale już bez zapału, już wystarczy.

A potem:

"Sprzedam swój czas, który poświeciłem na stanie w kolejce po wejściówkę do szarej strefy na uroczystości pogrzebowe Pary Prezydenckiej gratis dodaje bilet na pogrzeb"

Albo o Katowicach:

"Katowice: Gigantyczne kolejki po bilety na pogrzeb Kaczyńskich. Ludzie stali nawet 2 godziny."

niedziela, 11 kwietnia 2010

Sześć

Rozmawiałam z Asią.

Zginęli w wigilię Niedzieli Miłosierdzia.
W liturgiczne wspomnienie Jana Pawła II.
Lecieli na mszę, więc przynajmniej część była do niej duchowo przygotowana.
Mieli na pokładzie duchownych: katolickich, ewangelickiego, prawosławnego.

Owszem. Trzeba się za nich modlić, za niektórych szczególnie. Ale śmierć nie jest końcem.

A my o tym zapominamy.

Nie jest końcem, jest początkiem zupełnie nowych rzeczy, i jeśli szło nam dobrze, o wiele piękniejszych.

Ich śmierć zaowocuje. Już owocuje.
Lecieli do zmarłych, dotarli do żyjących.
Jak powiedział podczas nabożeństwa żałobnego - jednego z wielu - pewien ksiądz, którego nazwiska nie usłyszałam: pan prezydent wraz ze swoimi generałami trafił wprost na niekończącą się defiladę w niebie.

X.Gancarczyk: To, co miało być ukryte, zostało rozgłoszone na dachach.

Oczywiście, mnóstwo przy tym pytań z gatunku "zbiorowo załamujmy ręce nad tragedią".

"Dlaczego ich to spotkało? Mieli dzieci, niektórzy małe, mieli rodziny, mieli obowiązki, byli niezastąpieni."

Jak płaczki.

"Nie płaczcie nad nimi, ale nad sobą".

Prezydent powiedział kiedyś, że wszystko, co go dobrego w życiu spotkało, przyszło z zaskoczenia.

A śmierć zawsze przychodzi w najlepszym momencie. Tu nie ma pomyłek. Tylko my mamy ograniczone pole widzenia.

sobota, 10 kwietnia 2010

Pięć

Egoizm.

Zostaliśmy bez władz.
Zostaliśmy w szoku.
Zostaliśmy jak staliśmy, z dobrodziejstwem konstytucyjnego inwentarza.

A zastanawialiście się, jak to jest spłonąć w samolocie?
Jak to jest - dowiedzieć się o TAKIEJ śmierci rodziców? Brata? Żony? Męża? Babci? Dziadka?

Identyfikacja potrwa sześć tygodni.
Wcześniej zaczną krążyć głupie dowcipy.

Jaka to potworna śmierć.

A ci, którzy zostali, kiedy się dowiedzieli? Jak?

Z radia? Z telewizji? Zanim zadzwonił do nich marszałek? Potem włączyli, w sam raz na obrazki z katastrofy?

To się w ogóle dzieje naprawdę?

Dwa

Wojsko.

TVN24: Wojskowi wykluczają, że doszło do zamachu.

Na pokładzie byli wszyscy.

Generał Petelicki: To nie powinno się wydarzyć. Rzeczą absolutnie niedopuszczalną jest to, żeby na pokład jednego samolotu weszło całe dowództwo wojska polskiego. Jestem autentycznie przerażony. To nie wróg dokonał na nas ataku. To my sami.

Na antenie ludzie płaczą.

Dużo skojarzeń.

Sikorski.
Kennedy.

Dlaczego tam byli wszyscy?

Zastępcy przejmują funkcje dowódców.
Dowódców - czyli tych najlepszych, najbardziej doświadczonych. Tak przynajmniej wskazuje logika.

Co, gdyby teraz jakiś nasz wewnętrzny ktoś chciał przejąć władzę?

Co, gdyby wjechały cudze czołgi?

Pokolenie moich rodziców bało się przede wszystkim jednego: wojny.

Moje pokolenie zna ją z opowiadań.

Za to żadne pokolenie przed nami nie przeżyło TEGO.

W dniu obchodów Katynia, gdzie zamordowano nam dwadzieścia tysięcy oficerów.
Teraz - generałowie.

Jeden

Sprawdzam wszędzie. Pierwszy podał Reuters, a trudno podważać jego wiarygodność.

TVN24 staje na wysokości zadania.

Spikerom w radio drżą głosy. Nawet przy śmierci Jana Pawła tak nie było.
Radio wygrało. Sobota o 8:50.

Na Facebooku ktoś założył grupę "Black Saturday".

Samolot leciał z Okęcia, a spadł w Smoleńsku. Czyli - w Rosji.

FSB sprząta po katastrofie. Nie wpuszcza dziennikarzy. Rekwiruje notatki, nagrania, zdjęcia. Szefem rosyjskiej komisji śledczej został Putin.

Zaraz po dziesiątej - cztery wersje katastrofy.

Potem jedna: zahaczył o drzewo. Są świadkowie.

Spadł i spłonął.

A w nim - nie wiadomo kto. Była lista, ale kto wsiadł?
MSZ w końcu podaje. Radio przerywa transmisję mszy z Katynia, która nagle zyskała inny wymiar. TVN24 publikuje zdjęcie pustych krzeseł. osiemdziesięciu ośmiu pustych krzeseł.

Prezydent z żoną. Od razu przypomina się sprawa Gruzji.

W pierwszym momencie podano, że jego brat, ale jednak nie.

Szef IPN. Czy nie mieliśmy ostatnio dyskusji o IPN?

Szef Sztabu Generalnego. Wszyscy dowódcy. Szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego.

Szef NBP.

Przedstawiciele organizacji katyńskich.
Czternastu parlamentarzystów.

Biskupi.

Jak wygodnie.

Spiker czyta.
Apel poległych.


Na ulicach pusto, wszyscy przed telewizorami. Ci nieliczni, którzy jeszcze wyszli do sklepu, mają na twarzach to samo. A w mieścinie, gdzie jest 8000 mieszkańców, a większość głosuje na SLD, to trudne do zrobienia.

Nikt nic nie mówi. Jedyny komentarz:

- Mnie się wydaje, że Rosjanie maczali w tym łapy.
- Wszyscy tak myślą.

W pasmanteriach brakło prawie czarnych wstążek. Kupujemy, nikt o nic nie pyta. Nie trzeba.

Na cmentarzu tylko nasze znicze.

wtorek, 26 stycznia 2010

Klinika słuchania. Monolog Anety.

Siedzi przy kawiarnianym stoliku, palce wybijają na ciemnym drewnie niespokojny rytm.

- Widzę, jak moje życie przemija, i nie mogę nic zrobić. Starzeję się. Wczoraj odkryłam, że mam zmarszczki. Miałam je już wcześniej, ale odkryłam je wczoraj, i wczoraj poczułam się, jakbym umierała, rozumiesz? - nachyla się do mnie, patrzy mi prosto w oczy.

Przez chwilę patrzy na swoje dłonie, jasno odcinające się od stolika.

- Nienawidzę cudzych pomysłów na moje życie. Jak ktoś mi mówi, co mam robić. Chcę robić w życiu to, co ja uznam za dobry pomysł, godny uwagi, wiesz? Chcę robić to, co sama wymyślę. Ale nie wiem jeszcze, co to będzie. Nie mam pomysłu na własne życie.

Poprawia się na krześle. Kelnerka przynosi kawę; bierze z jej rąk niebieską filiżankę i upija łyk.

- Taka niebieska nie pasuje do kawy, nie sądzisz? Ty wiesz w ogóle, że ja nie mam normalnych znajomych? Nie mam, no nie mam, wszyscy moi znajomi to świry. Pojechani. Piją, a jak nie piją - palą, a jak nie palą - mają sto tysięcy teorii spiskowych, odkrywają, że są pedałami - a może ja nie powinnam tak mówić, tylko gejami, co? No, nieważne. Nie biorą życia poważnie, tak mówi moja babcia. Nie biorą życia poważnie. Bo się nie da, nie sądzisz? I normalnych to ja nie mam. Takich, co to dom, praca, obiad ciepły w normalnej porze, telewizja, spacer z psem czy tam coś. Oni wszyscy jacyś tacy są, nieszablonowi. Nieprzystający do rzeczywistości.

Słodzi resztkę kawy, miesza, dzwoniąc łyżeczką o brzegi filiżanki.

- Szukałam pracy. Ale nic mi się nie podoba, wiesz, jak to jest - boisz się zaryzykować. Jak ja chcę tańczyć, to nie mogę robić nic innego. Tylko tańczyć. Jak nie tańczysz, nie ćwiczysz - wypadasz z obiegu. Mogłabym gotować. Mogłabym się dziećmi zajmować, mam wprawę. Mogłabym angielskiego uczyć, czeskiego. Ale co z tego, jak ja chcę tańczyć? Pracuję teraz chwilowo jako niańka, bo tak się trafiło. Ale kasa z tego jest. Rzuciłabym to w cholerę, ale nie wiem, czy będę miała za co żyć, więc się trzymam tej pracy, i nie mam czasu tańczyć. I idzie mi coraz gorzej. Boję się postawić wszystko na jedną, jak to się mówi, kartę. Bo co, jak nie wyjdzie? Co ja wtedy zrobię?

Zaczyna dzwonić telefon, schowany w jej małej, czerwonej torebce. Schyla się, wyjmuje go i wyłącza.

- Niech dzwoni. I tak nie odbiorę. I nie oddzwonię, bo nie mam za co.

poniedziałek, 4 stycznia 2010

Historia Polski v. 2.5

Jesteśmy wynarodowieni. My, pokolenie postkomunistyczne, które ocet na półkach zna tylko z opowiadań.

Nie znamy najnowszej historii. Zazwyczaj nie ma nam kto jej opowiadać,
a ci, którzy jednak opowiadają, chcą przekazać swoją wersję. Własną. Wygodną. Jedyną możliwą. Jedyną zapamiętaną. Historię według rozkazu. Historię według przekonania. I nic dziwnego.

Nie ma oficjalnej wersji, nie ma podręcznikowej wypadkowej wydarzeń ostatnich pięćdziesięciu lat. To pole jest do zdobycia. I toczy się walka: o nasze głowy, o naszą pamięć, o nasze sympatie i przekonania.

O naszą tożsamość.

Mówił o tym poprzedni papież, ale został zamieniony na kolejną ikonę współczesności. Trzeba mieć z nim koszulkę, ale nie trzeba czytać jego przestróg przed utratą tożsamości narodowej.

Mamy zakodowane w głowie, że dobre są niemieckie czekoladki, amerykańskie dżinsy, francuskie wino.

Mamy kompleks na tle Zachodu, przeżywamy fascynację Wschodem począwszy od rosyjskich sąsiadów, skończywszy na próbach odnalezienia nowej, bardziej atrakcyjnej religii i filozofii.

Nie znamy polskich bohaterów, ale potrzebujemy ich, więc naszymi bohaterami stają się ci, których widać: popkulturowe wydmuszki kreowane przez media. Pociągają nas ci, którzy krzyczą, wzorujemy się na tych, którzy destruktywnie krytykują. Nie można już o nich mówić, że są kontrowersyjni, bo ich kontrowersyjność spowszedniała i niczym nie zaskakuje. Jednocześnie jesteśmy wraz z naszą ziemią, z naszymi fabrykami, naszymi mediami i naszą moralnością po kawałku sprzedawani.

I nie zależy nam na tym, co tracimy, bo nie wiemy, że tracimy. Bo to się dzieje chyłkiem, milczkiem, za plecami ekip telewizyjnych, wysoko ponad głowami tłumu oklaskującego błaznów od początku przeznaczonych na ścięcie.

Na szczęście jest jeszcze jakieś ale. Składają się na nie ci, którzy mieli mądrych rodziców, nauczycieli, sąsiadów, mistrzów. Chcą znać prawdę, jaka by ona nie była. Wypowiadają wojnę wszystkim z zawodu zajmującym się mydleniem oczu - i nie mam na myśli mediów.
Są wykpiwani, ośmieszani, obrzucani lepkim błotem podejrzeń, ignorowani, uważani za szaleńców. Ale mówią.

Oby nie przestali.

niedziela, 3 stycznia 2010

Ocalić od zapomnienia

Wydawnictwo "Muza" wypuściło ostatnio na rynek serię "Ocalić od zapomnienia". Ukazały się w niej - między innymi - dwie książki: "Biżuteria ludowa w Polsce" oraz "Polskie hafty i koronki".

By ułatwić współczesnemu czytelnikowi lekturę, autorzy wśród licznych zdjęć i reprodukcji zapobiegliwie umieścili słowniczek. I sam słowniczek jest wart tego, by go ocalić.

Na przykład takie hasło jak baca: według autorów to nikt inny, tylko organizator wypasu owiec na halach, odpowiedzialny za owce i wyrób serów.

Albo partacz. Partacz to po prostu samouk, nie mający uprawnień do wyrobu i sygnowania wyrobów z metali szlachetnych.

Gbur natomiast (rodzaj żeński: gburka) to najzwyczajniej w świecie najzamożniejszy chłop, właściciel gospodarstwa i ziemi.

A frajerka? Jak podają autorzy, tym mianem na Podhalu określano kochankę zbójnika. Była to panna lub wdowa. Kodeks honorowy zobowiązywał ją do absolutnej wierności i lojalności wobec zbójnika. W społeczności wiejskiej cieszyła się szacunkiem, a po rozstaniu ze zbójnikiem była jako osoba zamożna chętnie poślubiana.

Harnaś za to był wybranym przez zbójników dowódcą. Pełnił nie tylko funkcję wodza, ale także sądowniczą: wymierzał sprawiedliwość członkom grupy i tym, którzy mieszkali na terenie jej działania.

Uważny czytelnik "Biżuterii ludowej w Polsce" dowie się również ze słowniczka, co to... mikrofilm.

Jak widać, wiele rzeczy trzeba ocalić od zapomnienia.

niedziela, 6 grudnia 2009

Najlepsi

Zapytajcie teologów, kto jest w ich branży najlepszy w Polsce.
Wymienią Jelonka, Elżbietę Adamiak, Bartnika, Nadolskiego - i to tylko na początek.

Zapytajcie fotografów, kto jest najlepszy.
Powiedzą, że Horowitz, Tomaszewski, Gudzowaty, Sikora, Milach.

Zapytajcie dziennikarzy, których opinia publiczna nazywa śledczymi.
Powiedzą: "Nie pamiętam", "Wyleciało mi z głowy", "No, na pewno kilku by się znalazło", i w końcu, że tak naprawdę nie ma w Polsce dziennikarzy śledczych.

Oprócz nich samych, oczywiście.

poniedziałek, 25 maja 2009

Generał do pani profesor

Oglądaliśmy salę.

Sala była w zasadzie kasynem oficerskim na Praskiej, a my przyjechaliśmy przed cudzym weselem zobaczyć białe obrusy i czerwone baloniki
w kształcie serc.

W biesiadnym namiocie nieopodal siedziała za stołami grupa staruszków ubranych w popielate, letnie garnitury.

Wyjrzeliśmy przez okno, ponarzekaliśmy na zbyt małą salę do tańca, sprawdziliśmy, czy krzesła są wygodne.
Później długo czekaliśmy na kierowniczkę.

Na zewnątrz, na schodach, grupa z namiotu ustawiała się do zdjęcia. Gdy skończyli, wyszliśmy na zewnątrz. "Pozdrawiam serdecznie i jeszcze raz gratuluję" - zza wianuszka starych garniturów nie było widać czytającej. Słyszeliśmy tylko jej charakterystyczny głos. "Podpisano - Wojciech Jaruzelski" - dokończyła z dumą, wzbudzając aplauz dziadków.

Potem jadła na tarasie obiad z kilkoma młodszymi kolegami z partii.

"Senyszyn się nieźle trzyma" - powiedziała portierka. "Wyszczuplała, i ładny kolor włosów ma".

środa, 20 maja 2009

Pamięć wybiórcza

Wczoraj w tłumie stojących, siedzących i klęczących ludzi zobaczyłam znajomą twarz. Mignęły mi tylko siwe włosy i siwa broda - i znikły.

Zupełnie nie wiedziałam, skąd go znam. Próbowałam sobie przypomnieć, ale zbyt intensywnie starałam się przywołać jeszcze raz w wyobraźni mojego - najprawdopodobniej - znajomego.
I zamiast jego twarzy zaczęłam widzieć inne, podobne, z brodami,
z charakterystyczną linią policzków, i przestałam wiedzieć, o kim tak naprawdę myślę i czyje nazwisko chcę znaleźć wśród innych raz słyszanych nazwisk stłoczonych w pamięci.

Jechałam autobusem i patrzyłam za okno, na światła wieczornego miasta migające w szybach mijanych domów i samochodów, aż siwa broda i czupryna znowu pojawiły mi się przed oczami, powodując skurcz wyobraźni. Kto to jest? Jeśli nie znajdę odpowiedzi, zadręczy mnie moja własna pamięć, obracając się wciąż i wciąż wokół tej twarzy.
Ale gdzie szukać?
Wpisać w google hasło "jakiś mój znajomy, nie pamiętam skąd, taki przedwcześnie osiwiały pan"?

Nie poznał mnie, czyli pewnie nie znamy się za dobrze. Albo mnie nie zauważył, skupiony. Skąd? Ja? Go? Znam?

Może to któryś z redaktorów DP. Nie, jest tylko do jednego podobny. Nie, na pewno nie jest dziennikarzem. Ale kim? Kim? Kto mnie z nim poznał, kto mnie przedstawił i kiedy, czy w ogóle przedstawił? Czy usłyszałam jego nazwisko? Mniejsza zresztą o nazwisko, niech mi się tylko skojarzy ta znajoma twarz z jakimś miejscem, wydarzeniem, sytuacją, z czymkolwiek, co pozwoli go umiejscowić, gdzieś przypiąć, upchnąć, przyczepić do czegoś albo kogoś, kogokolwiek. Niech mnie przestanie dręczyć wrażenie, że kiedyś już się nad tym zastanawiałam.

Gdyby stał obok w autobusie, mogłabym się jeszcze przyjrzeć, zagadnąć, zapytać - skąd się znamy? Uspokoić niecierpliwą pamięć i móc spokojnie patrzeć za okno.
Właśnie.
Za okno!
Wtedy też patrzyłam za okno, stukałam w posadzkę obcasami czerwonych, zamszowych szpilek od K., K. stał obok,
a pan-zagadka był w szaroniebieskim kitlu, roboczym fartuchu.
Tak. Pamiętam. Pamiętam!

To profesor P.


Najprawdopodobniej.