poniedziałek, 15 października 2012

Wspanialec pani S.

Dziennikarka mojego ulubionego zamiennika kawy napisała przewspaniały komentarz do ostatniego głosowania nad projektem zakazującym aborcji. Oczywiście było to dawno temu, czyli przed weekendem, ale sprawa wciąż warta uwagi.

"Posłowie, którzy głosowali za dalszą pracą nad projektem zakazującym aborcji ze względu na ciężkie uszkodzenie płodu lub chorobę zagrażającą jego życiu, zdobyli punkty u ojca dyrektora. I z czystym sumieniem pójdą w niedzielę do spowiedzi."  - głosi lid owego wspanialca.



Z lidu jasno wynika, że pani redaktor uznała posłów popierających projekt za przedstawicieli jakiejś dziwnej pseudo-chrześcijańskiej sekty.
Dlaczego?
Ano żaden normalny katolik nie chodzi z czystym sumieniem do spowiedzi.

Co dalej?
Tylko lepiej. Czego się bowiem spodziewać po dziennikarce, która wiedzę o katolicyźmie czerpie najwyraźniej li i jedynie z faktu, że żyje w kraju okrzykniętym katolickim?

A więc: dla dzieci, które mają przed sobą dziewięć miesięcy życia w komfortowych warunkach w łonie matki, lepsza jest jak najszybsza śmierć, niż dożycie swojego czasu, jaki krótki nie miałby on być.
"Bóg tak chciał" - kpi sobie pani redaktor.

"Celem tego projektu jest zmuszenie kobiety do urodzenia, a nie zapewnienie dziecku humanitarnych warunków życia i śmierci. Posłów nie interesuje, że matka - by takie dziecko leczyć lub choćby tylko ulżyć mu w cierpieniu - musi chodzić po prośbie, bo zdrowotny "koszyk usług gwarantowanych" skrojony jest tak, by oszczędzać." - czytamy dalej.

Och, jakże ci wszyscy marni, zideologizowani dziennikarze lubią takie argumenty! Skoro prawo jest złe, nie zmieniajmy go, tylko pozwólmy na więcej zła. Państwo nie wspomoże? To zabijmy. Może tak samo należałoby postępować z przewlekle chorymi, a nawet z chorymi w ogóle? Skoro na wizytę u kardiologa na przykład trzeba czekać czasem półtora roku, dlaczego nie usuwać chorych, zamiast wreszcie zrobić porządek z idiotycznym systemem opieki zdrowotnej? Będzie mniej kłopotu.


To, oczywiście, nie koniec kwiatków. Otóż bowiem autorka sądzi, że według posłów, którzy byli za, matka "powinna być szczęśliwa, że Pan Bóg ją wyróżnił, dając wyjątkową szansę zapracowania na zbawienie. I niech dźwiga swój krzyż." I pyta na koniec - retorycznie - pani redaktor: "Ilu adoptowało takie [chore dziecko, które uniknęło rozczłonkowania bez znieczulenia i się urodziło] dziecko lub sponsoruje pomoc dla niego?"

I puenta:
"Ziobryści powołują się na nauczanie Jana Pawła II i swoją katolicką wiarę, którą postanowili narzucić wszystkim. Ta wiara zakłada miłosierdzie - ale o tym zapomnieli. Liczą na nagrodę w niebie. Tanio - cudzym kosztem."

Przypomina mi się dyskusja, którą nasz polski pan doktor od in vitro toczył z amerykańskim specem od naprotechnologii. Cały czas odwoływał się przy tym do wiary. Aż w końcu Amerykanin nie wytrzymał i zapytał, czy nasz rodak nie może zostawić wreszcie kwestii wiary i rozmawiać normalnie, jak naukowiec z naukowcem. Sic.

W tym właśnie problem wszystkich obrońców aborcji: nie mają argumentów. Muszą więc kpić, wyśmiewać katolicyzm jako broniący życia, robić szopkę, użalać się nad tymi, którzy użalania nie potrzebują, kłamać i  wskazywać złe rozwiązania socjalne, ale nie w celu ich usprawnienia, tylko jako usprawiedliwienie.

Nie mają argumentów, może poza słynnym "prawem do własnego brzucha" (a skoro matka ma prawo do brzucha, dlaczego dziecko nie ma mieć prawa do brzuszka?), poza klepaniem idiotyzmów o tym, że nie wiadomo, kiedy to coś w środku to jest człowiek, jakby genetyka miała dopiero zostać odkryta, poza zaśmiecaniem przestrzeni publicznej idiotycznymi dyskusjami o "wojnie światopoglądowej" i "zgniłych kompromisach".

Owszem, ten nasz obecny, aborcyjny kompromis jest naprawdę zgniły. Wystarczy poczytać o nadużyciach, o dzieciach, które mogłyby żyć, zostawianych na szafie w zimnej, metalowej misce, żeby sobie umarły i nie robiły kłopotu, wystarczy poobserwować rozpaczliwe próby szefa kliniki Dzieciątka Jezus, który - mimo, że to informacja publiczna, której nie może odmówić - nic nie chce powiedzieć o tym, jak wygląda legalna procedura aborcji. O kobietach, które ktoś zmusza do usunięcia dziecka, bo jest mu niewygodnie, a prawo nie bierze ich w obronę w żaden sposób.

Że za ostro? Że mogę mówić tylko w swoim imieniu? Że każda kobieta powinna decydować za siebie? Ależ tak. Tylko, że taka statystyczna kobieta zazwyczaj nie wie wszystkiego. Czy serce już bije? Czy dziecko będzie czuło ból? Jak będzie wyglądać "prosty zabieg"? Co z zaleceniem, żeby nie pokazywać kobiecie USG jej dziecka, bo mogłaby się rozmyślić? A wtedy kasa przepada...
A to wszystko ma przecież znaczenie, kiedy próbuje się podjąć tę koszmarną decyzję: zabić swoje dziecko, czy pozwolić mu żyć?
Że badania, sprawdzanie itp. mogą pomóc? A czy wyniki badań są pewne? Czy lekarze się nie pomylili?
W przypadku dzieci podejrzewanych o zespół Downa na przykład wystarczy zrobić badania o jeden dzień za późno - jeden dzień - żeby wskaźniki pokazywały, że dziecko może być chore. I to jest wskazanie do aborcji. Przeważająca większość takich podejrzewanych dzieci rodzi się zdrowiutka.

Tak, jak moje dziecko.


Czy o tym wszystkim wie pani redaktor Siedlecka, gdy tak gorliwie potępia podejście do kwestii życia i śmierci, prezentowane przez ludzi zastanawiających się nad kwestiami, które dla Siedleckiej są proste, by nie rzec: prostackie? Czy spróbowała czegoś się dowiedzieć, zanim napisała swój wspaniały komentarz? Czy ma jakieś konkretne argumenty - poza złym "pakietem socjalnym" - które mogłyby coś wnieść do dyskusji? Czy coś w ogóle wie na temat, na który tak chętnie, złośliwie i zajadle krzyczy?

Obawiam się, że nie. Że po prostu nie wie, o czym mówi, i dlatego może sobie jak potłuczona mówić tak swobodnie. Być może ją samą przeraża myśl, że miałaby się z niepełnosprawnym dzieckiem męczyć do końca życia, albo nawet te parę miesięcy po porodzie. W takim razie bardzo jej współczuję. Życzę, żeby kiedyś doświadczyła, jaka jest różnica między "zrobić dla swojego dziecka wszystko" a "zrobić dla swojej wygody wszystko".

A może chce po prostu zarobić punkty u naczelnego i z brudnym sumieniem nie iść w najbliższą niedzielę do spowiedzi?
To też mnie nie zdziwi.
W końcu każdy sądzi po sobie.

Ale jeśli pani redaktor nie jest w stanie zdobyć informacji potrzebnych do rzeczowej i względnie obiektywnej oceny informacji, którą otrzymała, niech przestanie hańbić zawód dziennikarza. Dziennikarz ma dawać czytelnikom prawdę, nawet w komentarzu! Uargumentowaną! A nie przepuszczone przez propagandową maszynkę "własne przekonania" od prawdy odległe jak noc od dnia.

Taką mam idealistyczną wizję dziennikarstwa.
I nie mogę znieść kłamstwa w służbie pieniądza, robiącego ludziom wodę z mózgu.
Przykro mi. Nic na to nie poradzę.

poniedziałek, 8 października 2012

Kłamstwa, kłamstwa



Pani pedagog z Wiązownicy wyraziła na swoim prywatnym profilu swoją prywatną opinię. Napisała mianowicie, że "w homoseksualizmie biorą udział częściowo czynniki genetyczne, ale największe znaczenie odgrywa odpowiednie wychowanie psychoseksualne w domu. Z całą pewnością można go leczyć, a nawet trzeba, bo nikt z tych ludzi nie czuje się prawdziwie szczęśliwym wewnętrznie".

I co?

I od razu Gazeta Wyborcza pisze o homofobii, zmusza kuratorium, żeby zajęło się sprawą, itp,itd, smażąc coraz bardziej sążniste teksty na temat domniemanej nietolerancji.

Czy wypowiedź pani pedagog to przykład homofobii?
Nie.
Homofobia to jednostka psychiatryczna i nie objawia się chęcią niesienia pomocy, lecz raczej wstrętem i chęcią zgładzenia z tego świata, patrz na przykład arachnofobia.
Pani pedagog jest homofobem?
Kłamstwo.
Sytuacja rozwija się tam, gdzie się zaczęła, czyli na FB. Powstaje profil z poparciem dla naszej pani pedagog. Pewien dziennikarz wiadomego organu, którego nazwisko tutaj pominę, by nie robić reklamy, pisze oburzony: "Zamieściła (...) kolejny wpis na temat homoseksualistów i dodała film, jak jeden z amerykańskich naukowców dowodzi, że homoseksualizm można wyleczyć. Dla Haśki tacy profesorowie są "wspaniali"." (pomijam kwestię odmiany nazwiska). Pan dziennikarz w kontrze cytuje oczywiście kilku ekspertów, którzy mówią bardzo mądre rzeczy: że "niestety, polskie szkoły i kadra pedagogiczna nie są w stanie zapewnić warunków do bezpiecznego, wolnego od stereotypów i uprzedzeń środowiska do nauki.", że "według Światowej Organizacji Zdrowia homoseksualizm nie jest chorobą".

Czy homoseksualizmu nie da się wyleczyć?
Kłamstwo.
Świadczą o tym wyleczeni z homoseksualizmu. Niezależnie od opinii WHO.
AIDS do niedawna uchodziła za nieuleczalną, a już jest pierwszy wyleczony.

Z pracownikiem kuratorium rozmawiał jeden z fejsbukowych sympatyków pani pedagog. I okazuje się, że wypowiedzi zarówno dyrekcji, jak osób z kuratorium zostały wyrwane z kontekstu, a sytuacja - wyolbrzymiona.
Postępowanie dyscyplinarne?
Kłamstwo.

Za "Wyborczą" wysoko w rankingu plasuje się "Wprost".



Czytamy w jednym z tekstów, że pan Hartman Jan mówi, iż ateiści są nieustannie obrażani i szkalowani przez Kościół, który oskarża ich o relatywizm moralny. Dalej w tym samym tekście: "Wielu ateistów pozoruje uczestniczenie w życiu Kościoła dla świętego spokoju. Według badań Tyrały prawie co trzeci niewierzący pod wpływem presji bliskich chodzi do kościoła. Prawie 70%  z nich wzięło też kościelny ślub."


Nie wierzę, ale chodzę.
Kłamstwo.

Pani minister-marszałek Kopacz, która ciągle zmienia zdanie w sprawie tego, co się działo w Smoleńsku/Moskwie oraz kto co komu powiedział lub nie.
Ziemia była przekopywana?
Kłamstwo.

Jedną z twarzy palikotowej zdaje się akcji "Ateiści wszystkich miast, łączcie się" została Maria Czubaszek. Pokazuje swoją twarz przy haśle: "Nie zabijam. Nie kradnę. Nie wierzę".
Nie zabijam?
Dwie aborcje?
Kłamstwo.

Nic nie wiedziałem o Amber Gold. Obniżę podatki. Polskim rodzinom poprawiła się jakość życia.
Kłamstwo. Kłamstwo. Kłamstwo.

Listę można ciągnąć i ciągnąć.
Kłamstwo wkrada się do naszej przestrzeni publicznej, a z niej - do przestrzeni prywatnej. W chaosie półprawd nie widzimy już  prawdy, nie potrafimy jej szukać. Nie myślimy logicznie, więc nie widzimy, że słowa-kłamstwa nijak się mają do rzeczywistości, którą opisują.

Kłamstwo szybko staje się naszą drugą naturą - a wtedy wybaczamy je wszystkim, przymykamy oko, udajemy głupich, byle tylko nie musieć się zmieniać, nie pracować nad sobą.
A dopóki my się nie zmienimy, nie zmieni się nic dookoła. I żadne marsze, demonstracje, akcje i kontrakcje, komisje śledcze i afery tego nie zmienią. I już.

Jeśli nie dojrzejemy szybko do społeczeństwa obywatelskiego, którego działanie opiera się na prawdzie, będzie źle. Oj, źle.

Prawda wyzwala - ale wymaga.
Łatwiej być narzekającym na własną bezsilność niewolnikiem kłamstwa.


P.S. Żeby było jasne: szanuję prawdziwych ateistów. Którzy są w stanie normalnie z katolikiem rozmawiać, którzy chcą zrozumieć, poznać, są ciekawi innego. Co innego "walczący ateiści",  którzy okrzyknęli się ateistami tylko po to, by móc walczyć z Kościołem, by mieć kartę w politycznych rozgrywkach. To nie ateizm, to nietolerancyjny antyklerykalizm.Tym państwu już dziękujemy.

niedziela, 7 października 2012

Tylko poważne oferty, czyli poezji ogłoszeń cd

Dziś tylko cytat. Jeden, za to długi. Ubawił mnie do łez.

Żródło: Gumtree, oczywiście.

"Poszukujemy osób do stałego pisania tekstów.

Praca ma charakter dorywczy/dodatkowy. Polega na systematycznym pisaniu artykułów tekstowych na wybrany temat.

Wymagania:

- Umiejętność pisania poprawnych stylistycznie tekstów (bez błędów ortograficznych),
- mile widziane zainteresowanie tematyką modową
- dostęp do komputera i internetu,
- wolny czas,
- kreatywność i pomysłowość,
- odpowiedzialność,
- miejsce zamieszkania (Kraków, okolice),
- znajomość języka angielskiego będzie dodatkowym atutem.

Oferujemy:

- elastyczność pracy,
- 3/4 zł za 1000 znaków (w zależności od artykułu),
- więcej szczegółów na e-mail.

Czekamy na poważne oferty."

Normalnie ubaw po pachy.
Chyba nawet w Oferii są wyższe stawki, choć wydaje się to niemożliwe.



piątek, 28 września 2012

Opozycja wykorzystuje

Przy okazji hecy z śp. Anną Walentynowicz, ekshumacjami, oburzeniem rodzin, nieudolnym tłumaczeniem się pani Kopacz, której nawet mi szkoda, gdyż uwierzyła, kiedy "powiedziano jej", że ziemia była przekopywana, i bierze winę na siebie, nie próbując nawet wskazać tego, kto jej tak powiedział - słowem: przy okazji kolejnej odsłony żałosnego spektaklu fundowanego nam za nasze pieniądze odezwały się znowu głosy, że "opozycja próbuje wykorzystać tragedię do celów politycznych".
(Fakt brania na siebie odpowiedzialności przez premiera skomentował fantastycznie Franciszek Kucharczak:  równie dobrze mógłby powiedzieć, że bierze prysznic - ja nic lepszego nie wymyślę, więc bez komentarza).

Wróćmy do wykorzystywania.
Być może moja naiwność przekracza przyjęte normy, ale zawszy wydawało mi się, że napięcie między rządzącymi a opozycją jest rzeczą pożądaną i dla dobra publicznego istotną. I że kiedy władza jest tak nieudolna, że znajdują się niezadowoleni z niej obywatele, których z kolei próbuje "przejąć" opozycja, biorąc się za załatwianie spraw tychże niezadowolonych obywateli, to normalny element politycznej gry.

Wydawało mi się też, że każda partia powinna dążyć do zdobycia władzy - bo do tego właśnie służą partie, a zwłaszcza partia opozycyjna powinna być tym zainteresowana, bo przecież jej opozycyjność wynika z zupełnie innej wizji państwa.

Wydawało mi się, i cały czas mi się wydaje, że jeśli rządząca partia czy koalicja jest na tyle kiepska i słaba, że oddaje opozycji pole, krzyki o "próbach wykorzystania tragedii" tylko potwierdzają tę nieudolność.

O, święta naiwności.
Telewizja mówi przecież co innego.

Zastanawiam się przy tym, co by było, gdyby to obecna opozycja - tuż po wygranych ostatnich wyborach - zaczęła krzyczeć, że takie przejęcie prezydenckiej władzy - choćby i w wyborach - było "wykorzystaniem tragedii do celów politycznych", że obecnie rządzący powinni w ogóle zrzec się udziału w wyborach i pozwolić na wystawienie do prezydentury wyłącznie opozycyjnych kandydatów, skoro taki był śp. prezydent. A ci wszyscy, co to po katastrofie zamiast zwolnienia dyscyplinarnego dostali awans - czy nie skorzystali przypadkiem na tragedii?

Ależ by się od razu podniósł krzyk. Że to dwie różne sprawy, bo przecież państwo zdało egzamin.

Może i zdało, tylko komisja egzaminacyjna była, zdaje się, kupiona.



czwartek, 27 września 2012

Podsłuchane

Poranne zakupy w osiedlowym sklepie. Pan, który przywozi towar, do swojego kolegi:
- Przez te ekshumacje to oni niedługo padną na pysk, pójdzie to wszystko ..., Kopaczka zniknęła z telewizorni, premier się nie pokazuje wcale, jeszcze tylko trochę i będzie koniec.

Pan, spotkany przypadkiem w drodze do piekarni:
- Ech, za moich czasów przedszkole kosztowało siedem tysięcy (pensja: 32 tysiące, dopytałam). A teraz? Teraz to ja mojej córce daję miesięcznie półtora tysiąca z emerytury dla dzieci, bo urodziła bliźniaki. Teraz wam, młodym, to jest naprawdę trudno, bardzo trudno.

Kuzynka cioci,  która na stałe mieszka w Atenach:
- U nas to politycy nie mogą sobie spokojnie chodzić po ulicy, albo zjeść obiadu w restauracji, bo im jedzenie z talerzy zrzucają.

I tak dalej, i tak dalej.

Gdzie nie pójdę, słyszę strzępy rozmów, pretensje, oskarżenia. I ani słowa o Kaczyńskim. Na językach jest Tusk. I dużo, bardzo dużo epitetów. 

Przypuszczam, że jak się zacznie, to pójdzie szybciutko. Jak kula śniegowa.
Trzask-prask, tusk-plusk.

czwartek, 6 września 2012

Katedrowi - najgorszy gatunek wykładowcy


czyli odpowiedź na tekst profesora Zbigniewa Mikołejki pt "Wózkowe - najgorszy gatunek matki".

Ich winy są najzupełniej oczywiste. Te nigdy nie udzielone odpowiedzi. Wykłady puszczone samopas, w jakimkolwiek kierunku, a najlepiej – nie na temat. To ich durne puszenie się swoim stopniem naukowym, które uczyniło z nich – przynajmniej we własnym mniemaniu – elitę intelektualną. Patrzę więc, jak to stoją i gdaczą, jak stroją fochy, uważając się za Bóg wie co. Jak pytlują nieprzytomnie, gdy tymczasem studenci grają w snejka albo zasypiają na ławkach. Studenci najwyraźniej potrzebni im do tego, żeby coś znaczyć. Być Kimś. Domagać się urojonych praw i zawieszenia społecznych reguł. Nie chodzi o wszystkich wykładowców. Niektórzy są najzupełniej w porządku. Chodzi o katedrowych – mający o sobie zbyt wysokie mniemanie, nudny i najbardziej ekspansywny segment polskiego szkolnictwa wyższego. Szkolnictwa w natarciu, zawsze stadnego i rozwielmożnionego nad miarę. Pieszczącego w sobie poczucie wybraństwa i bezczelnie niegodzącego się na żadne ograniczenia.
Gdy domagają się dla siebie szczególnego traktowania – a domagają się go zawsze! – to wypychają na pierwszy plan swój dorobek naukowy. Że to on jest ich mandatem społecznym. A któż głośno odmówi im doświadczenia? Okaże się tak zarozumiały i bezczelny? Ale tytuł to zwykle alibi. Pretekst, żeby nic nie robić. Aby nie pracować i nie rozwijać się (czy widzieliście kiedyś katedrowego piszącego artykuł?)
Nawet ich rozmowy są o niczym. I wykłady. Magma słów bez znaczenia. Słowotoki – i tyle. 


Dla tych, którym nie chce się szukać, zacytuję ogólnodostępny fragment: 

"Ich winy są najzupełniej oczywiste. Te nigdy niedomknięte furtki. Dzieciaki puszczone samopas, gdziekolwiek, a najlepiej na mój trawnik. To ich durne puszenie się świeżym macierzyństwem, które uczyniło z nich - przynajmniej we własnym mniemaniu - królowe balu. Patrzę więc, jak to idą i gdaczą, jak stroją fochy, uważając się za Bóg wie co. Jak pytlują nieprzytomnie, gdy tymczasem ich potomstwo obrzuca się piachem albo wyrywa sobie nawzajem włosy. Dzieci najwyraźniej potrzebne im do tego, aby coś znaczyć. Być Kimś. Domagać się urojonych praw i zawieszenia społecznych reguł. Nie chodzi o młode matki. Te są najzupełniej w porządku. Chodzi o wózkowe - wojowniczy, dziki i ekspansywny segment polskiego macierzyństwa. Macierzyństwa w natarciu, zawsze stadnego i rozwielmożnionego nad miarę. Pieszczącego w sobie poczucie wybraństwa i bezczelnie niegodzącego się na żadne ograniczenia.
Gdy domagają się dla siebie szczególnej tolerancji - a domagają się jej zawsze! - to wypychają na pierwszy plan dzieci. Że to dla tych bachorków. A któż odmówi dziecku? Okaże się tak nieczuły i paskudny? Ale dzieci to zwykle alibi. Pretekst, by nic nie robić. Aby nie pracować i nie rozwijać się (czy widzieliście kiedyś wózkową czytającą książkę?). Nawet ich rozmowy są o niczym. Magma słów bez znaczenia. Słowotoki - i tyle."

A komentarz? 

Proszę bardzo. 

Kto nie urodził i nie wychowuje swojego dziecka w naszych pięknych czasach, tak, teraz, w czasach niżu demograficznego, zapaści rodzicielstwa, ogólnego zdziwienia i potępienia, którym raczone są kobiety zamiast kariery wybierające macierzyństwo, oraz rosnący proporcjonalnie do ilości potomstwa stopień tychże uczuć - niech milczy. Choćby był i filozofem, i profesorem. 

Rozumiem, że jako jeden i drugi Zbigniew Mikołejko czuje się powołany do nagłaśniania zjawisk, które zauważa. Ale są dwa sposoby poznawania obcej rzeczywistości: od wewnątrz i z zewnątrz. I kto nie pozna od wewnątrz rzeczywistości polskiego macierzyństwa A.D. 2012, szalonej zaiste troski państwa o wzrost demograficzny, uprzejmości innych Polaków w komunikacji miejskiej i kolejce, troski o prawa pacjenta i jego dobrą informację, opieki fantastycznie zarządzanej służby zdrowia w ogóle jako takiej - kto nie doświadczy na sobie wszystkich trudności związanych z popychaniem tego wózka - albo wózków - niech milczy. 

Milczeniem bowiem nie skrzywdzi nikogo.

P.S. Dlaczego o wykładowcach? A dlaczego nie? Można przecież taki tekst napisać o każdej, ale to każdej grupie społecznej. Spróbujcie sami podstawić sobie przedstawicieli różnych zawodów.
Miłej zabawy.

środa, 1 sierpnia 2012

Bunt

Zebrało mi się na bunt.
Taki zwykły, ludzki. Obywatelski.

Przeciwko homo-parom które chcą być uznane za małżeństwa, choć ekonomia radzi, by nigdy tego nie robić. O zdrowym rozsądku nie wspominając.

Przeciwko polityce polegającej na przedstawianiu siebie i swoich licznych porażek jako sukcesów, propagandzie dobrobytu, wydawaniu państwowych (również moich) pieniędzy na nie wiadomo co, a na pewno nie na to, na co nas stać.

Przeciwko antydemograficznej propagandzie tych, którzy na niej zarabiają.

Przeciwko ludziom, którzy - świadomie albo zmanipulowani - zakłamują historię.

Przeciwko wszystkim tym grupom interesu, w których interesie nie leży interes Polski.

Przeciwko chamskiemu antyklerykalizmowi, który musi posiłkować się kłamstwem, by zasiać zamęt.
Przeciwko całemu temu kłamstwu, w którym przyszło mi żyć.
A kto jest ojcem kłamstwa, wiadomo.

Mam dość demokracji, która jest kpiną z demokracji, kapitalizmu, który jest iluzją kapitalizmu. Skorumpowanej władzy i nieudolnej opozycji.

Mam dość krzywdzącej polityki wyciągania pieniędzy z najpłytszych kieszeni.

Mam dość ideologii pieniądza i władzy na najwyższych szczeblach, żałosnego przytakiwania na niższych i zidiocenia na najniższych, podłączonych do telewizora jak do życiodajnej kroplówki.

I co mam z tym buntem zrobić?

Zamarynować jak ogórki?