wtorek, 8 maja 2012

Wniosek bez instrukcji obsługi

Składamy wniosek. 
Właściwie powinnam napisać: Wniosek. Albo: WNIOSEK. Jaki? O kolejne "becikowe". A co.
Lista papierów jest długa.

- A ten załącznik?
- Musisz w niego wpisać wysokość składki zdrowotnej ZUS - informuje mnie mąż.

Aha.

Dzwonię do urzędu. Miła pani odbiera i uprzejmie tłumaczy, że nie ma pojęcia, co mam tak wpisać, jeśli byłam ubezpieczoną przy mamie oraz przez uczelnię studentką pracującą na zlecenie. Bo urząd dostaje z ZUS-u papierki i ona nie wie.

Dzwonię do ZUS-u. Miła pani tłumaczy mi zawiłości składek, na koniec sama z siebie podaje nieoficjalnie kwotę, którą uczelnie płacą standardowo za studentów, sugerując, że może o nią chodzi, ale ponieważ nie jest pewna, nie może mi takiej informacji udzielić oficjalnie. Radzi zadzwonić do miejscowego oddziału ZUS-u.

W miejscowym oddziale zajęte, więc dzwonię jeszcze raz do urzędu i pytam, czy chodzi o składkę, którą płaciła za mnie uczelnia. Pani wciąż nie wie.

W ZUS-ie odbiera kolejna miła pani. Po moich długich i szczegółowych wyjaśnieniach wydaje szybki wyrok. - Czy pani sama odprowadzała składki? Ma pani je w picie? - Nie mam - odpowiadam zgodnie z prawdą. - W takim razie wpisuje pani zero - decyduje pani.

Hurra.

Wpisuję zero, sprawdzamy dwa razy wszystkie papierki i już K. może jechać do urzędu.

- Do kompletu jest jeszcze potrzebne zaświadczenie, że żona była od dziesiątego tygodnia ciąży pod opieką lekarza.
- Już takie złożyliśmy.
- Nie, tamto jest już nieważne, zmieniły się przepisy, potrzebne jest nowe zaświadczenie, na innym formularzu, o, takim.

K. wychodzi więc z (nie)kompletem papierów z urzędu, a następnego dnia na podbój świata zaświadczeń wyruszam ja. Bo dziś już za późno.

Miła położna idzie po moją kartę. Wraca najpierw z kartą mojej bratowej, która nazywa się tak samo, choć uprzedzałam ją, że jesteśmy dwie i należy sprawdzić rok urodzenia. Później okazuje się, że karty nie ma, a jeszcze później, że jest u lekarza.
W końcu westchnieniem zasiadamy naprzeciwko siebie, przedzielone biurkiem.

- Tu masz długopis, wpisz sobie imię, nazwisko, pesel, adres.
- Adres zamieszkania czy zameldowania? - pytam na wszelki wypadek, choć na kartce jak byk stoi: zamieszkanie.
- Ten z dowodu.

Uważna lektura karty doprowadza nas do smutnego wniosku: byłam tu u lekarza po raz pierwszy w szesnastym tygodniu ciąży.
- Nie mogę ci wystawić takiego zaświadczenia, że byłaś przed dziesiątym tygodniem - stwierdza położna, rozkładając ręce. - Musisz pojechać do lekarza, u którego wtedy byłaś.
No tak. Dokumentacja przecież nie wędruje z pacjentem, tylko zostaje na miejscu. Czyli czterdzieści pięć minut drogi dalej.
 
W podróż wybiera się mój mąż. Wcześniej pytam w informacji, jak mam zdobyć potrzebne zaświadczenie. - Pójdzie pani do doktor, powie, o co chodzi, doktor da pani karteczkę, zejdzie pani do rejestracji, tam wyjmą pani kartę, pójdzie pani z nią do doktor i ona wystawi zaświadczenie.
- A czy moja karta nie mogłaby zostać wyjęta teraz i zaniesiona do pani doktor?
- Nie, bo na dziś nie ma żadnych wolnych miejsc na wizytę.
- Przecież potrzebuję zaświadczenia, nie badania. Może je wystawić położna.
- Nie szkodzi.

Zatem K. wychodzi. Dzwoni po godzinie. Jest na miejscu, ale nie ma mojej karty. Karta została zarchiwizowana. Trzeba złożyć wniosek o wyjęcie jej z archiwum. Potrwa to tydzień. Ale można ładnie poprosić i może będzie szybciej. A potem wystarczy tylko, żebym przyjechała z dowodem osobistym i dowodem ubezpieczenia, pani założy mi nową kartę i będę mogła iść po zaświadczenie.

Postanawiamy jednak złożyć niekompletny wniosek, bo po co wozić papiery tam i z powrotem. Tym razem do urzędu jedziemy we dwoje. Nie ma kolejki, jest za to kolejna miła pani z poczuciem humoru.

- A może ma pani to wpisane w karcie ciąży? - pyta, kiedy wyjaśniamy problem.
Wyjaśniam z kolei ja, że lekarze wystawiają kartę ciąży około piętnastego tygodnia. Pani jest zdumiona.
- Szkoda - dodaje - gdyby pani miała taki wpis w karcie ciąży, to by wystarczyło.
Pozostaje ostatnia wątpliwość: adres zameldowania czy zamieszkania?
- Zamieszkania, oczywiście - wyjaśnia pani i daje nam dwa tygodnie.

Dość szybko ktoś z przychodni dzwoni, że moja karta przyszła z archiwum, więc jadę. Zgodnie z instrukcją do gabinetu, na drugie piętro. Najpierw doktor mówi, że dziś nie ma już czasu, bo za pięć minut kończy - chociaż w poczekalni czekają na nią cztery pacjentki. Potem daje mi karteczkę i każe wrócić z kartą pacjenta, iść z nią do położnej, a potem przyjść po pieczątkę.

Schodzę do rejestracji, by stanąć jako szósta w kolejce i dowiedzieć się na koniec, że mojej karty nie można znaleźć.
Ale pani szuka.
Szuka i szuka, a kolejka się niecierpliwi i niecierpliwi.
W międzyczasie pani daje mi jakieś kartki w kopercie, mówiąc coś o kserokopii karty. Przekonana, że mam w rękach kserokopię, idę do położnej.
W gabinecie położnej pięć pań ma właśnie prywatną konferencję. Niezadowolone, że im przerwałam, pytają mnie wszystkie po kolei, po co właściwie przyszłam. W końcu ta właściwa zagląda do szafki i oznajmia: 
- Nie mam tu pani karty.
Mówię: że rejestracja, że archiwum, że mnie tu przysłano, że ksero w kopercie.
W kopercie nie ma ksera, jest moja nowa karta pacjenta, założona, by móc mi wystawić zaświadczenie, która to czynność jest kontraktowana przez NFZ.
- Poproszę kartę ciąży - mówi zirytowana położna.
Tłumaczę, że byłam tu w szóstym tygodniu ciąży, ale kartę wystawiła mi w piętnastym, więc to nic nie da. Położna jest bardzo zdziwiona.

Schodzę do rejestracji. Kolejka liczy już dwanaście osób. Doktor miała wyjść dwadzieścia minut temu. Bezczelnie podchodzę do pani, która szukała mojej karty, i przerywam jej w pół słowa rozmowę z panem pacjentem w brązowej marynarce. Pan się nawet nie oburza. Pani biegnie, sprawdza, wraca z kserokopią i oznajmia:
- Byłam pewna, że kolega już zaniósł.

Wracam dwa piętra w górę. Do położnej jest kolejka, do lekarki nie ma. Łatwy wybór. Pani doktor w trzy minuty wypisuje mi, co trzeba.
Sukces.

Z satysfakcją wsiadam w autobus i jadę do urzędu.
W urzędzie na bloczkowym pulpicie leży sobie samotny numerek. Akurat wyświetlany. Korzystam bez namysłu. W kolejce za moim numerkiem pięć innych numerków. Ha. Mija dopiero trzecia godzina.

Wyjaśniam pani zza biurka, w czym rzecz. Pani sprawdza zaświadczenie i oznajmia:

- Musi mieć pani jeszcze zaświadczenie, że była pani pod opieką lekarza w drugim i trzecim trymestrze.
- Ale przecież to jest zaświadczenie, że byłam pod opieką lekarza przed dziesiątym tygodniem!
- Nie szkodzi, musi być cała ciąża udokumentowana. Musi pani pojechać do tego drugiego lekarza i wziąć od niego zaświadczenie.
- A karta ciąży nie wystarczy?
- Karta ciąży według ustawodawcy nie jest dokumentem - odpowiada, ku memu zdziwieniu, pani. Nie mówię, że jej koleżanka mówiła co innego.
Dyskusja jest skończona.

Wracam do domu, obliczając po drodze, że koszt załatwiania "wyprawki", jak to ujęła w karcie pani doktor, przekroczył właśnie dziesięć procent jej wartości.

Jutro jadę po kolejne zaświadczenie. Poziom trudności wzrósł: dowiedziałam się właśnie, że poza mną i bratową jest w naszej przychodni jeszcze jedna pacjentka o takim samym imieniu i nazwisku.
Z mojego rocznika.

Powiedziała mi o tym bratowa, która za miesiąc rodzi i na wszystkich badaniach poza nazwiskiem podaje datę. Mówiła też, że weszły nowe przepisy i teraz trzeba będzie zbierać paragony, żeby udowodnić, że się wydało becikowe na artykuły dla dzieci.

Chwała ustawodawcom. 
Może następnym razem pomyślą o instrukcji obsługi.

czwartek, 22 marca 2012

Nowa szkoła

Dziś został złożony w Sejmie nowy projekt ustawy o szkolnictwie. Kolejna inicjatywa społeczna: młodzi rodzice mają dość coraz bardziej bezsensownego systemu.

A czego mają dość?

Na przykład: zbyt drogich podręczników. W związku z tym postulują, żeby państwo zajęło się sprawą książek, z których ich dzieci będą czerpać wiedzę. Wolny rynek - wolnym rynkiem, ale edukacja jest niejako dobrem narodowym. Dlatego też w nowym systemie będzie działać sześć różnych, koncesjonowanych firm. Trzy z nich będą wydawać książki potrzebne na pierwszym etapie nauczania. Kolejne trzy - podręczniki drugiego etapu. By otrzymać koncesję, trzeba będzie przedstawić cykl podręczników, które następnie będą drobiazgowo oceniane przez odpowiednich, niezależnych ekspertów oraz testowane przez nauczycieli, dzieci i młodzież. Oprócz treści będą oceniane inne walory, jak waga czy cena. Papier kredowy będzie zakazany. Podręczniki nie będą się zmieniać co roku.

Inna rzecz, której z kolei mają dość uczniowie - czyli niekończące się prace domowe. System zmieni się o tyle, że bloki lekcyjne będą godzinne, z czego trzydzieści pięć minut będzie przeznaczone na lekcję, a dwadzieścia na odrabianie pracy domowej, z przerwą pomiędzy blokami. Lekcje będą kończyć się później, ale uczniowie po powrocie do domu będą mieli czas na odpoczynek, a podręczniki będą mogli zostawić w szkolnych szafkach.

Zmieni się również liczebność klas: do dwudziestu uczniów.

Wracając do dwuetapowego systemu kształcenia, będzie to powrót do poprzedniego systemu, czyli, ogólnie mówiąc, podstawówki i szkoły średniej/zawodowej. Podstawówka będzie ośmioklasowa, jednak jej struktura zmieni się o tyle, że klasy od szóstej do ósmej będą mieć zajęcia w salach przystosowanych do swojego wieku oraz rozmiaru. Tym samym szkoła będzie podzielona na dwie części: dla młodszych i starszych uczniów. Nauczyciele będą na stałe przypisani do swoich klas: inni dla klas 1-3, kolejni dla klas 4-8. Takie rozstrzygnięcie pozwoli opanować chaotyczny system wychowawczy, który zaistniał za sprawą wprowadzenia etapu gimnazjów.

Co jeszcze? Długo by streszczać. Sposób wyboru specjalizacji na drugim etapie edukacji, komunikacja między rodzicami i pedagogami, system sprawdzania wiedzy uczniów.

Ciekawym elementem projektu jest reforma studiów pedagogicznych, podczas których nacisk będzie położony na praktyczne przygotowanie młodych nauczycieli, na rozwijanie ich kreatywności, na wykorzystywanie możliwości, które daje rozwój technologiczny. Poza przedmiotami kierunkowymi studenci pedagogiki przejdą kurs asertywności, kurs tzw. "małych projektów", kurs metod twórczego wykorzystywania umiejętności uczniów oraz kurs psychologii praktycznej i kierowania grupą, zakończony spektakularnym testem umiejętności przy udziale grupy aktorskiej grającej trudną klasę.

Minister edukacji, który ma za sobą trzydziestoletni staż pracy w szkole na różnych stanowiskach, przychylnie podchodzi do projektu i zapowiedział już, że zaczyna szukać sensownych oszczędności, by móc zacząć wdrażać nowy system. Lobby rodziców aktywnie i kreatywnie pracuje nad parlamentarzystami - ostatnio poseł N., historyk z wykształcenia, prowadził lekcję w II klasie gimnazjum. Po jej zakończeniu natychmiast podpisał się pod projektem ustawy. Bardziej radykalnej próby dokonała posłanka K., z wykształcenia polonistka, która zgodziła się przez miesiąc zastępować jedną z nauczycielek warszawskiego liceum, rezygnując na ten czas z pozostałych swoich zajęć oraz wszystkich innych dochodów. Do końca pozostał tydzień, a posłanka przygotowuje podobno wraz ze swoim klubem projekt nowej karty praw nauczycieli.

I tyle moich pobożnych życzeń.

A rzeczywistość?

Cztery dni temu w Krakowie rozpoczęła się głodówka w obronie lekcji historii.
Tak naprawdę protest głodowy w obronie zdrowego rozsądku i zdrowego systemu edukacji.

"Dotychczasowe formy protestu, m.in. petycje uczonych – historyków, nauczycieli, rodziców podpisane przez wiele tysięcy osób nic nie dały. Do demonstracji władza też zdążyła się przyzwyczaić. Wybraliśmy więc ten radykalny sposób. Rezultaty proponowanych zmian programowych mogą być rujnujące dla świadomości historycznej młodych Polaków." - mówią protestujący. To pokolenie 50+ (jak mi powiedział jeden z nich) - opozycjoniści z lat 80-tych, w głodowych bojach zaprawieni.

Jak napisał ostatnio D. - "nikomu z tamtejszej opozycji przez myśl wtedy nie przeszło zapewne, że będą musieli powtarzać protesty w obronie narodu".

A co na to nasza matematyczka, pani minister Hall?

"Mam jednak przekonanie, że to będzie zmiana na lepsze, że absolwent polskiej szkoły od 2015 roku będzie lepiej przygotowany do studiowania i życia społecznego."

Ach. To będzie zupełnie, zupełnie nowa szkoła.
Brr.

środa, 7 marca 2012

Blackmater

Dawno, dawno temu uważałam feministki za nieszkodliwą grupę społeczną, która za cenę głupio pojętej równości rezygnuje z przyjemnych przywilejów: całowania w rękę (tak, ja naprawdę to lubię, panowie), przepuszczania w drzwiach, wnoszenia ciężkich rzeczy po schodach itp.

Nieco później doszłam do wniosku, że może to być pożyteczna grupa, która postara się o równe traktowanie kobiet i mężczyzn, zwłaszcza w kwestii wynagrodzenia.

Teraz niestety widzę, że feministki są bardzo szkodliwą grupą społeczną. Szkodliwą zwłaszcza dla kobiet.

Takie na przykład organizacje pro-life zarzucają ostatnio feministkom łamanie praw kobiet, ponieważ aborcji dokonuje się często ze względu na płeć -i częściej jej ofiarą padają dziewczynki. Ale nie o tym tym razem.

Zajrzyjmy na stronę Federy. W zakładce "misja" czytamy: "Federacja działa na rzecz podstawowych praw człowieka, w szczególności prawa kobiet do decydowania o tym, czy i kiedy mieć dzieci. Możliwość korzystania z tego prawa jest dla kobiet warunkiem samostanowienia, a także warunkiem zrównania szans życiowych kobiet i mężczyzn."

Aha. Czyli w zasadzie prawa kobiet sprowadzają się do antykoncepcji i aborcji. Skoro bowiem chodzi o "zrównanie szans życiowych" kobiety i mężczyzny, z których ten drugi w ciąży nigdy nie będzie, trzeba usunąć ciążę, by zrównać.

Zresztą czy samo stwierdzenie "możliwość decydowania o prokreacji jest dla kobiet warunkiem samostanowienia" nie jest już ograniczającą wizją kobiety, z którą to wizją podobno feministki walczą? Po pierwsze - prokreacja to praca zespołowa (im mniej naturalna, tym bardziej zespołowa...). Po drugie - nie wszystkie kobiety czują się ubezwłasnowolnionymi, zamkniętymi przy garach maszynkami do rodzenia dzieci. Prawdopodobnie trzeba je najpierw o tym przekonać, żeby móc powalczyć sobie o ich prawa do tego i owego.

Ostatnio nasze feministki walczą chyba jeszcze o parytet, czyli równą ilość zatrudnianych kobiet i mężczyzn.

Grr.
Bardzo bym chciała, by feministki zapytały polskie kobiety, o jakie też prawa powinny dla nich (dla nas) walczyć.
Może nie tylko o parytet, ale o sprawiedliwe wynagrodzenie?
Może o prawo decydowania, czy kobieta chce zajmować się domem i dziećmi, czy tyrać na trzech etatach: jako gospodyni domowa, wzorowa matka i obiecująca pracownica?
Może o prawo do wystarczających na utrzymanie rodziny zarobków dla mężczyzn (ach, och, straszne!), by mogli utrzymać swoje żony (przepraszam, jestem zwolenniczką modelu konserwatywnego)?
Że żony wtedy nie będą się rozwijać?
A ile znacie młodych (i starszych) matek?
Jeśli tylko "siedzą w domu i nie pracują" - zazwyczaj mają jakieś kreatywne hobby. Szyją, rysują, zdjęcia robią, garnki wypalają, haftują - sztuki plastyczne wyzwolone. Urządzają dom. Dokształcają się. Czytają, albo nawet piszą.

Może feministki powinny walczyć o prawo do zasiłku macierzyńskiego dla matek, których nikt nie zatrudnił przed zajściem w ciążę na umowę o pracę. Może powinny zająć się kobietami po czterdziestce, których nikt nie chce zatrudniać, bo trzeba im za dużo zapłacić. Może powinny ścigać tych wszystkich lekarzy, którzy skrobią na lewo i powodują wzrost śmiertelności wśród kobiet?

Coraz bardziej jestem przekonana, że feminizm to po prostu lukratywny biznes. Opłaca się gadać te wszystkie smutne kwestie o aborcyjnym podziemiu, koniecznej nauce zakładania prezerwatyw na ogórki i nieszkodliwości antykoncepcji. Żaden wstyd. Wojskowi najemnicy też są przecież dobrze opłacani. Tyle, że nasze komandoski z Blackmater utrzymują, że walczą ideologicznie.

A ja bardzo bym chciała, by ich lukratywne ideolo ustąpiło miejsca jakiejś organizacji, która zatroszczyłaby się o realne potrzeby kobiet w naszym wspaniałym systemie gospodarczym. Niecierpliwie czekam. I pewnie bezskutecznie.

Ciekawe, swoją drogą, czy parytet realizuje się w organizacjach feministycznych. Podobno są za to kary.

niedziela, 22 stycznia 2012

Logika Palikota, czyli mózg w prezerwatywie

Jakoś się tak złożyło, że dwa tygodnie temu w prasie lewicowej zagrał mocno Ruch Palikota, zwany przez niektórych trafnie a szyderczo "palikociarnią".

Do gazet tych, które czytuję zresztą w drugim obiegu, by nie finansować, dotarłam dopiero teraz z przyczyn oczywistych i przemieszczających się już zaskakująco sprawnie.

I oto w "Przekroju" (tak, tym z brzydką okładką), którego ostry skręt w lewo zapowiedział ostatnio jego właściciel, ukazał się pierwszy tekst pana/i Anny Grodzkiej. Tekst, jakżeby inaczej, o transseksualiźmie i jego bolączkach. Nasz autorka objaśnia czytelnikom, że nie każdy psychicznie zgadza się ze swoją płcią genitalną, dzięki czemu dowiadujemy się, że istnieje kilka różnych typów (albo pochodzeń) płci. Grodzka zaznacza też skromnie, że transseksualiści są jak czterolistne koniczynki wśród trzylistnego społeczeństwa. Taka czarująca, dobrze się kojarząca metafora.

I już wiem, skąd moje kpiące podejście do tych trudnych, genitalnych spraw. Brakuje mi jednego listka.

Jakby Grodzkiej było mało, wywiad dla GW dał Palikot. Rozmawiała z nim w dodatku Agnieszka Kublik, więc możecie sobie wyobrazić. I rzeczywiście, logika Palikota jest zatrważająca. Nasz politykofilozof twierdzi bowiem, co następuje:

"Odpowiedź na pytanie, kiedy zaczyna się życie, jest dla mnie sprawą filozoficzną i trudną. Człowiek odpowiedzialny unika takich dylematów, w których niełatwo znaleźć pewność, a to, o co chodzi, nie jest jednoznaczne i można wręcz powiedzieć, że prawda się ukrywa. A zatem, jako skutek naszej odpowiedzialności, powstaje konieczność stosowania antykoncepcji i jej dostępność dla obywateli. To najlepszy sposób na uniknięcie takich dylematów".

Spróbujmy krok po kroku przeanalizować ten majstersztyk.

1. "Odpowiedź na pytanie, kiedy zaczyna się życie, jest dla mnie sprawą filozoficzną i trudną."
Cóż z tego, że mamy nauki przyrodnicze, a wśród nich biologię, a w biologii inne, bardziej szczegółowe dziedziny, jak genetyka. Ich badania i twierdzenia trudno czasem podważyć, więc początek życia to kwestia filozoficzna, a wszyscy przecież wiedzą, że filozofia to niekończące się spory na nieistotne tematy. Do tego jeszcze owa kwestia jest kwestią trudną. Trudno się przecież w nieskończoność spierać na nieistotne tematy. A kwestie ważne i łatwe wiążą się nie z filozofią, ale biznesem, jak ogólnie wiadomo. Zwłaszcza ludziom odpowiedzialnym. Za reklamę.

2. "Człowiek odpowiedzialny unika takich dylematów, w których niełatwo znaleźć pewność, a to, o co chodzi, nie jest jednoznaczne i można wręcz powiedzieć, że prawda się ukrywa."

Jak na filozofa, bardzo dziwne to zdanie. Z przykładu licznych znajomych magistrów filozofii wnioskuję, że właśnie owa filozofia zajmuje się roztrząsaniem dylematów. Wynika z tego, że filozofowie są skrajnie nieodpowiedzialni, powinni bowiem unikać. Nie rozważać. A rozważają.

Wynika też z tego, że człowiek odpowiedzialny jest człowiekiem, który świadomie rezygnuje z namysłu nad rzeczywistością. Myślenie, jak wiadomo, boli, więc należy go unikać. Jak dylematów. Pytanie, za co taki unikający jest odpowiedzialny.

Za to sam opis owych dylematów związanych z początkiem ludzkiego życia bardzo trafny. I ładny.

3. "A zatem, jako skutek naszej odpowiedzialności, powstaje konieczność stosowania antykoncepcji i jej dostępność dla obywateli. To najlepszy sposób na uniknięcie takich dylematów."

No i to, moi drodzy, to jest mistrzostwo świata. Najlepszym sposobem na uniknięcie trudnych, filozoficznych rozważań jest antykoncepcja! Czy to oznacza, że prezerwatywę należy założyć sobie na mózg, o ile się go posiada?

Wynika też z tego, że świat jest pełen ludzi nieodpowiedzialnych. Odpowiedzialni bowiem nie mają dzieci. Trudne dylematy, wiecie.

Gdyby się posłużyć logiką Palikota, trzeba by stwierdzić, że nasz filozof jest przekonany, że życie ludzkie może się rozpocząć podczas stosunku płciowego, stąd ten pomysł z konieczną antykoncepcją.

Anna Grodzka pisze w swoim artykule (że tak go nazwę obraźliwie): nielogiczne nie istnieje. Czyżby nieodpowiedzialnie podważała istnienie czyichś procesów myślowych? Trudna kwestia.

Czas na ostateczny wniosek. Ludzie odpowiedzialni nie zajmują się poważnymi sprawami: starają się ich unikać i zapobiegać im, jak tylko mogą. Co dobrze widać w partyjno-sejmowej działalności Ruchu Palikota. A słynne objaśnienie nazwy partii znajduje w tej jednej wypowiedzi swoje doskonałe uzasadnienie.


Tak się akurat złożyło, że ten, ekhem, zmasowany atak "palikociarni" przypadł na weekend po Objawieniu Pańskim. Dwa tysiące lat temu trzej magowie przyszli do Jezusa Chrystusa. A grupa Palikota przyszła po objawienie do mediów.

Cóż. Każdy ma takiego boga, na jakiego zasłużył.


P.S. Pracowników monitoringu Ruchu Palikota serdecznie pozdrawiam i zapewniam, że będzie jeszcze.

środa, 14 grudnia 2011

Paliziel

Przypuszczam, że mimo rozmaitych wysiłków zmierzających do usunięcia symboli religijnych z przestrzeni publicznej ta sztuka się nie uda.

Dlaczego?

Ponieważ - konsekwentnie - należałoby również zabronić reklamodawcom (i zwłaszcza reklamotwórcom) wykorzystywania symboli religijnych do sprzedaży produktów. A tego, rzecz jasna, zrobić nie można. Mamy wolność słowa, tego w reklamach też. W reklamach wolność słowa jest bardziej kasowa niż gdzie indziej. Stąd też protest byłby zapewne większy. I droższy. A mamy kryzys, więc nas nie stać.

I znowu mamy opiniotwórcze rozdwojenie jaźni: tak, jak w przypadku Kościoła - smutnego, zacofanego ciemnogrodu i Kościoła - groźnego, wpływowego przeciwnika.

Ukrzyżowany Chrystus w Sejmie - źle.

Ukrzyżowany Wojewódzki na okładce "Wprost" - dobrze.
Ukrzyżowany Palikot na okładce "Newsweeka" - jeszcze lepiej.

Bardzo interesujące jest, że osoby oraz ruchy, mówiące o swojej tolerancyjności bez granic, proponują usuwanie symboli religijnych z niektórych przestrzeni publicznych, a nie żądają równouprawnienia w tej materii. Na przykład w Sejmie można by zawiesić obok Krzyża gwiazdę Dawida (jeśli zechcą tego Żydzi) i półksiężyc (jeśli zechcą tego muzułmanie). Oraz pozostawić pusty gwoździk (jeśli zechcą tego ateiści), lub powiesić symbol dolara (jeśli chcą tego moneiści, skoro euro się dewaluuje na naszych oczach...)

Swoją drogą, bardzo chciałabym zobaczyć Janusza Palikota, który żąda ukarania na przykład serwisu dobrenarty.pl za epatowanie w przestrzeni publicznej symbolem religijnym. Ale na to pewnie szef RP nie ma czasu: stara się właśnie o legalizację świętego ziela rastafarian.

wtorek, 13 grudnia 2011

Prawda dobrze zapłacona

- Cóż to jest prawda? - pytał Piłat.

Towar. Nic innego.

Prawda jest też względna. Im względniejsza, tym bardziej kosztowna. I głosi się ją z ekranów.

Poza tym dzieli się na rodzaje. Już nie - jak chciał x. T. - na święta prowdę, tyż prowdę i gówno prowdę. Nawet nie na prawdę, całą prawdę i tylko prawdę. Teraz mamy całą prawdę, półprawdę, ćwierćprawdę i prawdę-nie.

Cała prawda występuje rzadko: w relacjach międzyludzkich pozbawionych pośredników- tych małych i wielkich. Oraz w stajence.

Półprawda występuje w grupowych relacjach międzyludzkich, niektórych mediach, sądach i umowach o dzieło.

Ćwierćprawda występuje zazwyczaj w programach partii politycznych.

Prawda-nie występuje tam, gdzie dobrze jej zapłacą. Najczęściej w programach publicystycznych. Od nieprawdy różni się tym, że nieprawda jest na pierwszy rzut oka oczywista. A prawda-nie stawia sobą wyzwanie: wydaje nam się, że widzimy prawdę, a potem jednak okazuje się, że nie.

Prawda-nie kosztuje sporo. Pieniędzy, wysiłku, pracy, pieniędzy, czasu, znajomości, pieniędzy, manipulacji, pieniędzy - i wstydu.

Prawda-nie kosztuje też sporo cierpliwości tych, którzy się z nią stykają i rozpoznają jej zamaskowane kształty.

Prawda-nie to nowy standard dziennikarski. Z dołączonym w pakiecie ziarenkiem prawdy - jak z mercedesami na Placu Zamkowym: kto chce, ten się dowie. Kto nie chce, nie ma czasu, siły, albo nie wpadł na to, by nie wierzyć, nie wyhoduje nic z ziarenka.

Wciąż nam się wydaje, że to media kontrolują rządzących. A skoro media rządzą, kto kontroluje media?

Ach, zapomniałam! Przecież to Rada Etyki Mediów!

Prakaczka

Po dwóch tygodniach wyjętych z życia zrobiłam sobie prasówkę.

Nowicka wciąż kłamie.
Olejnik została autorytetem młodych dziennikarzy (czyżby za rozmowę z Anną G.?)
Janina P. dostała nagrodę Kisiela.

Kotek z załącznika stał się przedmiotem poważnej debaty (swoją drogą, prawica zawsze wie, jak sobie samej podbić bębenek i zrobić z siebie głupka. I na kogo tu głosować? Dramat.)

Jaruzelski wydał książkę. Żeby powiedzieć prawdę o historii, rzecz jasna. Wszyscy (medialni) się podniecają, rzecz jasna, bo Jaruzelski oznacza newsa na każdą okazję.

Unia ma się świetnie, a jeśli się rozpadnie, to przez PiS i różne marsze.

I doszłam do wniosku, że to nie prasówka, tylko prakaczka. Dziennikarska.