czwartek, 1 września 2011

Oglądałam telewizję!

Oglądałam telewizję.

Nie, nie sama z własnej woli, po prostu był telewizor i byli włączacze. I włączacze włączyli. I to nie w porze wiadomości.

Dzięki temu przekonałam się, że - bezczelność! - reklamy wciąż są przerywane filmem!

Filmy, o dziwo, nie były polskimi dramatami obyczajowymi, uff. Nie trafiłam też na żaden z seriali o przygnębiającym utworze wejściowym z pesymistycznym tekstem.

Rozśmieszył mnie nawet któryś (ale który?) film z publicystyczno-widokowej trylogii Jacka Bromskiego. Chociaż była sama fonia, a właściwie fonia z wizją w paski.

- Ależ ty oglądasz te reklamy! - powiedziała M., kiedy siedziałam, zagapiona w ekran, podczas niewiarygodnie długiego bloku reklamowego, a po głowie krążyły mi ustawowe zapisy o dopuszczalnej długości reklam (potem odkryłam, że oglądałam telewizję prywatną, nie publiczną. A ta widzów nie oszczędza).

A było co oglądać. Kolibry w wersji techno, na przykład.

Kiedy doszliśmy do margaryny o smaku świeżego chleba (aaaaaaaa!) na szczęście obudziła się J. I pospiesznie oddaliłam się od telewizora.

Następne takie doświadczenie za rok.

wtorek, 5 lipca 2011

Sto książek przed śmiercią, czyli rachunek sumienia

Wirtualna Polska stworzyła rok temu listę stu książek, które trzeba poznać przed śmiercią. Postanowiłam się z nią zmierzyć.

1. Biblia.
Zaliczona zawodowo.
2. Lewis Carroll, Alicja w krainie czarów.
W przekładzie Słomczyńskiego.
3. H.Ch.Andersen, Baśnie.
Tak, to oprawne w zielone (a może pomarańczowe?) płótno, ponadtysiącstronicowe wydanie.

4. Douglas Adams, Autostopem przez galaktykę
Obejrzane only.
5. Fiodor Dostojewski, Biesy
Obiecałam sobie, że Dostojewskiego nie tknę, póki mi nie przestaną powtarzać, jaki on genialny.
6. Guenter Grass, Blaszany bębenek
Czeka.

7. J.D. Salinger, Buszujący w zbożu
Całkiem.

8. Fiodor Dostojewski, Bracia Karamazow
Vide Biesy. Ale w wykonaniu Zelenki - arcydzieło.

9. W.S.Reymont, Chłopi
W liceum, po przeczytaniu półtora tomu brawurowo broniłam Jagny i dostałam za to piątkę. Na przerwie doczytałam z czyjegoś streszczenia zakończenie. Ech.

10. Neal Stephenson, Cykl barokowy
Trylogia - więc już nie sto książek... Zaczynam się przymierzać.
11. M. Houellebecq, Cząstki elementarne
Ciągle się zdarza coś innego do czytania. I nie wiadomo, czemu.
12. Frank Herbert, Diuna
Nieeee... nie tknę. Chyba że mnie ktoś przekona.
13. Stendhal, Czerwone i czarne
Stało w biblioteczce moich rodziców, i jakoś zawsze wybierałam co innego.
14. Borys Pasternak, Doktor Żywago
Widziałam. Chyba mi wystarczy.

15. Cervantes, Don Kichot
Nie cały. I nie w oryginale...
16. Astrid Lindgren, Dzieci z Bullerbyn
Mrrrrr.

17. Mikołaj Gogol, Martwe dusze
Wciąż nie.

18. Albert Camus, Dżuma
Lektura szkolna. Tak się składa, że czytałam.

19. Ernest Hemingway, Komu bije dzwon
Wstyd, ale wciąż nie.
20. Mika Waltari, Egipcjanin Sinhue
Niech żyją powieści historyczne! Jeszcze nie.
21. Ken Follett, Filary ziemi
Zawsze coś stanie na drodze do Folleta

22. Francois Rabelais, Gargantua i Pantagruel
Patrz: Don Kichot.

23. F.S.Fitzgerald, Wielki Gatsby
I ciągle nie.
24. Witold Gombrowicz, Trans-Atlantyk
My przerabialiśmy Ferdydurke...

25. Julio Cortazar, Gra w klasy
No ba.

26. Thomas Mann, Czarodziejska góra
Jak zrobią w miękkich okładkach.

27. Nikos Kazantzakis, Grek Zorba
Mrrrr.
28. Jonathan Swift, Podróże Guliwera
Ze trzy razy.
29. Szekspir, Hamlet
Of course.

30. J.M. Coetzee, Hańba
Wciąż nie.
31. Fiodor Dostojewski, Idiota
Vide: Biesy, Bracia K.

32. Homer, Iliada
Też nie cała.

33. Mario Vargas Llosa, Rozmowa w katedrze
Zawsze, kiedy próbuję, Terry albo Agatka przeszkadzają.
34. Josa Carlos Somoza, Klara i półmrok
Wciąż nie.
35. Philip Roth, Kompleks Portnoya
Jak wyżej.
36. Witold Gombrowicz, Kosmos
Vide Trans-Atlantyk
37. Chuck Palahniuk, Podziemny krąg
Widziałam. I pewnie już nie przeczytam.
38. L.F. Celine, Podróż do kresu nocy
Nie.

39. A.de Saint-Exupery, Mały Książę
Jasne.
40. A.A.Milne, Kubuś Puchatek, Chatka Puchatka
Oraz Fredzię Phi-Phi.
41. Bolesław Prus, Lalka
Zrobiłam nawet na własną rękę opracowanie w stylu Biblioteki Analiz Literackich. Ha.
42. G. Tomasi di Lampedusa, Lampart
Mmm.

43. James Jones, Cienka czerwona linia
Wciąż nie.
44. Vladimir Nabokov, Lolita
Jak wyżej.

45. Joseph Conrad, Lord Jim
Uch. Doszłam do połowy i wymiękłam, jak prawie nigdy. A potem się okazało, że akcja była w tej drugiej połowie...

46. Ken Kesey, Lot nad kukułczym gniazdem
Jeszcze nie. Tylko parafrazę polskiej autorki dla młodzieży.
47. Jacek Dukaj, Lód
Tu powinien być Wroniec. Zdecydowanie.
48. Stephen King, Lśnienie
Nie. I nie przeczytam.
49. E.M.Remarque, Łuk triumfalny
Jeszcze nie.

50. Nicolo Machiavelli, Książę
Mhm.

51. John Fowles, Mag
Jeszcze nie.
52. Anthony Burgess, Mechaniczna pomarańcza
Jak wyżej.
53. Jose Saramago, Miasto ślepców
Jak wyżej, poza tym okładka mi się nie podoba.

54. Sempe, Goscinny, Mikołajek
Wszystkie Mikołajki.

55. Stieg Larsson, Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet
O, NIE. Co on tu robi???

56. Michaił Bułhakow, Mistrz i Małgorzata
Mrrr. Mało oryginalnie - 10 na 10.

57. John Irving, Modlitwa za Owena
On mnie wkurza, ot, co.

58. William Golding, Władca much
Przeczytałam zbyt wcześnie. I mocno przeżyłam. To nie jest książka dla wrażliwych jedenastolatek z dużą wyobraźnią.

59. Haruki Murakami, Kronika ptaka nakręcacza
Wszyscy go czytają. I się kończy tak, jak z Dostojewskim.

60. Dante, Boska komedia
Ba.

61. Orhan Pamuk, Nazywam się czerwień
Vide Murakami.
62. Victor Hugo, Nędznicy
Wciąż nie. Vide wyżej.
63. William Gibson, Neuromancer
Nie.
64. A.Huxley, Nowy wspaniały świat
Jak z Grassem i dzwonem Hemingway'a. Zawsze coś po drodze.

65. Homer, Odyseja
Też nie cała.
66. Patrick Sueskind, Pachnidło
Genialne.

67. Jan Potocki, Rękopis znaleziony w Saragossie
W mojej bibliotece nie było, bo ktoś pożyczył i nie oddał. I do tej pory mi się nie udało. Grrr.

68. Adam Mickiewicz, Pan Tadeusz
Był sad. Drzewa owocne zasadzone w rzędy... Inwokacji się wszyscy uczyli. Więc ja nie. Vide Dostojewski.
69. Joseph Heller, Paragraf 22
Jedna z najlepszych opowieści o otaczającym nas świecie.

70. Marek Hłasko, Piękni dwudziestoletni
Wciąż nie.
71. S.I.Witkiewicz, Pożegnanie jesieni
Jak wyżej.

72. Franz Kafka, Proces
Męczący był. Co świadczy o kunszcie autora.
73. Stefan Żeromski, Przedwiośnie
TYLKO nie w wersji filmowej, proszę. Książka, tylko książka!
74. William Wharton, Ptasiek
We wczesnej młodości.

75. John Milton, Raj utracony
Ciągle nie.

76. George Orwell, Rok 1984
Fragmenty, nie wiedzieć czemu, całości nie, co odkrywam ze zdziwieniem.

77. Umberto Eco, Imię róży
No chyba tak...
78. Kurt Vonnegut, Rzeźnia numer pięć
A czy akurat rzeźnię - nie pamiętam, aż wstyd. Ale raczej tak, bo podczytywałam mamie, jeszcze w podstawówce. Na zmianę z Borisem Vianem, też nie dla dzieci podobno.
79. G.G.Marquez, Sto lat samotności
Mrrrr... A gdzie jest MÓJ egzemplarz,hm?

80. Jaroslav Hasek,Losy dobrego żołnierza Szwejka czasu wojny światowej
wciąż nie. Czemu?
81. Stephen King, To
Kinga nie. I już.

82. Mark Twain, Przygody Tomka Sawyera
Dawno. Naprawdę dawno. I wciąż świetnie pamiętam.
83. Henryk Sienkiewicz, Trylogia
Ha! Kmicic my love.
84. Aleksander Dumas, Trzej muszkieterowie
Chyba nie skończyłam. Zaczęłam w trzeciej klasie na wakacjach u babci i trochę mnie ręce bolały, bo wydanie było solidne i chyba nawet ilustrowane...

85. James Joyce, Ulisses
Nie, wciąż nie.
86. Hermann Hasse, Wilk stepowy
Zaczęłam i to mi wystarczyło. Czytali je wszyscy posępni myśliciele-buntownicy z klas maturalnych. A ja nie lubię czytać dla szpanu.

87. J.R.R. Tolkien, Władca pierścieni
W trzeciej klasie. Potem się bawiłam w przyjęcie dla Drużyny Pierścienia, a moja przyjaciółka z piaskownicy próbowała zrozumieć, o co mi, do jasnej anielki, chodzi.

88. Lew Tołstoj, Wojna i pokój
Nie.
89. Sun Tzu, Sztuka wojny
Też nie. I "Wojny Światów" też nie, bo słuchałam. I "Wojny polsko-ruskiej" też nie, bo nie miałam potrzeby. Tylko "Wojnę futbolową". Moją ulubioną zresztą.
90. Fiodor Dostojewski, Zbrodnia i kara
No, tak. Dostojewski.
91. Leopold Tyrmand, Zły
Wciąż nie. Jakoś się nie składa.
92. Howard Phillips Lovecraft, Zew Cthulhu
O, nie. Nie.
93. Philip Kindred Dick, Ubik
Vide "Zły".
94. Steven Erikson - Malazańska Księga Poległych
Nie.
95. Lao Tsy, Droga
Też nie.
96. Karen Blixen, Pożegnanie z Afryką
Ciągle nie wychodzi. Może dlatego, że nie posiadam. Jak się posiada, to tak jakoś łatwiej.

97. Clive Staples Lewis - Opowieści z Narnii
Zawodowo. Dobra robota.

98. Arthur C. Clarke, 2001. Odyseja kosmiczna
Widziałam film. Do momentu, w którym powiedziałam do P. "Przewiń" - a on na to: "Ale ja już przewijam!" Książki się bałam w związku z tym.
99. Sándor Márai, Żar
Nie.
100. Marcel Proust, W poszukiwaniu straconego czasu
Nie straciłam. Choć próbowałam.

Czyli czterdzieści procent mam za sobą.

Wniosek: nie pora umierać.

Pora stworzyć listę alternatywną. Ot, co.

sobota, 21 maja 2011

Nieśmiertelność grafomana

Śledziłam ostatnio dyskusję (o ile można ją tak nazwać) toczącą się na blogu Pawła Pollaka. Oscylowała ona wokół recenzji, zupełnie zasłużenie złośliwej, pewnego poradnika dla początkujących autorów, którego autora nie wymienię, bo grafomaństwu reklamy robić nie zamierzam. Paweł Pollak w swojej recenzji przytacza znamienny cytat z owego wiekopomnego dzieła. Ów cytat odpowiada na pytanie, jaka jest różnica między grafomanem i pisarzem. Otóż "ten pierwszy pisze, a drugi pisze i dostaje za to pieniądze”.

Wow.

Szukając dziś pewnych informacji, zupełnie niechcący, skierowana przez wujka G. trafiłam na stronę pewnego autora - w jego własnym mniemaniu - felietonów. Szata graficzna owej strony woła o pomstę do nieba, a treść jest jeszcze straszliwsza niż forma. O co naprawdę trudno, zaręczam. Dla lepszego zobrazowania pozwolę sobie zacytować (bez poprawek):

"Obiecałem dziś sobie, że będzie krótki felieton. Trzeba coś pisać zeby nie wypaść z gry, a jednocześnie się zbytnio nie namęczyć i nie narobić. Z czytelnikiem jak z kobietą, trzeba go króko trzymać przy sobie, i od czasu do czasu konkretnie zerżnąć żeby nie fochował (w sensie napisać coś dobrego by nie uciekł do konkurencji)".

Przeszłabym nad tym do porządku dziennego - cóż szkodzi jeden grafoman więcej, internet jest pojemny i nie takie rzeczy zniesie. A do czytania nikt przecież nie zmusza. Ale zauważyłam migającą w rogu reklamę książki. Książki nikogo innego, jak naszego autora. Który pisze o sobie, seksie, kobietach, sobie, seksie, sobie, banałach, sobie, sobie, sobie. I seksie. I kobietach. Próbuje przy tym wspinać się na wyżyny neofrazeologii, która w skutkach bywa gorsza od neofaszyzmu. I zazwyczaj mu się to udaje.

A jak doszło do wydania książki? (Tytułu nie podam. O, nie.)

Sponsorzy rekrutujący się spośród czytelników bloga zasilili konto autora kwotami, które wystarczyły na spełnienie marzenia felietonisty: wydanie książki.

Oczywiście, własnym sumptem.

Taką usługę gwarantuje Wydawnictwo Poligraf. A opisuje ją tak:

"Możesz (...) wydać swoją książkę i godziwie na niej zarobić. Co więcej – nie musisz się znać na niuansach wydawniczych – my zajmiemy się wszystkim od strony technicznej. To dla Ciebie niezwykła okazja. Wyobraź sobie, jakby to było, gdyby Twoja książka odniosła sukces, a Ty sam znalazłbyś się na okładkach czasopism…
Nie mówiąc już o tym, że zapewniamy obecność Twojej książki m.in. w Bibliotece Narodowej w Warszawie i Bibliotece Jagiellońskiej w Krakowie. Biblioteki te będą przechowywać Twoją książkę wieczyście! W ten sposób zapewnisz sobie nieśmiertelność."

I tak dalej, i tak dalej.

Kłopot w tym, że ten prosty sposób wykorzystują na zyskanie nieśmiertelności ludzie, których prawie* wszystkie szanujące się wydawnictwa wolą trzymać na odległość znacznie większą niż dłuższy bok maszynopisu.

A potem takie produkty książkopodobne trafiają na empikowe półki. Do towarzystwa książkom z prawdziwego zdarzenia.

Aaaaaaaa.

Próbowałam raz przeczytać jedną z takich książek. Po raz pierwszy w życiu poddałam się po piętnastu - PIĘTNASTU! - stronach. Pisarze, którzy nie zarabiają, wychodzą ze swoich nisz i nor. Robi się groźnie.

Grafomanom mówmy stanowczo NIE!





*Prawie, bo - o czym już pisałam - niestety zdarzają się wydawnictwa, które firmują takie straszliwce, promują je i są dumne ze swoich autorów, przynajmniej publicznie i oficjalnie. Podejrzewam, że prywatnie siedzą i się wstydzą.

środa, 27 kwietnia 2011

Tajemnica to wielka

W Wielką Sobotę, późnym wieczorem, słuchaliśmy Trójki.

O tajemnicy śmierci Chrystusa i wydarzeniach paschalnych rozmawiali z Barbarą Marciniak arcybiskup Gocłowski, profesor Chwin i ksiądz Niedałtowski.

Słuchałam z ciekawością ich rozważań. A potem Stefan Chwin powiedział coś, co zupełnie mnie zaskoczyło. Zacytował bowiem pytanie, które zadał mu pewien młody człowiek. Dotyczyło świadomości Jezusa Chrystusa, Boga-Człowieka.

Brzmiało mniej-więcej tak: czy Chrystus wiedział, że zmartwychwstanie czterdzieści osiem godzin po swojej śmierci? A jeśli wiedział, czy Jego śmierć nie była przez to mniej "ludzkim" doświadczeniem, bo przecież człowiek idzie w nieznane, nie wie, co i kiedy z nim będzie?

I to jest bardzo dobre pytanie - bo świetnie świadczy o kondycji naszej wiary.
O stereotypach, którym w niej ulegamy.

Można powiedzieć - jak wszędzie. Zawsze są stereotypy, które wdrukowują się w nasz umysł i wyskakują z niego na pierwsze hasło.

Z takimi wdrukowanymi stereotypami spotkałam się ostatnio podczas rozmowy z parą Świadków Jehowy. Katolikami nie są, ale za to świetną ilustracją do tematu. Zahaczyliśmy w rozmowie o eschatologię: piekło i niebo. Dziewczyna, z którą rozmawiałam, twierdziła z całym przekonaniem, że są dwa rodzaje powołań: jedno powołanie "niebiańskie", a drugie - "rajskie". To pierwsze to - po katolicku rzecz ujmując - przebywanie z Bogiem w niebie. To drugie - to przebywanie w stworzonym przez Boga raju na ziemi. "Nie chciałaby pani cieszyć się zawsze dobrym zdrowiem, bawić ze zwierzątkami, w pięknym otoczeniu"? - zapytała mnie z pełną powagą dziewczyna. "Bo ja tak, ja mam powołanie do raju na ziemi".

Piekło natomiast nie istnieje. Ponieważ Bóg jest miłosierny i nie pozwoliłby nikomu smażyć się w ogniu. "To jest przecież okropna tortura, trudno ją sobie wyobrazić. A Bóg nie chce nikogo torturować." - tłumaczyła mi z gorliwością, której wielu katolików mogłoby jej pozazdrościć.

Gdyby się nad tym głębiej zastanowić w świetle wiary katolickiej, okazałoby się, że "raj na ziemi" ŚJ jest właśnie piekłem. Bo piekło to stan nie-bycia z Bogiem. Niebo to bycie-z-Bogiem.

Po raz pierwszy w życiu zrobiło mi się żal Świadków Jehowy.

Ale wróćmy do stereotypów, którym nagminnie ulegamy my, katolicy.

Oto pierwszy z nich: człowiek nie wie, co się z nim stanie po śmierci. Opowiadamy sobie o tunelach i światełkach, czytamy z wypiekami na twarzy wspomnienia ludzi, którzy przeżyli śmierć kliniczną, opowiadamy straszne historie o błąkających się duchach zmarłych.

I zupełnie nie zwracamy uwagi na to, że Pismo mówi, co się stanie po naszej śmierci.
Przecież trudno o lepszy przykład niż właśnie wydarzenia paschalne.

Chrystus idzie pierwszy drogą, którą pójdziemy za Nim. Pismo obiecuje nam, że zmartwychwstaniemy po śmierci. Że zmartwychwstaniemy ZARAZ po śmierci ("Dziś ze mną będziesz w raju" - mówi Chrystus do dobrego łotra). Pismo przedstawia nam konkrety, ale my traktujemy je jak mgliste bajeczki. Nie wierzymy. A przede wszystkim - nie czytamy Pisma. Zostawiamy to "mądrzejszym", stawiając się (parafrazując to, co ostatnio napisał W.) w długim, szarym szeregu poślednich katolików. Którzy na samym początku rozmowy o wierze zastrzegają się, że oni nie są uczonymi w Piśmie, że wiarę to po swojemu i na chłopski rozum, a mądre książki zostawiają księżom i teologom.

Większość z nas korzysta przede wszystkim z Biblii pauperum - z klikusetletnich obrazów na ścianach kościołów, z realistycznie odmalowanymi płomieniami piekielnymi. Ale nawet tego nie odnosimy do siebie. Mamy w głowach dziwną mieszankę racjonalizmu i stereotypów religijnych, która nie pozwala nam ROZUMIEĆ słów Pisma. Których zresztą nie znamy zbyt dobrze, o ile w ogóle.

Stąd pytanie, czy Chrystus wiedział, że zmartwychwstanie czterdzieści osiem godzin po swojej śmierci. Co się bowiem dzieje po śmierci? Przestaje nas obowiązywać czas. Przechodzimy do boskiego bezczasu, do boskiego TERAZ.

Owszem, Chrystus mówi, że zmartwychwstanie na trzeci dzień - bo zapowiada znak, który się wypełni. Bo zostawia żyjących w czasie, więc wskazówki muszą być dla nich zrozumiałe, by rozpoznali znak.

A dlaczego (z trudem) uczniowie rozpoznali w końcu Chrystusa? Bo przypomnieli sobie Jego słowa. Znali je.

Bóg traktuje nas poważnie. Mówi nam, co dla nas przygotował.

Co będzie z nami, skoro my tych słów nie znamy? I skoro nie chcemy ich poznawać, bo nie jesteśmy "uczonymi w Piśmie"?

Będziemy gubić się w nietrafionych rozważaniach, jak profesor Chwin. A rzeczywistość, która stanie się naszym udziałem, zupełnie nas zaskoczy.
Byłoby szkoda.

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Wakacje według Magdaleny Ś.

Przez sieć przetoczyła się mała burza. Piorunami rzucały, jak zwykle, tabloidy oraz blogerzy. Dlaczego? Otóż pani Magdalena Środa, teoretyk etyki, skomentowała dla GW problem pieniędzy podatników.

"Mamy pierwsze miejsce w Europie, jeśli chodzi o zwolnienia zdrowotne kobiet w czasie ciąży. Nie wierzę, że są to względy zdrowotne, raczej wakacje na koszt państwa, a właściwie na nasz wspólny" - miała powiedzieć.

Hm.

Po pierwsze - to nie sprawa wiary, tylko wiedzy. Czego komentować nie będę, bo wstyd. A jeśli się to połączy z informacją, że pani etyk teoretyk została uhonorowana nagrodą "Europejczyk Roku 2010", robi się wesoło.

Po drugie - za pierwsze trzydzieści trzy dni zwolnienia lekarskiego kobiecie w ciąży płaci pracodawca. Potem "przejmuje" ją ZUS. Jeśli były, oczywiście, odprowadzane składki. A składki są, zdaje się, odprowadzane z pieniędzy tejże kobiety w ciąży, i słusznie jej się należą.

Po trzecie, jak się okazało, najwięcej, czyli ok. 1,5 mln zwolnień jest wypisywanych najwyżej na miesiąc. Czyli - na koszt pracodawcy. Pozostałe to minimalny odsetek.

"Kobiety biorące takie zwolnienia robią zły PR kolejnym młodym kobietom szukającym pracy" - dodaje jeszcze pani Środa.

Oczywiście. O wiele lepiej będzie, kiedy kobieta na przykład w trzecim miesiącu ciąży będzie co chwilę biegać w wiadomym celu do toalety, nie zważając na przysługujące jej przerwy. Albo kobieta w ósmym miesiącu ciąży, z bolącym kręgosłupem, będzie podawać klientom towar z najniższej półki. A wydajność takich kobiet wpłynie szalenie pozytywnie na opinię pracodawców o kobietach w ogóle. Oraz na zdrowie dzieci matek pracujących bez zwolnienia aż do pierwszych skurczów.

"Efekt będzie taki, że pracodawca następnym razem zamiast zatrudnić kobietę, zatrudni mężczyznę" - kończy wypowiedź nasza działaczka feministyczna. A powinna dobrze wiedzieć, że nic podobnego kobietom nie grozi, bo pracodawcy bardziej się opłaca zatrudnić kobietę, której może zapłacić mniej. A do tego zatrudni ją na umowę o dzieło, więc o zwolnieniu, ZUSie i pieniądzach "nas wszystkich" mowy nie będzie.

Ale cała ta polemika jest tak naprawdę zupełnie zbędna. Wiadomo bowiem, że chodzi w tym wszystkim o co innego: o to, żeby kobiety NIE BYŁY w ciąży. Skoro ciąża to zły PR dla innych kobiet, nie można w ten sposób psuć rynku pracy. Bo po cóż nam, ach, po cóż, hodować nowe, potencjalne bezrobotne? Albo jeszcze gorzej - pracownice, które za lat dwadzieścia (lub trzydzieści) będą bez umiaru brać zwolnienia lekarskie "na nasz wspólny koszt"?

Jaki z tego wniosek?

Należy rodzić synów.

Rozwiąże to wiele problemów, w tym problem zniechęconych pracodawców oraz feministek. Nie będą się miały kim zajmować.

Nasuwa mi się jeszcze jedno pytanie - zgodne z logiką naszej pani etyk. Z jakich pieniędzy otrzyma emeryturę? Czy nie przypadkiem "na nasz wspólny koszt"?

Czy nie należałoby zatem ograniczyć ilości kobiet przechodzących na emeryturę?
Niech nie robią sobie wakacji na koszt państwa.

sobota, 19 marca 2011

Seks-edukacja

Na początku marca o problemie edukacji seksualnej pisał w Rzepie Aleksander Nalaskowski. Mądrze pisał. A że jest rzeczoznawcą MEN ds. podręczników do edukacji seksualnej, ma o niej sporo do powiedzenia.

Ja (na szczęście) rzeczoznawcą nie jestem. Ale i tak mnie ten temat trochę śmieszy, a trochę przeraża.

Jakoś tak się bowiem składa, że na edukację seksualną naciska ideologiczna lewa strona, która przy okazji głosi kompletne zacofanie strony prawej, a katolików to już w ogóle.

Strona lewa chce więc uchodzić za nowoczesną, oświeconą i zapoznaną z nowinkami naukowymi - w przeciwieństwie do starego, zacofanego, zaściankowego katolicyzmu.

Ale wychodzi na idiotów.

Edukacja seksualna, którą nazywa się bardzo eufemistycznie "przygotowaniem do życia w rodzinie", ma się bowiem sprowadzać do jednego aspektu życia, i to wcale niekoniecznie w rodzinie: do seksu.

Dorastające dzieci należy uświadamiać (bo nie potrafią tego ich rodzice), że owi rodzice nie znaleźli ich w kapuście, ale mogli je począć na kilkanaście różnych sposobów. Na przynajmniej tyle samo mogli ich nie począć. A jak poczęli, a nie chcieli, mogli dziecko usunąć.

Cieszcie się więc, drogie dzieci, że możecie w ogóle na takie lekcje chodzić. Mogłoby was przecież nie być.

Należy też uczyć, jak to robić, żeby uprawiać seks, a nie mieć dzieci. Bo seks nie jest dla dzieci, jak powszechnie wiadomo. Seks jest dla przyjemności.

Środowiska z lewej krzyczą pełnym głosem, że człowiek nie może odmawiać sobie przyjemności, więc należy dzieci nauczyć, jak z tych przyjemności korzystać, nie ponosząc ich oczywistych i wpisanych w fizjologię człowieka konsekwencji.

Czyli: gdzie co włożyć i czego kiedy użyć, żeby nie wpaść.

I tyle.

Rzeczy takie jak psychologia kobiety i mężczyzny, ich wzajemne oczekiwania, złożony, fizyczno-psychiczny charakter więzi, jaka powstaje między ludźmi uprawiającymi seks, oraz oczywiste jego konsekwencje, czyli dziecko, w ogóle nie są przecież potrzebne.

Nie jest też potrzebny nastrój intymności, który powinien takim rozmowom towarzyszyć. Kawa na ławę, sprośny żarcik na początek, zażenowana młodzież wbije spojrzenia w ławki - albo zaproponuje pani od edukacji szybki numerek, tak z czystej przekory.

A słowo "rodzina" nie padnie pewnie nawet przypadkiem. Chyba, że schowane w "poproście mamę, żeby poszła z wami do ginekologa po receptę na środki antykoncepcyjne" albo "poproście tatę, żeby wam pokazał, jak się zakłada prezerwatywę". I chyba jedynie w przypadku bardzo postępowych edukatorów. Bo wiadomo, że z seksem trzeba się kryć. Bo przed rodzicami wstyd, i mogą nie być zadowoleni, że się ich trzynastoletnim córkom opowiada o pozycjach.

Edukacyjnych, rzecz jasna.

Nic to, że coraz więcej o seksualności człowieka mówi nam psychologia, że badania naukowe pozwalają nam rozumieć coraz lepiej fenomen ludzkiej płciowości, a różni seksuolodzy wycofują się ze swoich twierdzeń, modnych w czasach młodości edukatorów.

Po co się przejmować nauką?
Edukacja seksualna nie jest przecież od tego.

sobota, 12 marca 2011

Wspaniała polityka prorodzinna Donalda T.

"Czego dokonaliśmy, co nam się nie udało" - pod takim tytułem ukazało się w "Wyborczej" podsumowanie dokonane przez premiera.

Zrobiłam błąd i je przeczytałam. A trzeba było spokojnie zabrać się za pieczenie sernika.

"Marzyłem o tym, żeby doczekać czasów, w których największym narodowym wyzwaniem będzie podniesienie poziomu życia polskiej rodziny. Tylko tyle i aż tyle." - pisze premier na wstępie, i dodaje potem: "Myślę, że to się Polakom zwyczajnie należy, trochę europejskiej normalności."

Ta "europejska normalność" powinna nas zaniepokoić. Bo jeśli podnoszenie poziomu życia ma się odbywać kosztem ograniczenia rodziny do modelu 2+1 (w najlepszym przypadku) - chyba nie tędy droga.

A potem w podsumowaniu jest jeszcze lepiej.

"W exposé obiecałem, że mój rząd zajmie się problemem milionów polskich rodzin: brakiem miejsc w żłobkach i przedszkolach, trudnością z zapewnieniem wykwalifikowanej opieki nad dziećmi, ich bezpieczeństwem."

Ale nikt nie pomyślał o tym, żeby dziećmi mogły się po prostu zająć ich matki. Powód jest prosty. Ludzie kompetentni nie zostali zapytani o zdanie. Jacek Dziedzina pisał w "Gościu Niedzielnym" z początku lutego: "Polskie Towarzystwo Pediatryczne, Polskie Towarzystwo Psychiatryczne, Polskie Towarzystwo Psychologiczne, krajowy konsultant ds. psychiatrii dzieci i młodzieży, Fundacja „ABCXXI – Cała Polska Czyta Dzieciom” – te i inne instytucje protestują przeciwko tzw. ustawie żłobkowej. Wymienione środowiska zostały całkowicie pominięte w tworzeniu nowego prawa dotyczącego najmłodszych. Zamiast autorytetów z pediatrii i psychologii, autorzy ustawy zapytali o zdanie związki zawodowe, Business Centre Club i Konfederację Pracodawców Prywatnych Lewiatan."

Nic więc dziwnego, że z końcem lutego prezydent podpisał ustawę żłobkową. Jak podał PAP, "Ustawa przewiduje, że funkcjonować będą żłobki, kluby dziecięce oraz dzienni opiekunowie. Upraszcza zasady zakładania żłobków, które przestaną być zakładami opieki zdrowotnej, zachęci do tworzenia tego typu placówek przy zakładach pracy, a także do legalnego zatrudniania niań."

W niektórych placówkach dziecko można oddać do żłobka w wieku 4 miesięcy. Są też żłobki całodobowe. Dziedzina przywołuje w swoim tekście ich krytykę. "W niektórych z nich, za dodatkową opłatą, niemowlęta są dotykane, żeby nie straciły tzw. funkcji przywierania, skupiania wzroku na ludzkiej twarzy i innych zdrowych odruchów."

Bez komentarza.

Co jeszcze z sukcesów rządu?

"Wydłużyliśmy urlopy macierzyńskie do co najmniej 20 tygodni i wprowadziliśmy, po raz pierwszy w Polsce, urlop tacierzyński, z którego skorzystało już ponad 17 tys. ojców." - pisze się premier.

Szkoda, że nie wspomina, że to wydłużenie (fakultatywne) w 2011 roku wyniesie 2 tygodnie, w latach 2012-2013 - 4 tygodnie, a w 2014 roku ma osiągnąć wymiar maksymalny - 6 tygodni.

Urlop "tacierzyński" (który można spokojnie nazywać "ojcowskim") to jeden tydzień.
Od 2012 roku wydłuży się do dwóch tygodni.

A potem - do żłobka. Jak nas stać, z dodatkową opłatą za dotykanie.

Kwestia zasiłku na bezpłatnym urlopie wychowawczym pozostała nietknięta - matkom jest wypłacany zasiłek w wysokości 400 zł, jeśli dochód na osobę w ostatnim roku nie przekroczył 504 zł. Ta kwota - 504 zł - nie zmieniła się od ośmiu lat.

Coraz bardziej paląca kwestia ograniczania ilości umów o pracę i świadczeń "prorodzinnych" dla kobiet, którym z tej racji nie przysługuje nic, oficjalnie nie istnieje. Nie prowadzi się przecież statystyk osób pracujących na podstawie umów cywilnoprawnych.

Na koniec - gwóźdź do trumny, czyli ustawa zwana nie bez przyczyny "Ustawą o przemocy w rodzinie".

"Przeforsowaliśmy też ustawę o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Wprowadziła ona bezwzględny zakaz kar cielesnych i umożliwia usunięcie sprawcy przemocy z domu dla bezpieczeństwa rodziny." - pisze premier.

Taaaak.

Jasne, że łatwo jest krytykować, nie mając rozległej wiedzy na krytykowany temat. Ale żeby porównać żałosną rzeczywistość z sukcesami rządu, wystarczy zdrowy rozsądek. A ogłaszanie w kategorii takiego sukcesu rzeczy, które z punktu widzenia rodziny są raczej pogorszeniem, niż polepszeniem sytuacji, jest po prostu żenujące.

Przy okazji: rodzina, czyli podstawowa komórka społeczna, która jest źródłem dzieci, czyli tych, którzy będą utrzymywać swoich rodziców, kiedy ostatecznie padnie system emerytalny.

Na stronie rządu można też znaleźć pełny bilans obietnic i ich realizacji.
Co się nie udało?

Na przykład: obniżenie bezrobocia do poziomu nie wyższego niż średnia europejska do 2012 roku, stworzenie sieci elektronicznego doradztwa i pośrednictwa pracy czy racjonalizacja wydatków na pomoc społeczną.

Za to najlepiej w Unii poradziliśmy sobie z kryzysem.
Gratulacje.