czwartek, 10 marca 2011

Mgła

Podsłuchałam w środę w autobusie rozmowę dwóch starszych panów. Jeden stał, drugi siedział. Ten siedzący słuchał i przytakiwał. Ten stojący mówił.

Najpierw wspominali Piłsudskiego i budżet na rok 1928-29. Potem przeskoczyli do teraźniejszości.

- Wie pan, ostatnio nie dostałem ani "Dziennika Polskiego", ani "Krakowskiej", więc kupiłem "Fakty"...

- ... "i Mity" - uzupełnił drugi.

- I tam był wywiad z pilotem, który leciał do Smoleńska tym Jakiem i lądował przed samolotem prezydenckim. I wie pan, co mówił, jak zostało zadane pytanie o mgłę? Że rano tej mgły wcale nie było, i że o szóstej już wszyscy w samolocie prezydenckim siedzieli, gotowi do drogi. Ale para prezydencka zjawiła się dopiero za piętnaście ósma.

- Co pan powie...

- Dziennikarka zapytała go jeszcze, dlaczego tak się stało. A on mówi: "Pani redaktor, dzień wcześniej prezydent brał udział w sutej kolacji, pewnie był chory albo zmęczony, i dlatego wszyscy musieli na niego tak długo czekać. A rano nie było żadnej mgły."

Pokiwali głowami, usłyszałam jeszcze "te kaczory..." i zaczęli wspominać którąś z wojen i strzelaninę na froncie.

A potem wysiedli.

A z nimi wysiadła mgła.

środa, 23 lutego 2011

(prawie) koniec

Postawiłam ostatnią kropkę w przedredakcyjnej wersji.
Ma o dziewięć stron za dużo. To przez wywiady.

Wywiady były najlepszą rozrywką przy pisaniu.

Przy pierwszym byłam tak zdenerwowana, że przez pierwszy kwadrans prawie nie rozumiałam, co mówi do mnie mój "badany". Na szczęście był sympatyczny, a ja potem miałam niespodziankę, spisując nagranie.

Cała historia tych wywiadów jest zabawna.
Przed jednym spadłam ze schodów. Na szczęście P. tego nie widział. To był zresztą najlepszy wywiad.

Wywiad z W. nagrywałam na dwa dyktafony. Na żadnym się nie nagrał. Notatek nie robiłam, żeby móc uważnie słuchać. Po przyjściu do domu rzuciłam się do komputera - i spisałam. Całe trzy strony zamiast dziesięciu.

M. spóźnił się na spotkanie ponad godzinę. Czekałam w redakcyjnej kawiarni, dzwoniąc co jakiś czas na wszystkie posiadane numery tylko po to, żeby usłyszeć, że nie da się nagrać wiadomości, bo poczta głosowa jest zapchana.

Mniej radosną częścią było grzebanie się w grząskim bagienku domysłów i przypadków, które nie miały wiele wspólnego z teoriami głoszonymi na konferencjach naukowych. Konferencje zresztą przestały się po kilku latach odbywać, bo... skończyły się tematy referatów.

Najbardziej interesujące mnie pytanie pozostało (oczywiście) bez odpowiedzi.

Kto z dziennikarzy śledczych w Polsce jest na usługach służb?

Pytanie, które zamyka usta. Kończy dyskusję.
Najbardziej kuszące pytanie.

Wrócę do niego, jak tylko uporam się z nieśmiertelną listą rzeczy-do-skończenia.
A lista zaczyna się od nieukończonego książkowego projektu. Zaraz po nim jest drugi zaczęty książkowy projekt. Oraz trzeci zaczęty książkowy projekt.

Wszystko oczywiście postawi na głowie coraz większe życie wewnętrzne, które właśnie kopie mnie w żebra.

piątek, 18 lutego 2011

Matematyka państwowa

Przeciętna płaca brutto: 3391 zł

Minimalna płaca brutto: 1386 zł

Najniższa emerytura: ok. 760 zł

Zasiłek dla bezrobotnych: 563 zł (jeśli w ciągu 18 miesięcy przed rejestracją przepracowano co najmniej 365 dni i były odprowadzane składki ZUS)

Zasiłek rodzinny (jeżeli dochód rodziny w przeliczeniu na osobę nie przekracza 504 zł)

68,00 zł – na dziecko do 5 lat
91,00 zł – na dziecko do 18 lat
98,00 zł – na dziecko do 24 lat


Zasiłek pogrzebowy: 6406,16 zł.

wtorek, 8 lutego 2011

Produkty książkopodobne

Książka, jaka jest, każdy widzi - wydawałoby się.
Okładka, zadrukowane strony w środku, nadrukowana cena.
A treść? Nieistotna.

O wiele istotniejsze jest, na jaką reklamę starczy budżet oraz co napiszą recenzenci.

A napiszą oczywiście dobrze, bo przecież wydawnictwo poprosiło ich o zdanie, a wtedy czują się docenieni i zauważeni, a to poprawia im recenzencki komfort psychiczny, więc piszą dobrze, by znowu zostać docenieni, i kółko się zamyka.

Recenzenci internetowi, czyli blogerzy-czytacze, też piszą dobrze o wszystkim - bo książki przychodzą do nich gęsiego za listonoszem jak za panią matką, a przecież wydawnictwo mogłoby się obrazić i więcej książek nie przysłać.

Koszmarkami zagranicznej produkcji tłumaczonymi w pośpiechu przez samozwańczych tłumaczy (jeśli nie, to przepraszam i tym bardziej jestem zdumiona) zajmować się nie muszę. Gorzej jest z polską prozą współczesną.

Polskie książki bowiem zazwyczaj są przeciętne, czasami bardzo dobre, a coraz częściej - tragiczne.

Tragiczne produkty książkopodobne - czyli szmiry.

Niezastąpiona ciocia Wiki podpowiada, że szmira to "utwór literacki, przedstawienie teatralne, obraz, wyrób pamiątkarski itp. bez wartości artystycznej lub o niskiej wartości".

Dodaje też, że jest to słowo zapożyczone z hebrajskiego, w którym - uwaga! - pierwotnie oznaczało amulet, czyli rzecz bardzo osobistą i cenną.

A nasze szmiry krajowe spełniają dwie te definicje naraz.

Wyrób bez wartości artystycznej - ależ owszem.
Rzecz bardzo osobista - ależ tak. Gorsza niż pamiętnik, bo w pamiętniku autor opisuje, co się zdarzyło, a w tzw. literaturze - co podpowiada mu wyobraźnia, i to drugie jest zazwyczaj o wiele, wiele gorsze. Niezależnie od płci.
Rzecz cenna - oczywiście. Cenność zaczyna się zazwyczaj od 24.99.

A kto ponosi winę za taki stan rzeczy?

Autorzy? Ależ każdy ma prawo pisać, co mu się żywnie podoba, byleby tego innym nie tkał pod oczy i nie zachwycał się własnym geniuszem. Wyobrażonym.

Ludzie z działów promocji? Przecież oni nie mają wpływu na to, jakie książki są wydawane. Mają za to wpływ na ich sprzedaż, a ta sprzedaż ma wpływ na ich wynagrodzenie. W ramach autodywersji projektują czasami okładki.

Za treść książki bowiem odpowiadają redaktorzy.
To redaktor bowiem przyjmuje książkę i ją wypuszcza na rynek.
To redaktor powinien pracować nad książką razem z autorem, aż nabierze ona pożądanych kształtów. Jeśli, oczywiście, książka jest tego warta.

To redaktor powinien szlifować diament, który trafia na jego stół, aż uzyska gotowy do pokazania światu brylant.

A my na półkach znajdujemy ładnie (albo i nie) zapakowane i opisane otoczaki, udające diamenty, do samodzielnego szlifowania.

Bywają jeszcze na szczęście prawdziwi redaktorzy. I dzięki im za to.

środa, 12 stycznia 2011

Bon-moty

W ramach noworocznego pędu do porządkowania rzeczywistości przeglądałam swój kalendarz sprzed siedmiu lat. Znalazłam przepiękny zestaw bon-motów.

Na przykład cytat z wypowiedzi o. Wojciecha Giertycha: "Błogosławieni, którzy potrafią śmiać się z samych siebie, albowiem będą mieć ubaw do końca życia."

Albo inny, nieznanego autorstwa: "Ludzie, którzy twierdzą, że czegoś nie da się zrobić, nie powinni przeszkadzać tym, którzy właśnie to robią".

Lub też:

"Przewietrzenie uczuć wymaga wystawienia do wiatru".

"Suknia nie ma najmniejszego znaczenia dopóty, dopóki nie znajdzie się mężczyzna, który chciałby ją z ciebie zdjąć" (Sagan)

Jest też mój ukochany cytat z Młodej Lekarki: "Na tym właśnie polegają ptaki: bo są małe, piórkate i głupie", oraz liczne aforyzmy o kotach, z których najlepszy brzmi: "Gdyby można było skrzyżować człowieka z kotem, zyskałby na tym człowiek, a stracił kot."

Nic lepiej nie świadczy o kondycji umysłowej człowieka, niż zestaw ulubionych cytatów.

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Autor-rytety

Tak się jakoś złożyło, że wychowałam się na autorytetach. Nie na idolach i szołmenach, nie na gwiazdach i niedawno urodzonych celebrytach.
Miarą autorytetu była mądrość, a nie pieniądze, władza czy popularność. Zdolność myślenia. Ale przede wszystkim - umiejętność prostego pokazywania świata, ubierania myśli w odpowiednie słowa.

(Może to jakaś zemsta C.K.N., którego poezji z czystej przekory palcem nie tknęłam).

Dlatego na mojej krótkiej liście był Kapuściński i Bartoszewski, i Lem.
Byli reportażyści "Czwartkowego Magazynu" GW.
Była Szczepkowska.
Był ksiądz Twardowski.

A potem się okazało, że Kapuściński skrócił się do Kapusia, że Bartoszewski zaczął krzyczeć zamiast mówić, że Lem wcale nie był taki idealny... I tak można długo.
Chyba tylko Twardowski został nienaruszony.

A te metamorfozy dokonywały się tak jakoś cichaczem. Mało spektakularnie - może z wyjątkiem R.K. Postępowały sobie powoli. Znikali mi z myślowego horyzontu.

Naszła mnie w związku z tym taka mała, paskudna myśl: a co, jeśli ktoś, gdzieś tam zaplanował to odchodzenie? Jeśli pustki na półkach autorytetów to miejsce, które zapobiegliwi ludzie od PR (czyli od pieniędzy) zrobili w publicznym myśleniu na swoje produkty? I tylko czekają, aż je tam wstawię?

Słyszałam całkiem rozsądnych ludzi w drugiej połowie życia, którzy zachwycali się Dodą i tym, "jak potrafiła się w życiu ustawić".
Widziałam rankingi młodzieżowych idoli. Brr.
Podsłuchuję rozmowy w tramwajach. I nie dowierzam.

Więc urządziłam sobie rewizję autorytetów na własną rękę.
I wiecie co?

Niektóre nazwiska wracają na moją półkę. Ot, choćby Kapuściński. Zbiografowany na amen. Nie tykałam go przez ostatnie dwa lata. A teraz tknęłam, i już wiem: współpracował, czy nie, zmyślał, czy nie, POTRAFIŁ pisać.
Potrafił tak układać słowa, że przemawiały do mojej wyobraźni.
To samo potrafiła Szczepkowska w swoich felietonach. Prosto opisywać swój świat.

Zamiast autorytetów na półce mam autor-rytety. Autorów, którzy zmienili moje spojrzenie. Nie należy zbyt wiele wymagać od ludzi. Są ludźmi. Niech inspirują, na ile mogą.

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Boże Narodzenie kontra...

no właśnie. Kontra co?

Kontra Rodzinne Święto Dobroci i Pokoju?

W pierwszym odruchu chciałam napisać: kontra Xmas - ale pogrzebałam w Bezprzestrzennym Śmietniku i znalazłam wyjaśnienie na stronie pana Grzegorza, tłumacza języka angielskiego.

Pisze on tak:
"Boże Narodzenie to po angielsku Christmas (złożenie słów Christ - Chrystus i mass - msza), które czasem widuje się zapisane pod postacią Xmas. I, co ciekawe, to Xmas nie jest jakimś przejawem amerykańskiego lenistwa ortograficznego i dążenia do upraszczania sobie życia. W 1551 roku pisano X’temmas, a w 1100 Xres maesse. I to “X” jest niczym innym jak graficznym symbolem Jezusa-krzyża-itd."

Czyli Xmas, które zaczynało być symbolem zeświecczenia Świąt Narodzenia Pańskiego, wcale nim nie jest.

Nie zmienia to faktu, że chrześcijańskie świętowanie narodzin Zbawiciela zostało zaanektowane przez ludzi, którzy Jego narodzenie wraz ze wszystkimi konsekwencjami mają głęboko.

Oczywiście, pisze się o tym co roku, co roku oburzone głosy chrześcijan domagają się uszanowania święta obchodzonego w supermarketach już od tzw. Święta Zmarłych, które w tradycji świeckiej przypada 1 listopada, dokładnie na dzień, w którym chrześcijanie obchodzą Święto Żyjących.

Oburzają się, że handlowe przygotowania zaciemniają istotę tych Świąt - Świąt wcielenia Boga.
I słusznie.

Poobserwowałam sobie w tym roku komercyjne przygotowania do 25 grudnia.
Wniosek?
Oburzeni chrześcijanie powinni dać odpocząć swoim nerwom.

To, co się dzieje od początku grudnia, wcale nie ma związku z Bożym Narodzeniem. Mamy po prostu dwa równoległe święta: chrześcijańskie i pogańskie. Tym razem już nie Święto Słońca (dzięki któremu Boże Narodzenie mamy właśnie 25 grudnia) - ale kilka alternatywnych do wyboru:

- Święto Zabijania Karpia
- Święto Zielonego Drzewka Iglastego
- Święto Dziadka z Brodą
- Ekologiczne Święto Świerka i Reniferka
- Święto Kolacji Z Rodziną
- Magiczne Święto Złotej Gwiazdki
- Święto Uniwersalnych Wartości Wyższych.

Chrześcijanie, przygotowując się do Bożego Narodzenia, przeżywają czas adwentu: czas oczekiwania. Ten czas trwa miesiąc i jest okresem intensywniejszej modlitwy, nawracania się i duchowego wzrostu.

Wyznawcy wymienionych wyżej świąt alternatywnych przeżywają czas dręczenia piosenką "I'm dreaming of a White..."

Chrześcijanie śpiewają pieśni adwentowe (tak, są takie!).

Ww. wyznawcy nie śpiewają, bo nie wiedzą, co.

Chrześcijanie życzą sobie nawzajem Bożego błogosławieństwa, które starcza za wszystko.

Wyznawcy alternatywni - wszystkiego, co nie ma związku z Bogiem.

Chrześcijanie śpiewają kolędy, czekając na narodziny Chrystusa.

Wyznawcy świąt alternatywnych próbują zapełnić pustkę, która powstaje po usunięciu Boga ze święta Jego narodzenia, czym się da.

Rzecznicy rozmaitych biur podróży mówili przed Świętami o tym, że coraz więcej Polaków chętnie wyjeżdża (lub wylatuje) na Święta do cieplejszych krajów. Dlaczego? Bo tradycyjne obchody przestały im odpowiadać, szukają czegoś nowego.

Dobra nasza.
Jeśli ten trend się utrzyma, wraz z nimi wyleci z Polski Marks przebrany za Dziadka Mroza, magiczna kawa i tradycyjny barszczyk z torebki.
Przerośnięty krasnal nie będzie już przylatywał saniami i wpadał do komina, ustępując miejsca rodzącemu się Bogu.
Tylko choinka pozostanie wspólnym elementem dwóch różnych zbiorów.
I nikt nie będzie już potrzebował papieru toaletowego zadrukowanego słowami "Merry Christmas".