piątek, 14 grudnia 2012

Nieświęty Mikołaj i Boska Niewiasta

Obejrzałam sobie niedawno reklamową gazetkę pewnego marketu. Taką przedświąteczną, z zabawkami.

Na stronie drugiej - gadżety jasełkowe. Oczywiście słowo "jasełka" w gazetce nie pada. Mamy za to wiele sugerujące stroje aniołka, pastuszka, Józefa, króla... i Boskiej Niewiasty.
Logika kazałaby przypuszczać, że to Maryja - czyli "ludzka" kobieta, która urodziła Boga.
A tu niespodzianka: to niewiasta jest boska, a o jej dziecku nic w gazetce nie piszą. Czyli chyba jednak nie Maryja.

W pewnej stacji radiowej - nastrój przed - no właśnie: przedświąteczny? hm... - wprowadza Kayah i jej piosenka o niczym "Ding dong".
Że nie jest o niczym? Że się w niej pojawiają słowa kluczowe: dziecko, dobra nowina, wesołych świąt?
No cóż, pozycjonowanie działało widocznie już wcześniej.
Komentarz z youtube:
"Uwielbiam tę piosenkę! (...) Tekst przy tym bardzo życiowy! Zdecydowanie to jest jeden z moich ulubionych kawałków świątecznych!"

Siwy grubas w czapeczce krasnoludka, gdzie się nie spojrzy. Czasami po kilka naraz - takie stado Mikołajów. A obok - stado reniferów. I pewien amerykański napój. Do kompletu - ludzie z niedowierzaniem przyjmujący informację, że święty Mikołaj był... księdzem. Niemożliwe!
Hostessy - aniołki sprzedające opłatki w centrum handlowym. Poświęcone?
Cisza.

Korporacyjne życzenia wyprane z sensu świąt, dobre na każdą okazję. Kartki "świąteczne" z reniferami, bombkami i gwiazdkami. 

Co się liczy? Rodzinna atmosfera. Jedzenie, jedzenie, jedzenie. Prezenty. Choinka chyba jeszcze. Wiecie, takie tradycyjne polskie święta.
A że te Święta mają katolickie korzenie? Że ich istotą jest świętowanie narodzin Boga?
Mniejsza z tym.

Czekam więc tylko na lewackie hasła o zawłaszczaniu zimowych świąt przez katolików. Że każdy może kultywować tradycję, jak chce. Pewnie do tego nie dojdzie, bo wtedy należałoby wiarę deklarować przy zatrudnieniu i stosownie do niej odbierać świąteczne urlopy bądź też nie. A urlopu każdemu szkoda, nawet temu, co zamiast Bożego Narodzenia obchodzi Święto Karpia. Albo właśnie Święto-Bez-Karpia, ekologicznie. Z Boską Niewiastą i nieświętym Mikołajem.











środa, 5 grudnia 2012

Absurd na absurdzie jedzie i absurdem pogania

Kiedy po raz pierwszy, dawno temu, usłyszałam w radiowej Trójce transmisję z obrad Sejmu, byłam przekonana, że to skecz kabaretowy. Przydługi, ale naprawdę zabawny. Wysłuchałam do końca, żeby poznać autora.

O, zgrozo.

A teraz, zamiast słuchać kabaretowych skeczów, czytam sobie doniesienia prasowe. Kiedyś czytała Borisa Viana, ale on się już do naszych mediów nie umywa.
Przypuszczam, że najlepsza szopka mnie jednak omija, bo zapis video ze względu na swoje tempo mnie męczy, i telewizji też nie oglądam. Ale doniesienia pisane prawdopodobnie niewiele ustępują tym filmowym. A i tak działają lepiej niż kawa, którą ze względów wiadomych powinnam ograniczać.

Codziennie tworzy mi się lista absurdów. Kiedyś potrzebowałam tygodnia na znalezienie naprawdę dobrego - czego, właśnie, czego? Idiotyzmu? Niedopatrzenia? Głupoty? - teraz jeden absurd goni drugi i czasami nie nadążam.

Na przykład dziś:

1. Szwedzki artysta namalował obraz popiołem z pieca krematoryjnego na Majdanku.

"Ukazały mi się postacie, jakby popiół zawierał energię, wspomnienia lub dusze ludzi, ludzi torturowanych, dręczonych i mordowanych przez innych ludzi w jednej z najbardziej bezwzględnych wojen XX wieku" - mówi autor, którego nazwiska nie podam. I oburza się, że potomek jednego z tam zamordowanych krytykuje dzieło... bez jego obejrzenia.

2. Magdalena Środa w felietonie o oknach życia.

Otóż należy je zamknąć. Bowiem dziecko ma prawo poznać rodziców (Ciekawe. Punkty poboru spermy i komórek jajowych też pozamykać?) "Aborcja jest nielegalna, procesy adopcyjne są trudne, dzieci przysposobionych do adopcji - bardzo mało. Może zamknięcie okien życia wymusi na rządzie jakiś ruch w kierunku edukacji seksualnej, uznania reprodukcyjnych praw kobiet, uznania praw dzieci (nie tylko do życia, ale godnego życia), wreszcie zracjonalizowania adopcji.

Tak się składa, że okna życia są objęte uproszczoną procedurą adopcyjną.
"Powiedziała, co wiedziała, i czym prędzej odleciała" - że sobie tak zacytuję klasyka.

3. Prokuratura oznajmiła, że trotyl był. Ale mogła też być pasta do butów. Producent aparatu powiedział, że jak trotyl, to na pewno nic innego. TVN podał, że producent powiedział, że jak trotyl, to równie dobrze coś innego.


Oklaski. Kurtyna opada z hukiem, ucinając łby artystom.
[Och, czy to nie była przypadkiem mowa nienawiści? Dobrze, że nie jesteśmy na kazaniu...]

piątek, 2 listopada 2012

Kazanie robi mi ziazi

Czym różni się kazanie od homilii?
Homilia wyjaśnia Słowo Boże.

I tego mi bardzo, bardzo brakuje, kiedy słucham kazań, zwłaszcza w te bardziej istotne dni w roku.
Brakuje mi też teologicznej poprawności, która czasem umyka w ferworze głoszenia.

Na przykład wczoraj.
Uroczystość Wszystkich Świętych. Dzień radości z tych - i z tymi - którzy trafili do nieba.
Można by się zabrać za próbę wyjaśnienia tego, co mówi Pismo, chociaż troszeczkę. Odwołać się do czytań, do Ewangelii.
Ale nie. Zamiast tego dostajemy papkę, utwierdzającą nas w naszych (często błędnych) przekonaniach.
A przecież homilia (i kazanie też) powinno nas poruszyć, sprawić w nas przemianę, choćby ją zainicjować, dać nam do myślenia. Kiepskie to kazanie, na którym tylko kiwamy głową, nie dowiadując się niczego nowego. Albo kręcimy nią z niedowierzaniem, kiedy się dowiadujemy zupełnie nowych rzeczy - jak tego, że zmartwychwstaje tylko dusza. Auuuu!

Człowiek jako jedność psychofizyczna, zmartwychwstający z duszą i ciałem, najwyraźniej w opinii niektórych kaznodziejów przekracza możliwości wiernych. Więc wolą malować obrazki nieba i piekła, po raz setny wyjaśniając, że z piekła wyjścia nie ma, czyściec to stan przejściowy, a w niebie jest się w Bogiem.

Na litość! O tym wiedzą nawet niewierzący!

Sądzę, że problem jest tu taki sam, jak z wychowaniem dziecka.
Kiedy rodzice mówią do dziecka: Nie ruszaj, bo zrobisz sobie ziazi! To jest be! To jest cacy! O, zabawka zrobiła bam! Ziobać, leci ptasiek! (i nie ma to nic wspólnego z WW) - nie ma się co dziwić, że dziecko mówi: ziazi, cacy, be i bam,  zamiast: krzywda, dobre, niedobre, spadło.

Dopóki będziemy mówić do dorosłych katolików językiem jak dla dzieci, będą infantylni w swojej wierze - a przynajmniej w tej jej części, która bierze się ze słuchania kazań. Nie znaczy to, że trzeba mówić językiem trudnym i skomplikowanym. Jezus mówił PROSTO. Używał metafor, powiadał przypowieści, ale nie bajeczki. Mówił rzeczy trudne, nie bojąc się, że straci słuchaczy - co się zresztą działo.

Takie na przykład "Wierzę w ciała zmartwychwstanie" - to chyba konkret, prawda?  A ile się ci nasi biedni nagimnastykują, ile wody naleją, zanim wspomną o tym, że w niebie będziemy z duszą... i ciałem. Owszem, przemienionym, uwielbionym, ale - ciałem.
Jakby brak im odwagi. I wiary w to, że zgromadzeni na mszy wierni zrozumieją coś trudniejszego niż to, czego słuchają od lat. A tu potrzeba konkretów. Zbudźcie się, o śpiacy!
Dosłownie.

Oczywiście muszę zastrzec, że są chlubne wyjątki. I całe szczęście. Ale co z resztą?
Rok Wiary jest. Może tak byśmy to zmienili?

wtorek, 30 października 2012

Matematyka zdrowia

Minister zdrowia ogłosił dziś szczegóły programu in vitro.

Na program ma być w ciągu trzech lat przeznaczone 250 mln złotych z rezerwy NFZ, który wyniósł w tym roku 400 mln złotych.
Rezerwa NFZ? Ciekawe.

Centrum Zdrowia Dziecka ledwie dyszy.

Na wizytę u specjalisty czeka się od pół do półtora roku. Na przykład do kardiologa.

E., która zwiedzała ostatnio warszawski SOR w związku z nagłym problemem okulistycznym, czekała na przyjęcie osiem (osiem!) godzin.

Szpitale rękami i nogami bronią się przed przyjmowaniem pacjentek, które są objęte opieką medyczną na postawie ustawy, ponieważ nie posiadają dowodu ubezpieczenia, bo NFZ im za to nie płaci, choć środki z budżetu państwa są podobno zagwarantowane. Szpitalom nie chce się procesować o własne pieniądze, bo to koszty, czas i nerwy, więc żądają też dowodu ubezpieczenia dzieci, które są objęte opieką do osiemnastego roku życia - zgodnie z Vademecum NFZ 2012. Wszystko dlatego, że brak kasy.

Wielkopolskie Centrum Onkologiczne - jeden z największych w Polsce ośrodków leczenia raka - ma kontrakt z NFZ na 150 mln złotych i z początkiem października prawie że wykorzystało pieniądze na ten rok, więc chorzy na raka będą musieli poczekać na operację do przyszłego roku. O ile dożyją.

Skąd więc genialny pomysł premiera z programem in vitro?

Program ma trwać dwa i pół roku, weźmie w nim udział 15 tysięcy par. Procent udanych urodzeń, czyli skuteczność in vitro, przy trzech zabiegach, co proponuje premier, to 40-50%. Czyli w ciągu trzech lat urodzi się na skutek zapłodnienia pozaustrojowego 7,5 tysiąca dzieci (w najlepszym przypadku).

Słyszałam opinie, że to próba ratowania nas przed kryzysem demograficznym.
Według GUS w 2009 roku urodziło się 417 589 dzieci.
Świetny dowcip.

Ciekawa jestem, ile płodnych par zdecydowałoby się na kolejne (lub w ogóle) na dziecko, gdyby miało dostać wparcie finansowe w takiej kwocie, jaką przeznaczy się na zabiegi in vitro. Z sond, sondaży i innych badań wynika, że Polki mają mniej dzieci, niżby chciałby, i wystarczy zerknąć na statystyki demograficzne Polaków na emigracji w Wielkiej Brytanii, żeby zobaczyć, że coś w tym jest.

Ile jeszcze genialnych pomysłów uwłaczających polityce prorodzinnej i katastrofalnej sytuacji budżetu państwa nam potrzeba? Czy od przyszłego roku  VAT trzeba będzie podnieść do 24 procent, a może do 25, żeby odbudować rezerwę NFZ?

Rozumiem, że są ludzie, którzy nie mogą mieć dziecka, którzy z tego powodu cierpią i chcieliby skorzystać z in vitro, ale ich nie stać. Dobrze to rozumiem. Ale i tak uważam - niezależnie od mojej opinii na temat procedury in vitro - że obecnie nie stać nas na takie kupowanie sobie głosów w następnych wyborach.
A na pewno nie stać nas na ograniczanie leczenia tych, którzy go naprawdę potrzebują, bo jest to dla nich kwestia życia lub śmierci, kosztem niezbyt efektownej metody sztucznego zapłodnienia, obciążającej nasz nadwerężony budżet.

Niech premier lepiej pomyśli o redukcji VAT na produkty dla dzieci. Najlepiej - do zera.


























wtorek, 23 października 2012

Biologia, czyli konkrety

J. wrzuciła wczoraj na fejs-zbuka link do wywiadu, który zmienia zupełnie spojrzenie na wspaniały lek na bezdzietność, czyli in vitro.

Wywiadu udzielił profesor Stanisław Cebrat, który zajmuje się genetyką, bardzo ogólnie rzecz ujmując.

A co mówi?

Że zabiegi polegające na sztucznym połączeniu komórki jajowej i plemnika w przypadku rodziców cierpiących na bezpłodność mogą skutkować przeniesieniem defektu genetycznego - czyli dzieci również będą korzystać z in vitro, żeby mieć dzieci.
Że natura reguluje kwestie zdrowego potomstwa sama, więc "ubezpładnia" organizmy, których komórki rozdrodcze zawierają jakiś poważny, genetyczny błąd.

Że dzieci, które się rodzą w następstwie in vitro, to zazwyczaj wcześniaki lub bliźniaki: bliźniaki rodzą się na przykład dwadzieścia siedem razy częściej po in vitro. A ryzyko "odziedziczenia" siatkówczaka - czyli raka dna oka - jest pięć razy większe. U dzieci poczętych naturalnie: jeden przypadek na siedemnaście tysięcy. U dzieci z in vitro: jeden przypadek na trzy tysiące.


Że poród dziecka z in vitro kosztuje trzy razy więcej - co jest o wiele większe ryzyko powikłań. Że medycyna jest w stanie podtrzymać ciążę, którą natura wyeliminowałaby z powodów genetycznych, więc koszty utrzymania oddziałów położniczych i neonatologicznych bardzo wzrosną - z racji powikłań i problemów właśnie - jeśli in vitro stanie się powszechną metodą rozmnażania.

Że in vitro prowadzi do eugeniki - ulepszania człowieka, również na życzenie jego rodziców, a grzebanie w genach może przynieść zupełnie inne skutki, niż się grzebiącym wydaje. Wnioskując z przykładu myszy.

I tak dalej.

Profesor nie jest partyjny. Nikogo nie popiera. Zajmuje się nauką, a in vitro uważa nie za naukę, ale za biznes. Dobry biznes.

Czytałam też ostatnio historię matki, która tak bardzo chciała mieć dziecko, że dziesięć razy - DZIESIĘĆ - decydowała się na procedurę in vitro. I dziewieć razy poroniła. Dziesiąty urodziła i jest teraz bardzo szcześliwa, a in vitro uważa za wspaniałe. W trakcie zapładniania nikt jej nie przebadał, nikt nie próbował leczyć. W kolumnie obok szefowa kliniki in vitro naukowo uzasadniała wspaniałość tej metody. No po prostu cud-miód.

Ciekawe, jaką wiedzę na temat in vitro mają ci, którzy decydują o jego zastosowaniu, refundowaniu itp.  Bo chyba nie biologiczną. Ani ekonomiczną. Czy czerpią ją z folderów reklamowych przedsiębiorstw zajmujących się sztucznym rozrodem?

poniedziałek, 22 października 2012

Grafo-mania

Z nudów i nadmiaru czasu zajęłam się ostatnio śledzeniem pewnej dyskusji. Dyskusja to może zbyt wiele powiedziane, gdyż rzecz się dzieje w blogosferze, a uczestnicy prawią sobie epitety niejako pośrednio. Jeden pisze o drugim, drugi się rewanżuje, ale ze sobą nawzajem nie dyskutują. Nazwiska i konkrety sobie oszczędzę, bo to nie pierwsza taka sprawa, której się przyglądam, a chodzi o schemat.

Zaczyna się to wszystko od A.
A - zazwyczaj mężczyzna  (znamienne, że kobiety się tak przeważnie nie zachowują) jest człowiekiem, który wydał książkę. "Wydał" oznacza tu napisał, nie poprawił, chodził dwa lata po wydawcach, ale nikt go nie chciał, więc wydał się sam i teraz przeżywa.

Więc nasz A. przeżywa. Najpierw to, że wydał, a więc jest teraz pisarzem. Reklamuje więc swoją książkę, gdzie może i gdzie nie może, własnoręcznie ją dystrybuuje, na blogu albo blogowatej stronie autorskiej obszernie opowiada o trudach i znojach autopromocji, przeciwnościach losu oraz głosach niezasłużenie krytycznych.
Potem zaczyna przeżywać, że rynek taki i owaki. Że musiał się natrudzić, żeby wydać, że znajomości, że nikt nie czyta rękopisów, że nawet nie odpowiadają na listy, że bestseller to kosztuje w empiku dwadzieścia tysięcy, że wydawca woli zapłacić za jakiś marny romans, byle by był amerykański, a polscy pisarze przymierają głodem.
Jeszcze później przeżywa to, że inni też wydają. Co gorsza, nie czepia się tych lepszych. Najpierw może i próbuje, ale jak mu zarzucają, że zazdrosny o sławę, chwałę, tytuł bestsellera (choćby i za dwie dychy) i pieniądze, znajduje sobie B.

B. to również człowiek, który wydał książkę. Zazwyczaj jest z tego samego przedziału jakościowego co A., bywa też, że lepszy, natomiast A. uważa jego książkę/książki za wypociny grafomana, a samego autora za pozbawione wstydu beztalencie, które wydało się samo, bo nikt go nie chciał. I cierpi, gdyż rynek nie poznając się ani na nim, ani na panu B. zrównał ich ze sobą. Albo też książkę B. wydało prawdziwe wydawnictwo, nie mini-oficyna założona na potrzeby pana A., ani nie system wydawniczy wspomagający autora za opłatą. To jeszcze gorzej: na nim, na tym grafomanie B., się poznali, na panu A. nie - zatem korupcja rynku wydawniczego sięga nieba, lub też pajęcza sieć układów i kolesiostwo redaktorów pozostaje poza wyobrażeniem wszystkich śmiertelników. Do wyboru.

B. staje się więc chłopcem do bicia, na którym nasz A. ćwiczy swoje kiepskie pióro, publikując rozwlekłe analizy (braku) stylu i kwieciście, potoczyście oraz okołofrazeologicznie miesza owego B. oraz jego (brak) talentu literackiego z błotem, udzielając mu też dobrych rad co do zawodu, w którym ów nieszczęsny B. spełniać się powinien. W kucharzeniu na przykład. Albo ciesielce. Zazwyczaj stawia też diagnozy dotyczące stanu psychicznego pana B., lub innych jego osobistych przymiotów. Ad hominem zawsze się dobrze sprzeda.

Ponieważ internet zniesie więcej niż papier, a na dodatek wyszukiwarka doniesie na życzenie, pan B. dowiaduje się o panu A. - i jak pies Masztalskiego: reaguje albo nie. Zależy to od stopnia pokory pana B.

Zdarza się bowiem, że pan B. wydał sobie książkę, gdyż chciał zrobić prezent żonie/narzeczonej/mamie/bratu, dzieło jego życia ukazało się w stu egzemplarzach i to mu w zupełności wystarcza. Nie pretenduje do miana pisarza, podbijania rynku ani innych takich. Albo się założył, że wyda książkę, i wydał. Albo dostał dotację na publikację. I wtedy pan B. mówi do żony/mamy/brata: "Zobacz, ktoś zauważył, że wydałem książkę! Niesamowite! Skąd on się o tym dowiedział? Muszę zapytać, kto mu pożyczył!" - i spokojnie kończy pić herbatę. Zdarza się też, że pan B. książkę chciał wydać, cieszy się z tego, czeka na sukces lub na to, że zauważą go w dużym, poważnym wydawnictwie, ale wie, że mógłby to i owo poprawić, a z opisywaniem miejsc to on sobie średnio radzi, więc znosi owe uwagi pana A., może poza ad hominem, spokojnie, a na te ostatnie macha w końcu ręką. Mało to szaleńców w sieci? Mało człowiek ma do roboty? I wraca do pisania swojej kolejnej książki.

Niestety najczęściej jednak się zdarza, że pan B. to zawodnik wagi pana A. On też ma bloga, przerost, zbyt wysokie mniemanie o sobie, grupę potakujących mu komentatorów pod blogiem/forum i inne atrybuty Prawdziwego Pisarza oraz potrzebę porównywania się z - według niego - gorszymi, by poczuć się lepiej. I zaczyna się walka kogucików.

Po ostatnim dłuższym obserwowaniu takiej przepychanki postanowiłam sobie, że nigdy więcej, szczególnie, że zapoznałam się z wiekopomnymi dziełami obu wspaniałych, nieznanych pisarzy i życzę wszystkim czytelnikom, a zwłaszcza recenzentom, by nieznanymi pozostali. Ale - chcąc nie chcąc - złamałam ostatnio to postanowienie, i znowu zmarnowałam sporo czasu na czytanie zlośliwych wypocin, zawistnych  komentarzy i ogólnie przykładów dużej niechęci.

Najbardziej bawi mnie jednak, gdy autor A. krytycznie miażdży owego nieszczęsnego B., podając... siebie za wzorzec literatury. Skromność, skromność przede wszystkim.

No cóż. Grafomania to nie tylko bezwstydnie pokazany światu brak talentu, ale stan umysłu. A konkretnie: stan braku pokory.

W zasadzie nie należałoby się takimi dyskusjami w sieci przejmować. Niech się żrą, niech się zeżrą, niech sobie nawymyślają - może przestaną pisać i rynek wydawniczo-czytelniczy odczuje ulgę. Ale jest jeszcze inny wymiar tego wszystkiego: otóż wyrasta nad poziomy zwykłości kolejna i kolejna grupa grafomanów, co to się sami wydają, i oni podobno uważają, że takie dyskusje to norma pisarskiego żywota.
Brrr.











piątek, 19 października 2012

Drogi N.


dziękuję za komentarz do poprzedniego tekstu. (Swoją drogą szkoda, że nie wiem, z kim rozmawiam).
Niestety mój własny blog zwrócił się przeciwko mnie i nie mogę komentarzem odpowiedzieć na komentarz. Nie wiadomo, dlaczego, co jest dość irytujące.

Postaram się po kolei:
co do pseudoobiektywności mojego tekstu - ależ on ani trochę nie próbuje być obiektywny! Wręcz przeciwnie, przestawiam tu bardzo subiektywną wizję świata.

Myśl o "czystym sumieniu", z którym idzie się do SPOWIEDZI, dla każdego katolika jest bzdurna, gdyż do spowiedzi idzie się, gdy ma się sumienie nieczyste. Przypuszczam, że chodziło o "z czystym sumieniem pójdzie w niedzielę do komunii" - ta niedziela jest taka sugerująca. Uważam, że ktoś, kto bierze się za pisanie komentarza do rzeczywistości, która jest mu aż tak obca, że myli sprawy podstawowe, powinien porzucić swój zamiar już na samym początku.

Rozumiem, że warto zmieniać świat od siebie. I tak, staram się na miarę swoich bardzo teraz ograniczonych możliwości wspierać.

Co do drugiej sprawy - matek, dla których rzeczywistość nie okazała się tak "życzliwa" - proszę porozmawiać szczerze z kilkoma matkami dzieci np. z zespołem Downa. Albo Turnera. Bo to dwie choroby, z którymi dzieci się rodzą i żyją długo, brane pod uwagę przy ustawie, która przepadła. Owszem, zazdroszczą, bo mniej problemów. Ale kochają. I nie zamieniłyby swojego innego dziecka na moje. Nigdy. Zwłaszcza tych dzieci po studiach.
Chyba, że, drogi N. - jesteś rodzicem niepełnosprawnego dziecka. Wtedy nie ma co strzępić języka. Wszystko jasne. A tak się składa, że akurat WIEM, ile to trudu, bólu, poświęcenia, złości na wszystkich i wszystko, rezygnacji, chodzenia od drzwi do drzwi. W związku z tym uważam, że mam prawo się wypowiadać. I dlatego tym bardziej mnie zdenerwował argument pani ES - że prawo jest złe, a opieka niewystarczająca, więc trzeba dzieci pozbawiać życia, żeby nie utrudniać życia ich rodzicom. Trzeba zmienić prawo - i to jest dla mnie - subiektywnie - prawidłowe podejście do sprawy.

Mój ton zapewne pozostawia wiele do życzenia, bo im dłużej jestem matką, tym bardziej denerwuje mnie brak szacunku do życia najmniejszych dzieci, które są jeszcze w brzuchu. Tak zwyczajnie: doświadczyłam, co to znaczy nosić dziecko w swoim łonie, i nie godzę się na szafowanie życiem nienarodzonych dzieci, tak samo jak nie godzę się na karę śmierci dla dorosłych. A obraźliwy i kpiący ton pani dziennikarki GW zwyczajnie mnie sprowokował, do czego przyznaję się bez bicia.

Jak bardzo noc odległa jest od dnia - w sensie odczuwania - doświadczył każdy, kto spędził noc w górach. Albo na pustyni (nie, nie byłam). Blisko dnia jest brzask i świt, ale nie spierajmy się tu o rzeczy błahe, gdy mowa o istotniejszych. Więc do rzeczy: pani redaktor jest daleka. Ot, co.

"I nie mogę znieść kłamstwa w służbie pieniądza, robiącego ludziom wodę z mózgu."

Zdanie to, jak widać, jest zdaniem ogólnym. A przyglądając się faktom, do których trzeba docierać, bo nie są podane na tacy przez media, oraz przyglądając się upadkowi dziennikarstwa w Polsce, uważam, że miałam wystarczające przesłanki, by je sformułować. Owszem, stylistycznie źle to zrobiłam, bo nie wynika z niego wprost, że to pieniądz robi ludziom wodę z mózgu (przykład - ostatnia złota afera).

Nie szkaluję zatem imienia pani redaktor - bo chyba o to, drogi N.,  chodziło, ale wysnuwam na jej i mnóstwie innych przykładów mój prywatny, subiektywny wniosek ogólny.


"Co do wody - ten kto wie i jest świadom, komu choć trochę zależy odpowiednie informacje znajdzie"

A z tym zdaniem zgadzam się w zupełności. Na przykład gdyby pani redaktor zadała sobie nieco trudu i znalazła choćby w Wikipedii hasło "spowiedź", a także zainteresowała się nauczaniem Kościoła w kwestii miłosierdzia, nie pisałaby bzdur, na które sobie pozwoliła.
Inaczej trudno mówić o rzetelności, prawda?

m.