Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 lutego 2010

Avatar

Obejrzałam go dwa razy.

Wcześniej słyszałam wiele tramwajowych recenzji. Porównania do Władcy, do Star Treka, nawet - do Harry'ego. Przez dwa tygodnie po Świętach, czyli po premierze, w każdym środku transportu miejskiego przynajmniej jedna para dyskutowała o "Avatarze", a reszta podróżujących słuchała - jak to zazwyczaj bywa.


Kiedy po raz pierwszy wychodziłam z kina, dookoła niósł się szept: "Piękny".
Chyba po raz pierwszy w kinie słyszałam ten przymiotnik.
Piękny.
Jeszcze pamiętamy to słowo.

Zazwyczaj słyszy się, że film był ładny, niezły, efektowny, wypasiony, dobrze wyreżyserowany, ze świetną grą aktorską, że krajobrazy były piękne, że fabuła zaskakująca.

"Avatar" był piękny.

Był też ukrytą w pięknym lesie krytyką współczesnej, zagranicznej polityki podbojów Stanów Zjednoczonych.

Ciocia Wiki podaje, że "po premierze filmu odnotowano przypadki depresji u widzów, pragnących żyć na Pandorze". Cameron, poproszony o komentarz, zalecił "spacer w lesie i przypomnienie sobie przyrody, którą mamy tutaj".

Ale tutaj nie mamy unobtanium.
Swoją drogą, nikt nie pokusił się o tłumaczenie.

Za to mamy najbardziej kasowy film w historii kina. Bilety przez miesiąc po premierze zarezerwowane na dwa tygodnie wprzód.
Powód?
Jest w 3D - nie można go ściągnąć i obejrzeć w domu.
I bardzo dobrze.

Teraz marzy mi się, żeby objawił się polski Cameron i w 3D nakręcił "Wrońca".

czwartek, 19 listopada 2009

Katastroficzna poprawność

Byłam niedawno na na premierze filmu "2012".

To najnowszy - i, sądząc po efektach - naprawdę wysokobudżetowy film katastroficzny. Producenci zadbali jednak o to, by budżet się zwrócił: film we wzorcowo poprawny sposób oddaje aktualne stosunki mocarstw światowych.

Katastrofa nie jest tym razem wywołana przez wojnę nuklearną pomiędzy Stanami i Rosją. To zupełnie niezależna katastrofa. Dlatego też wybrane państwa świata, oczywiście ze Stanami i Rosją na czele, stają na głowie, by chociaż część ludzkości uratować przed zbliżającym się potopem.

Chińscy robotnicy budują na zamówienie wielkie arki, na wzór Noego zwożąc do nich słonie i żyrafy. Po parze.

Prezydent Stanów jest Murzynem, główny naukowiec - najprawdopodobniej Hindusem. Rosja jest reprezentowana przez grubego byłego boksera-miliardera, Jurija Karpowa oraz transporter Antonow.

Ameryka - przez tłum Amerykanów, ale głównie rozbitą amerykańską rodzinę, w której były mąż i obecny facet zgodnie działają w interesie dzieci (własnych/ukochanej kobiety), przy czym ojciec przeżyje, a gach zginie.

Religie świata reprezentowane są przez szalonego chrześcijanina prowadzącego własne radio, który rzuca się z zachwytem w objęcia wulkanu, i tybetańskiego lamę, który w obliczu śmierci bije w dzwon. Jest też ateista bez sumienia, którego poglądy w ostatecznej rozgrywce przegrywają z poglądami tych, co jeszcze mają sumienie.

Film w sam raz do oglądania z drugiego rzędu. Nawet, jeśli jest się dalekowidzem.