czwartek, 29 października 2009

Wieszak

W ramach rozrzutności po wypłacie zafundowałam sobie na weekend przegląd prasy papierowej.

Hitem przeglądu jest zamieszczony w "Wysokich Obcasach" artykuł Agnieszki Rodowicz. Nosi dziwny, jak na miejsce publikacji, tytuł: "Marsz do kościoła". Nie znaczy to, oczywiście, że "GW" podjęła próbę ewangelizowania; owszem, były takie - czynione, by zamknąć usta krytykom. Tym razem jednak tytułowy kościół przedstawiony jest w bardziej pragmatycznym, niż polemicznym świetle.

"Sieć księgarni Selexyz uratowała XIII-wieczny kościół dominikanów
w Maastricht. Popadłby w ruinę, gdyby nie urządzili w nim swojego sklepu." - zaczyna się tekst, będący w istocie opisem kolejnych zdjęć pomysłowych rozwiązań inspirowanych sakralnością.

Wśród wielu jest hit hitów: wieszak z Ukrzyżowanego. Na głowie możemy powiesić ręcznik, szlafrok - co tylko kto zechce.
"W założeniu miał nie tylko nie obrażać uczuć religijnych, ale być ich wyrazem. Miał też prowokować pytanie o miejsce duchowości w konsumpcyjnym świecie" - pisze Rodowicz.

No i proszę. Zadziałało. Projekt sprowokował u mnie wyrazy. Co prawda, niezbyt religijnie umiejscowione.

Kupujcie prasę.
Oszczędzicie na kawie.

piątek, 25 września 2009

Literatura współczesna

"Książki na weekend" - tak brzmi zachęcająca nazwa działu w internetowej księgarni pewnego krakowskiego wydawnictwa.

Dalej jest jeszcze lepiej:

"Seria książek lekkich i zabawnych. Dla wszystkich chcących znaleźć we współczesnej literaturze wiele humoru i odprężenia."

I pod spodem, mniejszymi literkami:

"Przepraszamy. Nie mamy pozycji w wybranym dziale."

Oto najlepsza recenzja literatury współczesnej.

niedziela, 13 września 2009

Przesilenie jesienne

W poszukiwaniu pewnego numeru telefonu przejrzałam swoje notesy.

Jest ich już trochę, bo notes wydał mi się podstawą dziennikarstwa, więc gdzie tylko mogę, nabywam notesy. W zaopatrzeniowca bawi się też O.H., znajdując nie wiadomo gdzie Dokładnie Takie Jak Trzeba Egzemplarze.

Oczywiście, notesy i zeszyty kupowałam nałogowo już wcześniej, ale teraz zaczęłam je WYKORZYSTYWAĆ.

No i przejrzałam te zapisane i ustawione w rządku na górnej półce.

Ileż tam jest różnych pomysłów!

Projekty, które chciałabym zrealizować, liczne tematy reportażowe, strony internetowe do przejrzenia, numery do ciekawych ludzi, inicjatywy, które fajnie byłoby zacząć, spotkania, które mogłyby się odbyć, hasła sytuacyjne, szkice opowiadań, zarysy komiksów.

A mnie się nie chce nic. Najchętniej wychodziłabym rano do pracy, wracała po południu, piekła ciasto dla K., czytała książki, jeździła w góry.

Żadnych ambitnych projektów.
Żadnych dedlajnów.
Żadnych egzaminów, nudnych wykładów, prac domowych na ćwiczenia.
Żadnego angażowania się w interesujące inicjatywy.

"Zwyczajne życie". Ot, co.

wtorek, 1 września 2009

Rozmowa

Dzwonię.


- Halo?

- Dzień dobry, z tej strony ..., dzwonię, żeby zapytać, co mam zrobić, żeby pracować jako researcher w pana programie.

- Hm. (cisza). A skąd ma pani mój numer?

- Chyba nic w tym dziwnego, skoro chcę pracować jako researcher.

- Aha. (cisza) No, to podam pani maila, proszę przysłać CV.


Chyba jednak jestem bezczelna.
Podobno nie ma lepszego sposobu.

czwartek, 20 sierpnia 2009

Osiem godzin dziennie

Osiem godzin dziennie obcowania z internetem. Po to na przykład, żeby znaleźć takie cuda, jak:

5000zł (pięć tysięcy złotych)
MEGA kasa do wygrania!
Możesz wygrać duże pieniądze!

a pod spodem:

konkurs chwilowo niedostępny

Albo wiersze na naszej-klasie. Ale o tym chyba należałoby napisać oddzielnie.

Albo strona z serwisem informacyjnym o najnowszych dokonaniach mafii narkotykowej w Polsce (o ile w ogóle można o takiej mówić) oraz policji, która próbuje wyzamykać tych wszystkich.

Fotografowie eksponujący swoje koszmarne zdjęcia, mega-fotoszopowe, jak mówi K.

Młodzi niedoceniani ze wszystkich dziedzin artystycznych
i pseudoartystycznych.
Największym przekleństwem są domorośli poeci.

Po co ja to wszystko oglądam?

No właśnie.

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Tuwimie

Piątek. Przed południem dzwoni Janek i zaprasza nas na recital swojej mamy. Idziemy; jeszcze nigdy nie słyszałam, jak śpiewa mama Janka.

Ale recital to nie tylko śpiewanie; to półtorej godziny bycia dla słuchaczy. Dlatego pani Ola między jedną piosenką a drugą pieśnią opowiada. O autorach. O kompozytorach. Anegdotki.

Opowiada o Tuwimie. Zaraz przed tym, jak zaśpiewa jego modlitwę.

Tę modlitwę wałkowaliśmy w liceum, przerabiając Tuwima na niestrawne streszczenia oraz poprawne interpretacje. Nikt się wtedy nie zastanawiał. Nikt nie pomyślał, że oto Żyd, czyli z tych, którzy z Chrystusem mają wspólne korzenie i z których niektórzy Nim gardzą, a w najlepszym przypadku po prostu o Nim nie myślą, chce przed Chrystusem padać na kolana.

Żyd - przed Chrystusem - na kolana.

(I krąży opowieść o trumnie Tuwima.)

I okazało się,
że Ola Maurer ma taki głos,
który te niuanse i niedomówienia, i dramat potrafi pokazać.
Tak. Pokazać.

W miarę trwania koncertu ludzi w kościele przybywało, akustyk pewnie zżymał się wewnętrznie, siedziały w ławkach młode Japoneczki, które weszły w połowie, z ulicy, bo usłyszały pieśń, kilku Anglików,
a w drzwiach nieśmiało przystanęła para ze straży miejskiej.

A potem wracaliśmy w ciepłym zmroku i szliśmy ulicą przed ludźmi, którzy wyszli z koncertu, i za ludźmi, którzy wyszli z koncertu.

I wszyscy byli poruszeni.

wtorek, 9 czerwca 2009

Idealizm fotograficzny

"Czy wszyscy muszą robić zdjęcia?" - jęknął w smsie K., kiedy z naiwnym zachwytem podzieliłam się wiadomością o kolejnym fotograficznym znajomym.

Muszą.

Wielkim polem do popisu jest "Nasza-Klasa"; kto tylko ma znajomego fotografa, błaga go o świetne zdjęcia, a potem z satysfakcją wrzuca
je do swojej galerii. Celują w tym kobiety. Potem umieszcza się nazwisko w podpisie, albo nawet i link, i już kilku ciekawych, jak też wygląda portfolio kogoś, kto z tej szarej myszki pamiętanej z czasów liceum zrobił TAKĄ ślicznotkę/wampa/elegantkę/piękność, włazi na stronę rzeczonego fotografa.

Zazwyczaj są tam dwa typy zdjęć.

Jeśli fotograf postawił na ciuchy, nasza znajoma modelka jest wystrzałowo/przedziwnie/zupełnie-nie-w-swoim-stylu ubrana
i sfotografowana na tle rozsypującego się muru/metalowej kutej bramy/graffiti/zieleni miejskiej/placu zabaw.
Bardziej ambitni zabierają modelkę do starej kamienicy lub hali fabrycznej tuż przed wyburzeniem i tam układają ją w kurzu na podłodze albo każą wspinać się na stary, wąski i szorstki parapet.

Jeśli fotograf para się wizażem albo przynajmniej ma znajomych w tej branży, zafundował naszej modelce ekstra make-up, który ma sprawić,
że znajomi na "Naszej-Klasie" dodadzą setkę komentarzy pod zdjęciem,
a nieznajomi ściągną wszystkie zdjęcia z profilu na własny dysk, żeby
móc je oglądać wieczorami.

Modelka jest zachwycona.
Nie ma kobiety, która nie chciałaby być okrzyknięta piękną oraz sprawiać, że wszyscy mężczyźni na ulicy obejrzą się za nią mniej lub bardziej dyskretnie, w zależności od tego, czy idą z własną kobietą, czy nie.

Fotograf jest zachwycony.
Oto powiększyło się jego portfolio.

Znajomi też są zachwyceni.
Zwłaszcza płci męskiej.

Pula pięknych i nieprawdziwych zdjęć, przedstawiających wspólne marzenia fotografa i modelki, rośnie w nieograniczonej na razie niczym przestrzeni internetu. Sama je tam wrzucam. Sama je usuwam, kiedy już nie mogę na nie patrzeć. Aż chce się wrzucić coś brzydkiego, paskudnego, niszczącego złudną harmonię świata fotograficznego idealizmu.

Ale błogi pięknostan utrzyma się aż do kolejnej wystawy World Press Photo, pełnej płaczących kobiet i urwanych rąk bez lakieru na paznokciach.

Jeśli, rzecz jasna, ktoś wrzuci zdjęcia z wystawy na "Naszą-Klasę".